Pomagam?

pomagamPodobno prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Podobno. Nie jest to moim zdaniem takie oczywiste. Wspieranie osoby w potrzebie może okazać się bardzo łatwe, wystarczy chwilę porozmawiać, podzielić się pieniędzmi, nacieszyć się faktem, że to nie my a ktoś inny jest biedny i nieszczęśliwy. I ta cicha satysfakcja, że oto zrobiło się coś dobrego, miłe połechtanie naszego ego. O wiele trudniej poznaje się przyjaciół w szczęściu, kiedy dzielimy się tym, co nam się udało. Prawdziwa przyjaźń może zacząć się właśnie od tego, co dla nas może okazać się najtrudniejsze: satysfakcja czy radość z faktu, że drugiemu człowiekowi się udało.

Pomoc to fundamentalne zjawisko dla społeczeństwa, gdzie każdy może uzyskać wsparcie. Prawie każdy. Gdy myślimy o pomaganiu z reguły kojarzymy je dobrze: oto człowiek, który ma kłopoty, jest chory, uzyskuje wsparcie od innych ludzi. Pomaganie kojarzymy z działaniem na rzecz drugiego. Czasami zapominamy, że pomoc może być jedną z najtrudniejszych rzeczy jakie przyjdzie nam dokonać.

Z jednej strony pomaganie może mieć wymiar litości. Wówczas ofiarowana pomoc staje się źródłem satysfakcji pomagającego i może nie brać pod uwagę potrzeb tego, komu się pomaga. Takie pomaganie może wiązać się z uprzedmiotowieniem drugiego człowieka, gdzie przestaje się liczyć on sam, jego krzywda, a zaczyna on być obiektem budowania naszego ego.

Z drugiej strony pomaganie może wiązać się z ubezwłasnowolnieniem albo uzależnieniem. Najuboższym najłatwiej pomóc ofiarując im pieniądze na doraźne zaspokojenie potrzeb, gdzie bułka ma zastąpić pracę. Najtrudniej jest jednak pomóc tak, by człowiek sam zarobił na swoje potrzeby. Bieda może wciągać w bezwład, choroba może prowadzić do utraty samodzielności, pomoc może umacniać te negatywne skutki, spowodować, że ten komu pomagamy nie będzie już potrafił działać samodzielnie. Ten rodzaj pomocy widoczny jest zwłaszcza w działaniach skierowanych na rzecz państw ubogich, lub dotkniętych kataklizmami – dobry Zachód pomaga krajom trzeciego świata, zakładając, że ludzie nie potrafią poradzić sobie sami. Wezwanie byłej ministry finansów Nigerii Ngozi Okonjo-Iweala by nie wspierać charytatywnie a inwestować w Nigerii mówi wiele. Ludzie często nie potrzebują przysłowiowej rybki a wędkę, nie litości a pracy, godności jaką mogą uzyskać z samodzielności.

Pomaganie jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, trzeba bowiem zdać sobie sprawę z tego, co faktycznie potrzebuje drugi człowiek, trzeba pamiętać jak łatwo można upokorzyć, zawstydzić, odebrać poczucie godności gestem pomocy. W pomaganiu najważniejsza jest jego realność. Pieniądz włożony do wyciągniętej ręki może nakarmić tylko jednym posiłkiem, uśmiech skierowany do samotnej osoby może być odebrany jako początek – gdy my tymczasem nie mamy zamiaru bardziej się angażować. Pomaganie jest odpowiedzialnością za to, by ten kto jest w potrzebie przestał w niej być, ponownie stał się samodzielny. Realność pomocy nie mierzy się w jednorazowy geście a w długofalowych skutkach. Do tego jednak trzeba systematycznego działania, wsparcia skonsolidowanych ze sobą ludzi pracujących na rzecz zmiany położenia innych. Realność pomagania to współpraca i wzajemność tych, którzy mogą pomóc i tych, którzy tę pomoc mogą otrzymać. Realność pomagania zaczyna się wówczas kiedy możemy powiedzieć, że drugi człowiek już nas nie potrzebuje, już może o nas zapomnieć i żyć własnym życiem bez ciągłej wdzięczności.

