Kobieta

2012-02-16 10.26.35Męski przedmiot pożądania, matka, rodzicielka, żywicielka, przyjaciółka najdroższa, wsparcie, opoka, wielka miłość, macierzyństwo, opoka, naczynie boskiej działalności, służebnica pańska, kobieta.

Ubrana atrakcyjnie będzie seksualnym przedmiotem, laleczką, łatwą panienką, dziwką. Ubrana nie atrakcyjnie stanie się wycieruchem, zaniedbanym babskiem, pewnie „niedoruchaną feministką”.

Gdy zacznie rozmawiać z przyjaciółkami o paznokciach, makijażu okaże się pustą głową, powierzchowną idiotką, której nikt nie powierzyłby nawet przygotowania śniadania. Gdy zajmie się Kantem, albo fizyką kwantową, okaże się pozerką, egzotycznym zjawiskiem, zasuszoną i zniszczoną akademicką karierowiczką.

Klnąc kobieta naraża się na potępienie, przecież nie może być wulgarna, w ustach kobiety przekleństwo brzmi podwójnie odrażająco. Upita kobieta to skandal, brak jakichkolwiek zasad, stoczenie się na samo dno i beznadziejny egoizm.

Kobieta w klasztorze to zapewne ta, której nikt nie chciał, załamana zawodem miłosnym ucieka za zasłonę mistyki i boskiej miłości. Pozostająca w domu matka, opiekująca się dziećmi i czekająca na męża z obiadem jest pozbawioną całkowicie ambicji kurą domową, szarą myszką, poświęcającą się beznadziejnie, gdyż nic innego nie udało jej się w życiu. Matka jednego dziecka jest egoistką, bo nie pomyślała o silnym narodzie i nie urodziła licznych synów, matka wielu dzieci jest głupią maciorą wydającą z siebie bez opamiętania potomstwo, niszcząc przy tym przeludnieniem ziemię. O samotnej matce nie ma co mówić, pewnie puszczalska najpierw „dała” a potem „nie umiała przytrzymać przy sobie chłopa”.

Lesbijek nie ma ponieważ każda kobieta pożąda penisa, ma kompleks penisa, więc lesbijki to nie istniejące kobiety.

Transseksualistki to nie kobiety, jak się urodziło mężczyzną to takiego daru od losu nie można zmienić.

Polityczki i aktywistki, naukowczynie i artystki, menadżerki, szefowe, właścicielki firm krążą na marginesach męskiej kultury, obdarzone męskimi nazwami, regułami i narracjami, najczęściej niedostrzegane lub marginalizowane. Kobieta sukcesu ciągle jest jak okaz w klatce, przy czym sukces liczony jest męską miarą – ilością zarobionych pieniędzy, wydanych publikacji, wystaw, długością czasu antenowego. Inne formy działalności i sukcesu niż tradycyjnie uznane, uchodzą za miękkie i kobiece, a więc nie stanowią powodu do dumy. Dobrze wychowane dziecko jest tylko obowiązkiem kobiety i normalnym jego spełnieniem, dobrze zarządzana firma, w której pracownicy czują się bezpiecznie i wiedzą, że to jest ich miejsce, to tylko efekt macierzyńskich skłonności nadmiernej emocjonalności kobiety, szybko przeprowadzone negocjacje, rzeczowo przygotowana ustawa, zapewne była robiona przy pomocy męskiego wsparcia, albo okaże się w przyszłości bublem.

Przez wiek XX przetoczyły się dyskusje feministyczne, debaty społeczne, pojawiło się wiele ustaw i organizacji wsparcia. Mimo to współcześnie kobieta ciągle staje pod szklanym sufitem stereotypów i uprzedzeń, ciągle musi dźwigać brzemię narzuconych jej w czasach dawnych obowiązków i uwarunkowań. To kobieta (mężczyzny dylemat ten nie dotyczy) musi ciągle zmagać się z problemem: kariera czy dom, to kobieta ponosi winę jeżeli jej dzieci zranią się (a gdzie była matka, o ojca nikt nie pyta), to kobieta dźwiga winę jeżeli jej dzieci popełnią wykroczenie (jak ona ją/go wychowała?!).

