Projekt racjonalizm

projekt-racjonalizmCzłowiek to istota rozumna. Przynajmniej tak twierdzi wielu filozofów. Homo sapiens, dla podkreślenia możliwości rozumowych nawet  homo sapiens, sapiens. Myślenie zatem jest człowiekowi pisane. Ludzie często też żyją w przeświadczeniu, że wiedzą. „Ty mi nie mów”, „ja swój rozum mam”, „ja to wiem”  – powtarzane od lat afirmują myślenie. Zadowoleni ze swoich osądów często też nie potrzebują, aby mówić im cokolwiek innego, weryfikować ich sądy, czy krytykować.

Rozumność człowieka jest jednak dość specyficzną cechą. Racjonalizm tak dobrze znany filozofom nie jedną przybierał postać. Dla współczesnego człowieka racjonaliści średniowieczni mogą wydać się śmieszni i zabobonni, dla oświeceniowego projektu dyskusje o innych wymiarach i światach ludzkiego życia mogą brzmieć irracjonalnie. Nasze myślenie różne jednak buduje konstrukcje.

Człowiek to istot rozumna. I to brzmi dumnie. Możemy stawiać się na piedestale królestwa życia. Oto człowiek myśli, a zwierzęta nie. Dzięki myśleniu człowiek tworzy świat abstrakcji, rozumiejąc przeszłość i przyszłość,  a zwierzęta zamknięte są w klatce teraźniejszości i nie potrafią zrozumieć zawiłości świata. Tak – takie twierdzenia brzmią dumnie. Problem w tym, że nie są prawdziwe.

Racjonalność, o którą tylu filozofów zabiegało, czyniąc z niej oręż w walce z zabobonem i złem ludzkiego postępowania równocześnie stała się mimowolnym elementem w wykluczeniu człowieka od niego samego.

A przecież zwierzęta nie czekały by człowiek nauczył je myśleć. Mózgi delfinów, słoni, kotów, wilków, goryli, bonobo radzą sobie bardzo dobrze z tworzeniem języka, zasad współżycia z innymi członkami stada, a nawet potrafią współczuć i działać na rzecz innych. Pamięć słoni, opłakiwanie zmarłych, współpraca wilków, opieka nad starymi członkami stada, kooperacja. Przyglądając się tym cechą można zauważyć, że to człowiek często tkwi w pułapce teraźniejszości w zadowoleniu powtarzając „ja swój rozum mam”.

Racjonalność współczesnych badaczy zmusza nas do przyjęcia innej skali wartości. Między człowiekiem a zwierzęciem nie ma różnicy jakościowej. Kultura stanowi narzędzie innego rodzaju bycia, czasami bardziej komplikując rzeczy proste, czasami bardziej dzieląc niż jednocząc.

Gdy nie wiemy czym naprawdę jest myślenie prowadzi nas to w świat złudnych przekonań, że wiemy najlepiej. Tymczasem racjonalność to krytyczne myślenie, zawieszenie sądów, zamilknięcie, wsłuchanie się w słowa innego. Dystans do siebie. Potrzeba zrozumienia świata. Racjonalizm to sceptycyzm, w którym krok po kroku zawieszamy sądy, by budować w niepewności drogę.

Człowiek to istota, która bywa rozumna. Oznacza to jednak skromność myślenia, świadomość, że jeszcze bardzo dużo przede mną do zrobienia. Oznacza to, że jeszcze ciągle nie wiem….

Jest dom

gdzie-jest-domDomy niestety czasami się gubią. Przyzwyczajeni od dziecka powrotami do domu traktujemy dom jako miejsce oczywiste, nasze, stałe. Nasz adres zamieszkania, nasz adres zameldowania. Miejsce gdzie dorastaliśmy, gdzie mieszkamy z rodziną, lub sami. Nasz dom, po prostu i tylko tyle. Z poczuciem własności i pewności, że kąt nad głową nam się należy, wyznaczona przestrzeń czterech ścian jest nasza i nam dana.