Dlatego dzisiaj idę na spacer – w mieście pełno jest ludzi z czerwonymi serduszkami WOŚP. Ma sens pomoc która będzie oddziaływać lata.

Reklamy

Dwa słowa o edukacji

dwa-slowa-o-edukacjiNie lubię słowa edukacja, tym bardziej dydaktyka. Nie lubię słowa wykład, choć kocham wykładać i pracować ze studentami. To, co zachodzi między ludźmi gdy spotykają się w sali wykładowej, kiedy zaczyna się ten szczególny moment nauki – to relacja. Edukacja i dydaktyka zakładają po cichu, że oto ex cathedra przekaże się wiedzę, czasami bezimiennej grupie, która na koniec otrzyma ocenę za dobrze zrobiony test. Edukację i dydaktykę próbuje się też często wymierzyć w rytm parametryzacji i ramowych wymogów ustalonych w ministerstwie. Tak edukacja i dydaktyka podlegają pod instytucjonalne wymogi, gdzie obowiązują ramy działania i stosunku do wykonywanego zawodu.

W nauce jednak najważniejsza jest relacja. Starożytna paideia oznaczająca kształtowanie człowieka, w rozmowie, spotkaniu, kiedy uczeń i mistrz mogli razem poznawać i razem zmierzać do prawdy. Dzisiaj trudno o mistrza, kto mógłby nim być skoro nauka rozwija się tak szybko, iż potrzebne są całe zespoły badawcze i współpraca interdyscyplinarna. Dzisiaj nie ma już ucznia, który nic nie wie i czeka aż włożona będzie mu do ręki lista lektur i pojęć do zrozumienia. Tak naprawdę dzisiaj spotyka się człowiek z człowiekiem, ten który zajmuje się już jakiś czas nauką i ten który dopiero zaczyna ten proces. To relacja wspólnotowa.

Relacja może być symetryczna oparta na partnerstwie, może przybierać nie symetryczne formy, kiedy jedna ze stron dominuje, kiedy podporządkowanie staje się elementem gry pomiędzy ludźmi w nią uwikłanych. Relacja paidei, osób spotykających się by szukać wiedzy, rozwijać ścieżki prowadzące do niej niesie w sobie skomplikowanie. To jak dialog, którego trzeba się nauczyć poznając rozmówcę, to jak przypadkowe spotkanie podczas którego należy szybko ocenić, co możemy wnieść do rozmowy, a co leży poza naszym zasięgiem.

Relacja pomiędzy wykładowcą a studentem jest zmienna, w rozpięciu pomiędzy tym kto akurat przekazuje widzę. Rozmowa, w której student może całkowicie przełamać swoją jak i wykładowcy ignorancję. Spotkanie podczas którego dowiadujemy się czegoś o świecie i czegoś o sobie samych. To wzajemność wydarzająca się wtedy, kiedy zaczyna być dla nas ważny drugi człowiek.

Nie lubię ani słowa edukacja, ani dydaktyka, zacierają sens spotkania jakie może nam się wydarzyć. Czasami o ósmej rano w sali wykładowej spotykamy się sami sobie nie wierząc, że już wstaliśmy, tak samo nie wyspani i tak samo zmęczeni. Czasami o siódmej wieczorem z niechęcią siadamy na przeciwko, wolelibyśmy bowiem już spotkać się z przyjaciółmi, a nie męczyć kolejny temat. Czasami jednak zaczynamy rozmawiać, odsuwać porę dnia, troski, możliwości, niespełnienia. Zaczynamy żyć innym życiem, problemami, docierając niekiedy w głąb siebie, czy odkrywając kawałek nieznanej nam rzeczywistości. Czasami po prostu jesteśmy wobec siebie. Taki moment w życiu, kiedy jeszcze spokojnie można porozmawiać, wziąć książkę do ręki, zaczarować na moment rzeczywistość – jeszcze na chwilę, dzięki nauce swobodni od codzienności.

Bardzo lubię się spotykać. Po prostu usiąść naprzeciwko drugiego. Rozmawiać. To uczy nas wzajemnie.