Mimo tak rozwiniętej feministycznej świadomości, mimo wsparcia od coraz większej rzeszy mężczyzn, kobieta ciągle musi walczyć o uznanie, które nie przysługuje jej ot tak po prostu, ponieważ jest człowiekiem. Kobieta ciągle musi zasłużyć na szacunek, zachować się odpowiednio, mówić słusznie i działać stosownie. Cały czas oceniana, nie może ani na chwilę zaniedbać się i odpuścić. Musi być perfekcyjna – wówczas zasłuży na wzruszenie ramionami i stwierdzenie, że robi to, co trzeba. Ale i tak będzie to już komplement…

Reklamy

Mowa, gesty, czyny

20171114_104937Przekleństwa na ulicy nikogo już nie dziwią, nawet coraz rzadziej nas rażą, tak przywykliśmy by nie słyszeć tego, co mówią inni. Wyzwiska w miejscu publicznym mało nas szokują, nawet jeżeli to słowa skierowane do polityków, czy uczestników marszy. Tak samo jak krzyki i awantury, które serwujemy sobie codziennie z najdrobniejszej okazji. Narastająca agresja.

Słowa nienawiści, wulgaryzmy z jakimi się godzimy stanowią budulec przestrzeni społecznej. Zapominamy tym samym, że naszym przyzwoleniem tak samo jak i naszym sposobem wyrażania się wprowadzamy pewną konkretną rzeczywistość: złości, nienawiści, agresji. Raz wypowiedziane słowo może bardzo głęboko zapaść w świadomości człowieka: może zranić go obelgą potęgującą kompleksy czy niepewność, może też zarazić nienawiścią do drugiego człowieka, do świata.

Mowa nienawiści jest szczególnym przejawem agresji. „Biała siła”, „czysta krew, czysty umysł”, „Europa będzie biała albo bezludna”, „polskość to normalność”, „śmierć wrogom ojczyzny”, „armia patriotów”. Tych haseł można wymieniać bez liku, każda demonstracja fanatyków prezentuje kolejne odsłony tego samego agresywnego języka.

Język nie jest neutralny i o tym należy pamiętać. Słowa o „czystej krwi i czystym umyśle” od razu nakreślają jednoznaczną wizję społecznego świata: homogenicznego, ludzi należących do tej samej etniczności, o tym samym wyznaniu, o tych samych przekonaniach, co z kolei gwarantuje ich „właściwe” myślenie, podług jedynych zasad i wartości. Pod takim transparentem odbywa się budowanie świadomości która wyklucza wszystko to, co odbiega od tej homogenicznej normy.

Werbalne groźby są bardzo łatwo realizowalne. Człowiek krzyczący na drugiego szybko przełamuje normy szacunku i zrozumienia autonomii, to dlatego nierzadko od obelg i wulgaryzmów ludzie przechodzą do czynów. Zwłaszcza, że w języku obelżywym odmawiamy podmiotowości temu do którego skierowane są nasze złe słowa. „Europa będzie biała albo bezludna” stanowi zapowiedź wojny i to tej najgorszej; gdyż wewnętrznej. Żaden naród, państwo nie jest homogeniczne. Pośród nas mieszkają ludzie o różnych wyznaniach i ateiści, o różnym pochodzeniu etnicznym. Co więcej my sami jesteśmy dziećmi wielu kultur i wielu etnicznych wpływów.  „Czystych Polaków” nie ma tak samo jak nie ma żadnej innej nacji bez obcych wpływów. Różnorodność wpisana jest zarówno w nasze geny, jak i w historię, przynosząc nasze odmienne sposoby patrzenia na świat. Nawoływanie do nacjonalistycznego i rasistowskiego myślenia staje się nawoływaniem do wojny wewnętrznej, gdzie wskazane grupy zostaną uznane za nie prawdziwe, gorsze, a potem niebezpieczne, warte usunięcia, eksterminacji.