Domy niestety czasem się gubią. Zwłaszcza, psom, gdy ktoś wywiezie je do lasu i szybko ucieknie. Biegnący za samochodem pies nie wie, że zgubił mu się dom. Widzi tylko bezsensowne zachowanie kogoś kogo kocha. A przecież gdy się kogoś kocha to jest się pewnym, że ta istota zawsze przy nas zostanie. Bez zbędnych dramatów, zmiany zdania, zmiany uczuć. Miłość ma być łatwa. Tymczasem pies biegnąc za uciekającym przed nim samochodem szybko traci go z pola widzenia, tak jak traci zapach tego kogo kochał. Niema już domu.

Domy czasami się gubią, zwłaszcza małym kotom. Najpierw jest miło, futerko matki, potem dotyk czyjeś ręki. Potem robi się zimno. Domu już nie ma – jest śmietnik. Nie zawsze kota ktoś znajdzie. Znacznie częściej kocię nie ma czasu, żeby dalej mruczeć. Znikający dom wypada z pamięci tak samo jak wyrzucona istota.

Wracając do domu jesteśmy przekonani, że będzie w nim ciepło i bezpiecznie. W samej nazwie kryje się już to ciepło. Z porządnymi fundamentami, zakorzeniając nas w świecie, z oknami prowadzącymi nas w rzeczywistość, z drzwiami, które możemy otworzyć na innych, strychem, gdzie będą mieszkać nasze wspomnienia w kufrze prababci.

Domy czasami się gubią, kiedy nad ranem podjęta zostaje decyzja, że trzeba uciekać. Można zabrać tylko tyle ile człowiek zdoła unieść, co nie zatonie w szalupie, co będzie na tyle użyteczne, że pozwoli przetrwać. Nasz dom gubi się wówczas za rogatkami miasta. Znika nasza dzielnica, nasze miasto, po domie pozostanie za chwilę pusta dziura od bomby. Nie ma domu. Jest namiot. Ludzie mówiący w obcym języku. Zdenerwowanie. Jest głód, robi się zimno. Zgubiony dom oddala się tak prędko jak pamięć o bezpieczeństwie. Nic już nie wiadomo. Niby jest jeszcze szansa na nowe życie, tylko nie widać domu. Gdzie wrócić?

Powoli złota jesień otacza nas kolorami. Nad ranem mgła. Przyjemność z picia kawy o poranku z rodziną. Miło się rozmawia przed wyjściem do pracy.  Ciepły szal założony tuż przed wyjściem z domu wraz z pewnością, że wieczorem nadal będzie można tu wrócić, że będą na nas czekać. Pies wybiegnie pierwszy i zdenerwuje wszystkich sąsiadów szczekając bez opamiętania z radości na nasz widok. Potem kot udając godność powoli, ale już miaucząc będzie nas witać. Z głębi domu wynurzą się pozostali członkowie naszej rodziny. Wszystko jest takie samo. Spokojnie można zjeść kolację, porozmawiać, iść spać.

Domy czasami się gubią. Wówczas mogą nam przeszkadzać ci, którzy zostali sami ze swoim lękiem. Bezdomne psy, koty, uchodźcy, bezrobotni. Dom się zgubił, nic nie będzie takie samo, oprócz niezrozumienia tych, którzy jeszcze go mają.

Fraszka na starość

fraszka-na-staroscSzlachetność, mądrość, dojrzałość, doświadczenie, przeżycia, zrozumienie – dawne przymioty wieku dojrzałego powoli odchodzą do lamusa. Szacunek przynależny staremu człowiekowi, miejsce w społeczeństwie dające mu pozycję człowieka ważnego zastąpione zostało marginalizacją i brakiem zrozumienia jego kondycji. Wprawdzie rozwinęła się geriatria i system opieki społecznej, tyle, że ta medykalizacja zmieniła całkowicie spojrzenie na starość, która zamiast źródła mądrości stała się synonimem choroby, niesprawności i brzydoty.

Współczesna zachodnia kultura albo wypiera starość (w zasadzie to nie wypada się zestarzeć), albo oferuje nowe jej modele, próbując eliminować oznaki wieku, z młodości czyniąc wyznacznik ludzkiej kondycji. W zasadzie żyjemy w czasach wiecznej młodości, gdzie dojrzałość staje się powoli czymś niestosownym.