Dokąd?

bez-tytuluŻyjemy w zacieśniającym się świecie wielorakich powiązań. Kultura rozciągnęła sieci polityki, ekonomii, języka, wzorców zachowań, oplatających nas ciasno. Wahania na giełdzie w Nowym Jorku odbiją się na rynkach Europy. Odkrycia nowych stanowisk archeologicznych w Afryce zmienią nasze myślenie o człowieku. Wojny toczone wszędzie na świecie spowodują napływ uchodźców w bezpieczniejsze rejony. Zatrucie środowiska spowoduje klęski żywiołowe…

Co oczywiste, żyjemy w świecie wielowymiarowym, różnorodności kulturowej, wielu postaw, modeli życia, wartości. Niestety żyjemy też w świecie, który coraz bardziej się radykalizuje. Tak jakby ludzie nie radzili sobie z wielością możliwości, tak jakby zaczęła boleć ich różnorodność.

Nacjonalistyczne głosy, mocne słowa, programy polityczne, w których budowanie murów na granicy, odsyłanie migrantów poza państwo stało się normą i coraz silniejsze zyskują poparcie. Budowana z takim staraniem demokracja zaczyna sama zmieniać swoje oblicze dając się zaczarować ideologii i demagogii.

A przecież różnorodność kulturowa nie zniknie, tak samo jak konieczność kooperacji i współpracy z innymi ludźmi. A przecież we współczesnym świecie z globalną ekonomią i polityką, z możliwością uprawiania nauki w interdyscyplinarnych ośrodkach, czy tworzenia sztuki w wielu wymiarach ciągle tworzą się nowe możliwości, ciągle rozwijają się zależności i powiązania.

Dlaczego zatem ludzie się boją – bo tylko strachem można wytłumaczyć tę ogromną agresję przeciwko innym ludziom i kulturą? Dlaczego ludzie tak bardzo się radykalizują, że wybierają polityków o agresywnych programach politycznych i radykalnych wykluczających poglądach?

Świat wielowymiarowej otwartości kulturowej jest światem niezwykle wymagającym. Żyjąc we współczesnym świecie człowiek nie tylko ma wiele możliwości, ale też musi im sprostać. Konieczność nieustannego rozwoju, ciągłej zmiany, wyboru tego, co słuszne, czy dla nas ważne, z równoczesnym brakiem jednoznacznych odpowiedzi i autorytetów dla wielu okazuje się nie tylko męczący ale i przerażający.

Do tego dochodzi paląca potrzeba zrzucenia niepowodzeń czy błędów na obcych. W retoryce agresji innych jest za dużo, są źli, swą odmiennością godzą w poczucie jedności wartości i świata. Innych trzeba się pozbyć. W retoryce agresji innym może stać się uchodźca, uciekający przed terrorem we własnym domu, imigrantka poszukująca możliwości nowego życia, ale również feministka, czy ateista. Innym może być każdy kto nie mieści się w wyimaginowanym my, uświęconym mitem narody, religii czy tożsamości.

Kto boi się inności we współczesnym świecie? Ludzie o zagrożonej tożsamości, ci którzy do końca nie wiedzą kim są, dlatego muszą z całych sił osadzić swoje myślenie w ideach, które będą nazywać tradycją – nie zdając sobie sprawy z tego, że sami dla siebie tę tradycję tak naprawdę tworzą. Nacjonaliści będą opowiadać historię o jednym homogenicznym narodzie, zagrożonym przez obce kultury. Narodzie tak cennym, że wymagającym poświęceń najwyższego rodzaju. Mizogini będą opowiadać historię bez kobiet, w której za kulturę i postęp odpowiada mężczyzna. Fanatycy religijni wskażą na swoje kościoły jako na źródło nie tylko jedynej wiary, ale również jedynych wartości i człowieczeństwa. Ksenofobia zamykająca ludzi w swoich małych wspólnotach. Wspólnotach z których wyszliśmy już dawno temu, tworząc porządek i prawo międzynarodowe, rozwijając naukę i wzajemne relacje.

Pytanie czy dzisiejszy świat, coraz bardziej radykalizujących się głosów ma jeszcze raz zamknąć nas w ciasnocie kilku idei? Czy jeszcze raz mamy zacząć ze sobą walczyć tylko dlatego, że inaczej myślimy, mówimy, tylko dlatego, że inaczej opowiadamy swoje historie? Czy rzeczywiście warto?