Historia lubi niestety powracać w zdarzeniach czy postawach. Druga wojna światowa skończyła się stosunkowo niedawno, jeszcze żyją ludzie, którzy jej doświadczyli, tak samo jak okres kolonializmu, segregacji rasowej, apartheidu. Nelson Mandela, Mahatma Gandhi, Václav Havel, Lech Wałęsa – ludzie budujący wiek XX, antyreżimowe i antydyskryminacyjne myślenie. Obserwując język nienawiści, jaki rozlał się na naszych współczesnych ulicach, zastanawiam się kiedy to nastąpiło? W jakim momencie naszego rozwoju, budowania wolności i niezależności, znienawidziliśmy tak mocno siebie? Jeżeli odpowiemy sobie na to pytanie twierdząc, że ta nienawiść i te podziały zawsze w nas tkwiły, tym mocniej musimy się im przeciwstawić.

Język nienawiści wypala piętna, zagrzewa do działania, umacnia złość i deprecjację drugiego człowieka. Język nienawiści pozwala manipulować, arbitralnie wyznaczać grupy wykluczonych. Język nienawiści zabija dialog, możliwości zrozumienia. I o tym trzeba pamiętać, bowiem spalić kukłę innego bardzo łatwo, ale oddać drugiemu człowiekowi życie, godność, poczucie bezpieczeństwa nie jest już tak łatwym działaniem. Piętno zostaje na całe życie.