Dawne zasady, niczym w gorsecie, określały wiek człowieka modą, zachowaniem, jak i przynależną mu społecznie funkcją. Wcale nie oznaczało to lepszego życia osób starych, często wtłaczając ludzi w ramy pożądanego postępowania. Uczyło jednak szacunku do tego, co z wiekiem nabywa człowiek. Współczesność stawiając na kompetencje, na standaryzację zachowań i czyniąc z mody zabawę, zniosły dawne kategorie wieku, rozerwała gorset zasad obowiązujący poprzednie stulecia. W tej kulturowej zmianie jest dużo wolności, stary rewolucjonista może ciągle trwać na swojej barykadzie, stary rockmen nikogo nie zdziwi swoimi długimi siwymi włosami. Wraz z wolnością pojawiła się jednak pułapka. To konieczność zgrabnej figury, gładkiej twarzy, zadowolenia (które powoli staje się naszym obowiązkiem życiowym), to nieustanne wymaganie by zachowywać się jak młody człowiek, nadążyć i być na czasie zamykając starość w paradoksie. Nie jest już bowiem ważne doświadczenie i mądrość życiowa, a zdolność do przystosowania się i możliwość zachowania młodzieńczych upodobań. Sam wygląd – sposób ubierania, poruszania i najważniejsze zachowanie/odzyskanie jak najmłodszego ciała staje się priorytetem.

Wraz z pułapką współczesnego modelu starości pojawia się pogarda wobec wszystkich tych, którzy się nie dostosowali do wymogów kulturowych. Najdotkliwiej naznaczone zostają nią kobiety. Poddane nakazowi piękna i młodości równocześnie wyszydzane za nieudane operacje plastyczne, za utratę naturalności i świeżości. Człowiek postawiony jest przed czujnym spojrzeniem innego. Sztuka kamuflażu staje się tym samym pierwszą i najważniejszą. Dyskretne zabiegi, ukrywanie wieku i ilości operacji, gra społeczna, podczas której staramy się wytropić wiek drugiego zakrywając równocześnie swój własny.

Problem z deprecjacją starości leży tak naprawdę w skoncentrowaniu się na ciele. Współczesna kultura jest nie tyle kulturą młodości kultywującą to, co spontaniczne, mobilne, kreatywne, co stała się kulturą ciała. Ciała zdrowego, młodego, zgrabnego, seksualnego, zadbanego. Ciało staje się punktem wyjścia i podstawą konstruowania relacji. Brzydota – nigdy zresztą nie ciesząca się powodzeniem – stała się współcześnie czymś nagannym i chorobliwym. Poprzez ciało człowiek klasyfikowany jest nie tyle do grupy wiekowej co społecznej, a w cielesności umieszcza się ludzkie kompetencje.

Wiek XX odzyskał dla człowieka ciało, w wiekach wcześniejszych deprecjonowane, lub traktowane jako siedlisko zła i grzechu gdzie uwięziona dusza musiała walczyć z pokusami cielesnymi. Odzyskanie ciała nie stało się równoczesne z pogodzeniem z własną cielesnością, a przeciwnie nałożyło na nią nowe obowiązki coraz mocniej przywiązując człowieka do tego, co zewnętrzne.

Pytanie czy można pogodzić się z sobą i z własną cielesnością raz jeszcze, tak by nasze ciało stało się nie tyle najważniejsze co równie ważne jak nasza osobowość. Być może w docenieniu starości, własnej i innych ludzi leży możliwość docenienia siebie takim jakim się jest a nie takim jakim chcą nas widzieć inni. W końcu, o czym zapominamy pogrążeni w kulcie młodości, starość staje się dzięki medycynie i technice coraz dłuższym okresem naszego życia.

Dobre samopoczucie

rozdete-jaCzasami mam wrażenie, że człowiek to istota, która nie nadaje się do życia. Najpierw jest za młody, potem nie ma czasu, w końcu jest za stary. Zawsze na coś nie zdąża, lub czegoś żałuje. Człowiekowi zawsze jest za gorąco (lato ma męczące upały), za mokro (jesienne pluchy bywają drażniące), za zimno (mróz w styczniu męczy), za jasno, za ciemno, za wysoko, za nisko. Zawsze o jeden krok za dużo lub za mało. Po prostu człowiek nie nadaje się do życia.