Projekt racjonalizm

projekt-racjonalizmCzłowiek to istota rozumna. Przynajmniej tak twierdzi wielu filozofów. Homo sapiens, dla podkreślenia możliwości rozumowych nawet  homo sapiens, sapiens. Myślenie zatem jest człowiekowi pisane. Ludzie często też żyją w przeświadczeniu, że wiedzą. „Ty mi nie mów”, „ja swój rozum mam”, „ja to wiem”  – powtarzane od lat afirmują myślenie. Zadowoleni ze swoich osądów często też nie potrzebują, aby mówić im cokolwiek innego, weryfikować ich sądy, czy krytykować.

Rozumność człowieka jest jednak dość specyficzną cechą. Racjonalizm tak dobrze znany filozofom nie jedną przybierał postać. Dla współczesnego człowieka racjonaliści średniowieczni mogą wydać się śmieszni i zabobonni, dla oświeceniowego projektu dyskusje o innych wymiarach i światach ludzkiego życia mogą brzmieć irracjonalnie. Nasze myślenie różne jednak buduje konstrukcje.

Człowiek to istot rozumna. I to brzmi dumnie. Możemy stawiać się na piedestale królestwa życia. Oto człowiek myśli, a zwierzęta nie. Dzięki myśleniu człowiek tworzy świat abstrakcji, rozumiejąc przeszłość i przyszłość,  a zwierzęta zamknięte są w klatce teraźniejszości i nie potrafią zrozumieć zawiłości świata. Tak – takie twierdzenia brzmią dumnie. Problem w tym, że nie są prawdziwe.

Racjonalność, o którą tylu filozofów zabiegało, czyniąc z niej oręż w walce z zabobonem i złem ludzkiego postępowania równocześnie stała się mimowolnym elementem w wykluczeniu człowieka od niego samego.

A przecież zwierzęta nie czekały by człowiek nauczył je myśleć. Mózgi delfinów, słoni, kotów, wilków, goryli, bonobo radzą sobie bardzo dobrze z tworzeniem języka, zasad współżycia z innymi członkami stada, a nawet potrafią współczuć i działać na rzecz innych. Pamięć słoni, opłakiwanie zmarłych, współpraca wilków, opieka nad starymi członkami stada, kooperacja. Przyglądając się tym cechą można zauważyć, że to człowiek często tkwi w pułapce teraźniejszości w zadowoleniu powtarzając „ja swój rozum mam”.

Racjonalność współczesnych badaczy zmusza nas do przyjęcia innej skali wartości. Między człowiekiem a zwierzęciem nie ma różnicy jakościowej. Kultura stanowi narzędzie innego rodzaju bycia, czasami bardziej komplikując rzeczy proste, czasami bardziej dzieląc niż jednocząc.

Gdy nie wiemy czym naprawdę jest myślenie prowadzi nas to w świat złudnych przekonań, że wiemy najlepiej. Tymczasem racjonalność to krytyczne myślenie, zawieszenie sądów, zamilknięcie, wsłuchanie się w słowa innego. Dystans do siebie. Potrzeba zrozumienia świata. Racjonalizm to sceptycyzm, w którym krok po kroku zawieszamy sądy, by budować w niepewności drogę.

Człowiek to istota, która bywa rozumna. Oznacza to jednak skromność myślenia, świadomość, że jeszcze bardzo dużo przede mną do zrobienia. Oznacza to, że jeszcze ciągle nie wiem….

Jest dom

gdzie-jest-domDomy niestety czasami się gubią. Przyzwyczajeni od dziecka powrotami do domu traktujemy dom jako miejsce oczywiste, nasze, stałe. Nasz adres zamieszkania, nasz adres zameldowania. Miejsce gdzie dorastaliśmy, gdzie mieszkamy z rodziną, lub sami. Nasz dom, po prostu i tylko tyle. Z poczuciem własności i pewności, że kąt nad głową nam się należy, wyznaczona przestrzeń czterech ścian jest nasza i nam dana.