Malkontenci, męczennicy codzienności ze szklanką od połowy pustą, z zawiedzionymi marzeniami, z niespełnionymi snami zaludniają świat. Bojownicy życia zmieniający na siłę rzeczywistość, buntownicy codzienności, którzy wszystko chcą inaczej, źli na cały świat, lub zmęczeni wszystkim potwierdzają tylko jedno – jest źle.

Niepoprawni optymiści uchodzą w takim gronie za szaleńców nierozumiejących rzeczywistości, naiwniaków cieszących się z byle czego.

Tymczasem pogodzenie się z sobą może okazać się bardzo proste. Wystarczy tylko odpuścić zapatrzenie w siebie samego. Malkontenci i cierpiętnicy, źli na cały świat i waleczni w większości wypadków za wysoko cenią samych siebie przekonani, że to ich życie powinno rozwijać się bajkowo, ich wakacje powinny być w słońcu, ich dążenia powinny być realizowalne.

Pogodzenie się z sobą to wypuszczenie powietrza z balonika naszego ego. Ani nie musimy, ani nie jest konieczne, żeby to nasze „ja”, „moje”, „moim”….

Czasami ważniejsze jest posłuchanie drugiego człowieka, zrobienie kroku w inną stronę niż wcześniej zakładaliśmy. Człowiek jest istotą nienadającą się do życia, gdy zaczyna wszystko wartościować i oceniać. Wówczas jest za ciepło – a może być przyjemnie skryć się w cieniu, wówczas jest za zimno – a przecież przyjemnie jest siedzieć z filiżanką herbaty i obserwować płatki śniegu. W deszczu też przyjemnie się biegnie, kiedy ulice stają się lśniące i mokre.

Nasze ego kultura zachodu rozwinęła do wielkiego teatru jednego aktora, gdzie wszystko musi się udać, a „ja” jako główny aktor jest najważniejsze. W tym teatrze jakiekolwiek niepowodzenie, nieprzychylność losu może być drażniąca, zniekształcając tak miły nam obraz naszego ego.  W tym tetrze jednego aktora nawet pogoda może być męcząca i nieodpowiednia, cały czas coś jest nie tak, cały czas coś przeszkadza w tworzeniu rzeczy wielkich i ważnych.

Pogodzenie się ze sobą oznacza dystans i do siebie i do tego, co nas otacza. Nasze problemy i cele przestają być wówczas tak wielkie i ważne, nasze życie przestaje tak wiele znaczyć. Konieczność można wówczas zamienić na przypadek, złe okoliczności można zamienić na nowe możliwości, własne niepowodzenie zamienić na zwykłe wydarzenie.

Tak wiem, ten teks brzmi dość koturnowo o tym jaki człowiek powinien być wolny od miłości własnej i potrzeby udowodnienia sobie, że coś się znaczy. Tak zdaję sobie sprawę, że piszę w dużej mierze banały, wszyscy bowiem rozumiemy, że nadmierna miłość własna może odcinać nas od tego, co istotne. Za tą banalną ideą kryje się jednak coś więcej.

Pogodzenie się z sobą, do którego swoją drogą wszyscy nas namawiają poczynając od domorosłych psychologów a kończąc na wielkich wschodnich autorytetach, to pogodzenie się z przypadkiem. Urodzeni w miejscu i rodzinie, której nie wybieraliśmy, marzący marzeniami do jakich przyzwyczaiły nas kulturowe opowieści i mity,  myślący w porządku obowiązujących paradygmatów tak naprawdę jesteśmy przypadkiem. Tu i teraz wrzuconym w życie.

W tej przypadkowości jest jednak coś cennego, i nie jest to wyjątkowość, jesteśmy bowiem jak inne gatunki i inni ludzie. Sam fakt, że po prostu jesteśmy, sam ten przypadek, że to właśnie życia nam się przytrafiło. A wszystko dookoła jest tylko tym, co nadaje kolorów przypadkowi jakim jesteśmy….