Domy niestety czasem się gubią. Zwłaszcza, psom, gdy ktoś wywiezie je do lasu i szybko ucieknie. Biegnący za samochodem pies nie wie, że zgubił mu się dom. Widzi tylko bezsensowne zachowanie kogoś kogo kocha. A przecież gdy się kogoś kocha to jest się pewnym, że ta istota zawsze przy nas zostanie. Bez zbędnych dramatów, zmiany zdania, zmiany uczuć. Miłość ma być łatwa. Tymczasem pies biegnąc za uciekającym przed nim samochodem szybko traci go z pola widzenia, tak jak traci zapach tego kogo kochał. Niema już domu.

Domy czasami się gubią, zwłaszcza małym kotom. Najpierw jest miło, futerko matki, potem dotyk czyjeś ręki. Potem robi się zimno. Domu już nie ma – jest śmietnik. Nie zawsze kota ktoś znajdzie. Znacznie częściej kocię nie ma czasu, żeby dalej mruczeć. Znikający dom wypada z pamięci tak samo jak wyrzucona istota.

Wracając do domu jesteśmy przekonani, że będzie w nim ciepło i bezpiecznie. W samej nazwie kryje się już to ciepło. Z porządnymi fundamentami, zakorzeniając nas w świecie, z oknami prowadzącymi nas w rzeczywistość, z drzwiami, które możemy otworzyć na innych, strychem, gdzie będą mieszkać nasze wspomnienia w kufrze prababci.

Domy czasami się gubią, kiedy nad ranem podjęta zostaje decyzja, że trzeba uciekać. Można zabrać tylko tyle ile człowiek zdoła unieść, co nie zatonie w szalupie, co będzie na tyle użyteczne, że pozwoli przetrwać. Nasz dom gubi się wówczas za rogatkami miasta. Znika nasza dzielnica, nasze miasto, po domie pozostanie za chwilę pusta dziura od bomby. Nie ma domu. Jest namiot. Ludzie mówiący w obcym języku. Zdenerwowanie. Jest głód, robi się zimno. Zgubiony dom oddala się tak prędko jak pamięć o bezpieczeństwie. Nic już nie wiadomo. Niby jest jeszcze szansa na nowe życie, tylko nie widać domu. Gdzie wrócić?

Powoli złota jesień otacza nas kolorami. Nad ranem mgła. Przyjemność z picia kawy o poranku z rodziną. Miło się rozmawia przed wyjściem do pracy.  Ciepły szal założony tuż przed wyjściem z domu wraz z pewnością, że wieczorem nadal będzie można tu wrócić, że będą na nas czekać. Pies wybiegnie pierwszy i zdenerwuje wszystkich sąsiadów szczekając bez opamiętania z radości na nasz widok. Potem kot udając godność powoli, ale już miaucząc będzie nas witać. Z głębi domu wynurzą się pozostali członkowie naszej rodziny. Wszystko jest takie samo. Spokojnie można zjeść kolację, porozmawiać, iść spać.

Domy czasami się gubią. Wówczas mogą nam przeszkadzać ci, którzy zostali sami ze swoim lękiem. Bezdomne psy, koty, uchodźcy, bezrobotni. Dom się zgubił, nic nie będzie takie samo, oprócz niezrozumienia tych, którzy jeszcze go mają.

Fraszka na starość

fraszka-na-staroscSzlachetność, mądrość, dojrzałość, doświadczenie, przeżycia, zrozumienie – dawne przymioty wieku dojrzałego powoli odchodzą do lamusa. Szacunek przynależny staremu człowiekowi, miejsce w społeczeństwie dające mu pozycję człowieka ważnego zastąpione zostało marginalizacją i brakiem zrozumienia jego kondycji. Wprawdzie rozwinęła się geriatria i system opieki społecznej, tyle, że ta medykalizacja zmieniła całkowicie spojrzenie na starość, która zamiast źródła mądrości stała się synonimem choroby, niesprawności i brzydoty.

Współczesna zachodnia kultura albo wypiera starość (w zasadzie to nie wypada się zestarzeć), albo oferuje nowe jej modele, próbując eliminować oznaki wieku, z młodości czyniąc wyznacznik ludzkiej kondycji. W zasadzie żyjemy w czasach wiecznej młodości, gdzie dojrzałość staje się powoli czymś niestosownym.