Czarne

czarneCzasami musi o coś chodzić. Oczywiście można przesiedzieć weekend na kanapie z ulubionym serialem. Można wrócić do domu i nie mieć siły już na nic. Można nie przejmować się sprawami, które nas nie dotyczą – przecież całego świata się nie zbawi. Historia jednak pokazała, że to bardzo złe założenie. To jak z ubezpieczeniem, które nie jest nam potrzebne, dopóki nie wymagamy drogiej terapii. To jak bezpieczeństwo na ulicy, które jest dla nas oczywiste i którego oczekujemy, dopóki nie zaczną się zamieszki. To jak młodość, która jest i jest i jest dopóki nie okaże się, że nikt już nas nie chce bo osiągnęliśmy wiek emerytalny i nowi czekają w kolejce na nasze miejsce.

Zło wydarza się przy naszym udziale, kiedy „to nas nie dotyczy”, kiedy jesteśmy zbyt zajęci lub zbyt zmęczeni i bierni, żeby reagować, kiedy nie zauważamy, że coś jest nie tak. Obojętność jest czasami najgorsza.

Nierzadko zło wkracza do społecznego życia przez ideologie. Idee zakładające jaki człowiek powinien być i co powinien robić. Idealny człowiek, moralność, odpowiedzialność – gdy do tego dojdzie przeświadczenie, że idee te mają wymiar sacrum dyskusja z nimi staje się niemożliwa. Zło jakie w sobie niosą – to wizja jednego modelu postępowania, jednego modelu bycia człowiekiem. Uświęcona moralność, która zamienia się w tradycję. Krok po kroku staje się coraz bardziej dominująca, gdy nikt nie podejmuje z nią dyskusji i nie ma czasu, ani ochoty przyjrzeć się co ona naprawdę oznacza.

Pacząc konkretnie – połowie naszego społeczeństwa przypisano idee takie jak: brak siły, analitycznego myślenia, delikatność, wrażliwość, subtelność, podległość, chęć służenia innym i macierzyństwo. Kobieta, która nie chce mieć dzieci i jeszcze ma czelność mówić to publicznie, w świetle tych idei, albo jest chora psychicznie, albo zwyczajnie nie wie co mówi.

Współcześnie kobieta w ciąży jest pod specjalną opieką tychże idei. Pierwszeństwo w kolejce (tylko dlaczego ona sama w zaawansowanej ciąży musi robić zakupy? Gdzie ojciec dziecka? Ma za to pierwszeństwo w kolejce). Pierwszeństwo u lekarza. Poradnia. Kosmetyki, moda, suplementy diety. Wszystko, żeby czuła się komfortowo i szczęśliwie. A praca? Jaka praca? Młode kobiety mają większe kłopoty ze stałym zatrudnieniem bo są ryzykiem rozrodczym dla pracodawcy. Ważne żeby były kobiece i szczęśliwie w ciąży a nie zatrudnione i awansujące.

Piękny obrazek w reklamie kaszki dla dzieci lub w serialu familijnym: czasami zdarza się nieprzespana noc, ale w sumie jest czas by zrobić makijaż (przecież mąż musi widzieć ją atrakcyjną), pobawić się z dzidziusiem i pokręcić po mieście z przyjaciółkami (też kobiecymi i szczęśliwymi). Statystyki o gwałtach małżeńskich, ilości rozbitych małżeństw z powodu choroby dziecka (ile razy kobieta zostaje sama bo on nie jest w stanie znieść nieszczęścia jakie jego spotkało?), depresji poporodowych, powikłań i chorób kobiet, które rodziły zostają przemilczane. Ich nie ma. Jest szczęśliwa mama z dzieckiem, która ma prawo do karmienia piersią w miejscu publicznym. A jak jest maltretowana i porzucona, to najlepiej by nie wpisywała się w pejzaż publiczny – niech cierpi w czterech ścianach swego domu. A w zasadzie, jak tłumaczą jej specjaliści od kobiecości – ona nie cierpi, jest przecież spełnioną matką.