Dawne zasady, niczym w gorsecie, określały wiek człowieka modą, zachowaniem, jak i przynależną mu społecznie funkcją. Wcale nie oznaczało to lepszego życia osób starych, często wtłaczając ludzi w ramy pożądanego postępowania. Uczyło jednak szacunku do tego, co z wiekiem nabywa człowiek. Współczesność stawiając na kompetencje, na standaryzację zachowań i czyniąc z mody zabawę, zniosły dawne kategorie wieku, rozerwała gorset zasad obowiązujący poprzednie stulecia. W tej kulturowej zmianie jest dużo wolności, stary rewolucjonista może ciągle trwać na swojej barykadzie, stary rockmen nikogo nie zdziwi swoimi długimi siwymi włosami. Wraz z wolnością pojawiła się jednak pułapka. To konieczność zgrabnej figury, gładkiej twarzy, zadowolenia (które powoli staje się naszym obowiązkiem życiowym), to nieustanne wymaganie by zachowywać się jak młody człowiek, nadążyć i być na czasie zamykając starość w paradoksie. Nie jest już bowiem ważne doświadczenie i mądrość życiowa, a zdolność do przystosowania się i możliwość zachowania młodzieńczych upodobań. Sam wygląd – sposób ubierania, poruszania i najważniejsze zachowanie/odzyskanie jak najmłodszego ciała staje się priorytetem.

Wraz z pułapką współczesnego modelu starości pojawia się pogarda wobec wszystkich tych, którzy się nie dostosowali do wymogów kulturowych. Najdotkliwiej naznaczone zostają nią kobiety. Poddane nakazowi piękna i młodości równocześnie wyszydzane za nieudane operacje plastyczne, za utratę naturalności i świeżości. Człowiek postawiony jest przed czujnym spojrzeniem innego. Sztuka kamuflażu staje się tym samym pierwszą i najważniejszą. Dyskretne zabiegi, ukrywanie wieku i ilości operacji, gra społeczna, podczas której staramy się wytropić wiek drugiego zakrywając równocześnie swój własny.

Problem z deprecjacją starości leży tak naprawdę w skoncentrowaniu się na ciele. Współczesna kultura jest nie tyle kulturą młodości kultywującą to, co spontaniczne, mobilne, kreatywne, co stała się kulturą ciała. Ciała zdrowego, młodego, zgrabnego, seksualnego, zadbanego. Ciało staje się punktem wyjścia i podstawą konstruowania relacji. Brzydota – nigdy zresztą nie ciesząca się powodzeniem – stała się współcześnie czymś nagannym i chorobliwym. Poprzez ciało człowiek klasyfikowany jest nie tyle do grupy wiekowej co społecznej, a w cielesności umieszcza się ludzkie kompetencje.

Wiek XX odzyskał dla człowieka ciało, w wiekach wcześniejszych deprecjonowane, lub traktowane jako siedlisko zła i grzechu gdzie uwięziona dusza musiała walczyć z pokusami cielesnymi. Odzyskanie ciała nie stało się równoczesne z pogodzeniem z własną cielesnością, a przeciwnie nałożyło na nią nowe obowiązki coraz mocniej przywiązując człowieka do tego, co zewnętrzne.

Pytanie czy można pogodzić się z sobą i z własną cielesnością raz jeszcze, tak by nasze ciało stało się nie tyle najważniejsze co równie ważne jak nasza osobowość. Być może w docenieniu starości, własnej i innych ludzi leży możliwość docenienia siebie takim jakim się jest a nie takim jakim chcą nas widzieć inni. W końcu, o czym zapominamy pogrążeni w kulcie młodości, starość staje się dzięki medycynie i technice coraz dłuższym okresem naszego życia.

Dobre samopoczucie

rozdete-jaCzasami mam wrażenie, że człowiek to istota, która nie nadaje się do życia. Najpierw jest za młody, potem nie ma czasu, w końcu jest za stary. Zawsze na coś nie zdąża, lub czegoś żałuje. Człowiekowi zawsze jest za gorąco (lato ma męczące upały), za mokro (jesienne pluchy bywają drażniące), za zimno (mróz w styczniu męczy), za jasno, za ciemno, za wysoko, za nisko. Zawsze o jeden krok za dużo lub za mało. Po prostu człowiek nie nadaje się do życia.