Wiele osób decyduje się na dyskusję o kobietach: politycy, naukowcy, księża. Głównie mężczyźni. Demagodzy, ideolodzy. Pokazują drastyczne zdjęcia skrobanek, kiwają głowami w pogardzie dla nieludzkich zachowań wyrodnych matek, debatują o powołaniu człowieka, bogu i wartościach. W międzyczasie kolejna nastolatka rodzi a ojczym dostaje co najwyżej niewielki wyrok za gwałt na nieletniej.

Wielkie idee mówiące o wartości życia nie bronią tego, które już jest, nie pozwalają przyjąć innego modelu, innych życiowych potrzeb niż wyznaczonych przez uświęcone tradycją. Połowa naszego społeczeństwa po prostu ma się im poddać. Jeżeli tego nie zrobi grozi jej za to: więzienie, odrzucenie towarzyskie, napiętnowanie. A kobieta niezamężna doczeka się tylko kilku wyzwisk, bo przecież nikt jej nie chciał…

I co po człowieku?

I co po człowieku w czasach nam współczesnych? Przyzwyczajeni do antropocentrycznego spojrzenia na świat, długo żyliśmy w centrum świata – będącego egocentrycznym założeniem, że człowiek jest uwieńczeniem stworzenia. Zaczynając od sceptycyzmu starożytnych myślicieli, pokory i szaleństwa w filozofii, przez rewolucję Kopernika, Darwina, po odkrycie genetyki i współczesnej technologii człowiek nie tylko spadł z piedestału ale już w wkrótce może się okazać, że jest odchodzącym do lamusa gatunkiem. Jak będzie naprawdę? Historia życia pokazała pojawianie się i wymieranie poszczególnych gatunków, pokazała jak w ich miejsce przychodzą następne. Homo sapiens, sapiens  nie jest tutaj wyjątkiem. Jesteśmy na chwilę. Rzecz w tym, by ten czas wykorzystać nieegoistycznie, by otworzyć się na inne istoty towarzyszące nam na tej ziemi, by otworzyć się na otaczający nas świat. Poza nami, poza naszym ego, jest cały świat, o wiele ciekawszy. Jesteśmy tu na chwilę, ale jakże ciekawą. I co po człowieku? Może inna istota myśląca, czująca, dążąca do nowego porządku? A może po prostu Matka Gaja? A może tylko nasze marzenia? Czy może okrucieństwa? Czy technologia pomoże? osłabi? wzmocni? Mamy tylko tu i teraz – zagadka i kilka śladów do interpretacji  – życie i tak zrobi swoje…14344140_656261127876755_1283782960610894251_n

Zmęczenie

zmęczenieW obrazie „Drzemka starej kobiety” Nicolaes Maes (Nicolaes Maas), portretuje zmęczenie. Kobieta w czepku na głowie, siedząca na łóżku, z książką na kolanach, lekko zsuwającą się pod bezładną ręką usnęła. To jednak, co uderza przy pierwszym spojrzeniu to jej ręce: spracowane, z nabrzmiałymi żyłami, o lekko opuchniętych stawach. Za tymi rękami kryje się opowieść jej życia – umieszczona przez Maesa w tle: nieustawicznej pracy w domu, ciągłego doglądania, krzątania, gotowania, sprzątania, naprawiania, szycia, tkania, cerowania, mycia. Ciągłego napięcia i nieustającego zapracowania. Klucz wiszący za kobietą symbolizuje w tym miejscu jej obowiązki domowe, wielka księga rozłożona tuż za nią może oznaczać całą kulturową determinację, wzorce postępowania, nieustanne warunkowanie do określonych zadań i pracy. Kobieta jako służąca, jako pani domu, związana z jednym typem pracy, z jednym podporządkowaniem – dla rodziny.

Maes bardzo często portretował kobiety przy pracy: przędziarki, koronczarki, żmudnie zanurzone w swojej pracy: zgarbione, wpatrzone w drobne wzory, starannie wykonywane ruchy, godziny spędzone nad pracą. Spokój, mozół, trud, pogodzenie, mimo ciągłego zmęczenia jakie przebija z każdego ujęcia obrazów staje się elementem codzienności od której nie ma ucieczki i wytchnienia. „Wieczne musisz” Fredrich Nietzsche wskazujące na konieczność podporządkowania się, przyjęcia na siebie obowiązku, uczynienia z niego najważniejszego aspektu ludzkiego życia. Przed „wiecznym musisz”: zostać dobrą żoną/dobrym mężem,
dobrym pracownikiem/pracowniczką, podporządkować się regułom jakie nakłada społeczeństwo i kultura nie ma ucieczki. Albo się wchodzi, jak pokazał Nietzsche, w ów kierat obowiązków, albo się z nim walczy i go odrzuca, czego mogą dokonać tak naprawdę nieliczni. Odrzucenie obowiązku, nakładających się na człowieka wzorców postępowania można dokonać tylko wówczas, kiedy człowiek zdystansuje się sam od siebie, przekroczy wewnętrzne niepokoje i potrzeby narzucane mu od czasów dzieciństwa. Pozostaje jednak pytanie na ile jest to realne, na ile można odejść od własnej kultury i jej uwarunkowania?

Nieustanność pracy i jej nieuchronność, zamieniająca się często w rutynę dnia codziennego, podejmowaną mimowolnie, jako daną nam raz na zawsze konieczność nie rozpatruje się ani nie czyni przedmiotem dyskusji, gdy tymczasem właśnie praca stanowi istotę naszego istnienia. Przypisanie zawodów i prac człowiekowi podług jego urodzenia czy płci, jakie miało miejsce bardzo długo w Europie i jakie możemy spotkać w różnych kulturach, wyznaczało równocześnie porządek życia i miejsce w społeczeństwie. Człowiek żył i żyje pracując, a sama praca, jej charakter wyznaczała status i miejsce w społeczeństwie. Dzisiaj sytuacja ta nie wiele uległa zmianie, choć bowiem człowiek nie jest przypisany do konkretnego zawodu, konkretnego stanu, ciągle jednak to właśnie poprzez pracę może wyrażać siebie i określać swój społeczny status. Nierzadko poprzez pracę budując swoją rzeczywistość.

W tym kontekście zmęcze
nie wydaje się stanem całkowicie naturalnym, będąc odpowiedzią na ciągle ponawiane działania i czynności. Można jednak zobaczyć w dzisiejszym świecie inny rodzaj zmęczenia – nie pracą, do której czasami kultura Zachodu uczy nas frywolnego stosunku – a zmęczenie samą rutyną. Stąd krytykujący pracę i ciągle zmęczeni tak naprawdę cierpią z powodu rutyny, a nie z powodu samej pracy, która coraz częściej jest dla prestiżu, pieniędzy, pozycji, a nie dla niej samej.

Praca i odpoczynek, zaangażowania i zmęczenie – stanowią swoistego rodzaju dialektykę, od tego z jakim rodzajem pracy mamy do czynienia zależeć będzie jaki rodzaj zmęczenia będziemy odczuwać, jak w związ
ku z tym będziemy starali się wypoczywać. Tej swoistej dialektyce towarzyszą różnego rodzaju mity i zwodnicze przekonania. Dla wielu z nas odpoczynek jest istotą pracy, po to wielu pracuje, by móc wyjechać na wakacje, by móc zarobić na odpoczynek z daleka od obowiązków. Praca wywołując odpoczynek, staje się pierwszym krokiem do niego. W takiej dialektyce sama praca przeszkadza, jest uprzykrzoną i konieczną czynnością prowadzącą do tego, co właściwe – odpoczywania.

Takie myślenie dotyczy jednak Zachodnich społeczności, a więc kultury, w której ludzie nawet jeżeli borykają się z biedą, czy z bezrobociem, nie doświadczają takiego wykluczenia ekonomicznego jak w innych regionach świata (Afryki czy Bliskiego Wschód, terenów nękanych klęskami żywiołowymi, czy wojnami). Z tej innej strony świata, gdzie bezrobocie, głód i klęska żywiołowa lub wojna odbierają ludziom możliwość pracy to, co utracone staje się marzeniem. Dla wielu ludzi praca jest komfortem, marzeniem, czasami niedościgniętym i pozostającym w sferze nie realizowalnej.

Zmęczenie żmudną pracą, oczekiwanie jej końca, liczenie dni do weekendu lub wakacji – szczęście kulturowego luksusu.