Malkontenci, męczennicy codzienności ze szklanką od połowy pustą, z zawiedzionymi marzeniami, z niespełnionymi snami zaludniają świat. Bojownicy życia zmieniający na siłę rzeczywistość, buntownicy codzienności, którzy wszystko chcą inaczej, źli na cały świat, lub zmęczeni wszystkim potwierdzają tylko jedno – jest źle.

Niepoprawni optymiści uchodzą w takim gronie za szaleńców nierozumiejących rzeczywistości, naiwniaków cieszących się z byle czego.

Tymczasem pogodzenie się z sobą może okazać się bardzo proste. Wystarczy tylko odpuścić zapatrzenie w siebie samego. Malkontenci i cierpiętnicy, źli na cały świat i waleczni w większości wypadków za wysoko cenią samych siebie przekonani, że to ich życie powinno rozwijać się bajkowo, ich wakacje powinny być w słońcu, ich dążenia powinny być realizowalne.

Pogodzenie się z sobą to wypuszczenie powietrza z balonika naszego ego. Ani nie musimy, ani nie jest konieczne, żeby to nasze „ja”, „moje”, „moim”….

Czasami ważniejsze jest posłuchanie drugiego człowieka, zrobienie kroku w inną stronę niż wcześniej zakładaliśmy. Człowiek jest istotą nienadającą się do życia, gdy zaczyna wszystko wartościować i oceniać. Wówczas jest za ciepło – a może być przyjemnie skryć się w cieniu, wówczas jest za zimno – a przecież przyjemnie jest siedzieć z filiżanką herbaty i obserwować płatki śniegu. W deszczu też przyjemnie się biegnie, kiedy ulice stają się lśniące i mokre.

Nasze ego kultura zachodu rozwinęła do wielkiego teatru jednego aktora, gdzie wszystko musi się udać, a „ja” jako główny aktor jest najważniejsze. W tym teatrze jakiekolwiek niepowodzenie, nieprzychylność losu może być drażniąca, zniekształcając tak miły nam obraz naszego ego.  W tym tetrze jednego aktora nawet pogoda może być męcząca i nieodpowiednia, cały czas coś jest nie tak, cały czas coś przeszkadza w tworzeniu rzeczy wielkich i ważnych.

Pogodzenie się ze sobą oznacza dystans i do siebie i do tego, co nas otacza. Nasze problemy i cele przestają być wówczas tak wielkie i ważne, nasze życie przestaje tak wiele znaczyć. Konieczność można wówczas zamienić na przypadek, złe okoliczności można zamienić na nowe możliwości, własne niepowodzenie zamienić na zwykłe wydarzenie.

Tak wiem, ten teks brzmi dość koturnowo o tym jaki człowiek powinien być wolny od miłości własnej i potrzeby udowodnienia sobie, że coś się znaczy. Tak zdaję sobie sprawę, że piszę w dużej mierze banały, wszyscy bowiem rozumiemy, że nadmierna miłość własna może odcinać nas od tego, co istotne. Za tą banalną ideą kryje się jednak coś więcej.

Pogodzenie się z sobą, do którego swoją drogą wszyscy nas namawiają poczynając od domorosłych psychologów a kończąc na wielkich wschodnich autorytetach, to pogodzenie się z przypadkiem. Urodzeni w miejscu i rodzinie, której nie wybieraliśmy, marzący marzeniami do jakich przyzwyczaiły nas kulturowe opowieści i mity,  myślący w porządku obowiązujących paradygmatów tak naprawdę jesteśmy przypadkiem. Tu i teraz wrzuconym w życie.

W tej przypadkowości jest jednak coś cennego, i nie jest to wyjątkowość, jesteśmy bowiem jak inne gatunki i inni ludzie. Sam fakt, że po prostu jesteśmy, sam ten przypadek, że to właśnie życia nam się przytrafiło. A wszystko dookoła jest tylko tym, co nadaje kolorów przypadkowi jakim jesteśmy….