Samospalenie

h02Albert Camus, filozof absurdu, zadał pewnego dnia pytanie: „dlaczego nie popełnić samobójstwa?”. Wczytując się w jego myślenie o świecie w którym brak sensu może być dojmującym doświadczeniem, można to pytanie postawić w jeszcze inny sposób: dlaczego warto żyć? Gdy Camus pytał swoich czytelników o tę kwestię, świat zmagał się z szeregiem metamorfoz. Powojennych, postkolonialnych, społecznych, kulturowych. Biedny francuz, który stracił swoją ojczyznę w Algierii, algierski outsider w paryskim świecie.
Całe pokolenia minęły od czasów, w których Albert Camus usiłował wytłumaczyć, że wartością życia jest możliwość stworzenia wartości dla innych, co powinno powstrzymać nas od zadania sobie śmierci. Mamy co robić, by a-sensowny świat przebudować. A jednak pytanie pozostaje, być może współcześnie jeszcze bardziej bolesne. Psychologowie biją na alarm, statystyki mogą przerażać ilością nastolatków popełniających samobójstwa, wielością depresji z jakimi człowiek współcześnie się zmaga. Wbici w kołowrotek pracy i obowiązków, oczekiwań i marzeń, indywidualistycznej potrzeby osiągnięcia sukcesu, niepewności jutra. Po kryzysach ekonomicznych, świadomości wojen toczących się na świecie, wobec zmian politycznych jakie obserwujemy, w ciśnieniu jakie nas przytłacza, raz jeszcze przywołujemy pytanie Camusa.
Czy warto żyć? Samobójstwo w kulturze europejskiej podległej dominacji chrześcijańskiej religii bardzo długo traktowane było jako grzeszne. Ten kto odbierał sobie życie nie zasługiwał nawet na godny pochówek. Niczym śmieć chowany pod płotem cmentarnym, tracił wedle religijnej ideologii życie wieczne, a jego rodzina musiała zmagać się z piętnem. Efektem takiego myślenia było okrutne odrzucenie rodzin, które po traumie utraty najbliższego/najbliższej musiały zmagać się ze złym spojrzeniem sąsiedzkim.
W czasach dominacji religijnego myślenia istniał jeden mały wyjątek: samobójstwo honorowe. I chociaż nad samobójcą nadal ciążyło widmo śmiertelnego grzechu, społeczeństwo akceptowało tę formę zadania sobie śmierci. Już od starożytności wiedząc, że sprawa honoru, rodziny, narodu, wymaga najwyższych poświęceń. Umierające kobiety, które „zhańbiły” rodzinę nieślubnym dzieckiem, zabijający się przestępcy, wolący umrzeć niż iść do więzienia, bankruci, patrioci, rycerze wiary – to całe pokolenia zadające sobie śmierć tylko po to, aby zmaza ich przewin nie ujrzała światła dziennego, lub by oczyścić imię rodziny/narodu. W imię honoru można było popełnić każde szaleństwo.
W czasach sekularyzacji pojęcie grzechu zostaje zepchnięte do świata ludzi wierzących, a społeczeństwo oparte na świeckim prawie odciążone od tej presji inaczej spogląda na samobójstwo. Medykalizacja zjawiska mówi o depresji. Socjologowie i psychologowie analizując statystyki nie uspakajają nas jednak. Czynniki cywilizacyjne powodują coraz większe napięcie. Strach, niestabilność życiowa, poczucie osamotnienia, niezrozumienia, utrata możliwości rozwoju, poczucie niespełnienia dochodzą do starych problemów, czy raczej zostają ujawnione przez współczesne badania.
W samobójstwie jest ostateczność. To gest przekreślający wszystkie inne gesty i możliwości. Odbierający sobie życie człowiek musi liczyć się z tym, że nic już nie zmieni, nic już nie obroni, w ostatecznym geście śmierci, kładzie bowiem na szali całego/całą siebie. jeżeli tylko nie jest to choroba psychiczna, samobójstwo może okazać się najmocniejszym przekazem złożonym pozostającym przy życiu.
Nangdrol, tybetański mnich, miał tylko 18 lat, gdy przed klasztorem Dzamthang w Barma dokonał samospalenia w imię wolności Tybetu i poszanowania praw człowieka. To, co zrobił ten człowiek wchodzi w długą i okrutną tradycję samobójstwa, które krzyczy. Nangdrol zabił się w 2012 roku, gdy jednak popatrzeć na walkę o wolne Indie, sprzeciw wobec wojny i masakrze w Wietnamie, czy walkę z reżimem komunistycznym, ofiar będzie o wiele więcej.
Siedmioletnia Islam zdetonowała bombę, którą miała na sobie w toalecie policji w Damaszku. Nagranie w sieci pokazuje ją i jej starszą o dwa lata siostrę Fatimę przygotowywaną przez ich ojca na samobójczą śmierć. Wszystko odbywa się w obecności matki przekonanej, że nie ma wieku nieodpowiedniego dla śmierci w imię Allacha. Te wydarzenia tak szokujące stały się codziennością wielu państw Zachodu i Bliskiego Wschodu w wieku XXI. Rozwój cywilizacji, wymiany międzykulturowej i globalizacji nie uchronił ludzi przez wzajemną nienawiścią. Nauczeni nienawidzić poświęcają wszystko łącznie ze swoim życiem, aby zabić.
Samobójstwo nie jedną ma postać: strachu, bezradności, poczucia pustki, ale również misji, wielkiej sprawy, którą można bronić tylko przez własną śmierć. Samospalenie niesie w sobie cierpienie człowieka, który się poświęca. Samobójstwo zamachowca stające się atakiem na drugiego człowieka niesie w sobie cierpienie innych, a samobójca-zamachowiec stawia sobie za cel „wyeliminować” jak najwięcej wrogów. Człowiek dokonujący samospalenia przedkłada życie innych, ich jakość, wartości nad własne życie. Samobójca dokonujący zamachu przedkłada ideologię, własne wartości nad życie innych.
Cel uświęca środki. Przerażająca formuła. Dla jednych staje się bronią wymierzoną w innych dla realizacji własnych celów. Dla innych samospalenie staje się misją poruszającą społeczeństwa, służącą obronie podstawowych wartości. Za każdym razem jest to jednak samotna śmierć. Ból, przerażenie, ostateczność. Tylko, że po niektórych pozostaje bardzo mocny przekaz, pozostaje życie, tych dla których ktoś inny dokonał samospalenia.
W hołdzie dla szarego Polaka.

Szacunek

osmy-marcaUległa, delikatna, irracjonalna, emocjonalna, skupiona na domu, dzieciach, mężczyźnie, który jest dla niej całym światem. Nie potrafiąca podejmować decyzji, niepewna, zagubiona, potrzebuje w swoim życiu dopełnienia jakie może uzyskać tylko w związku. Pełna sprzeczności i trudna do zrozumienia. Taka ma być kobieta w stereotypowym ujęciu.

Manify i manifestacje, walka o prawa wyborcze, równouprawnienia, walka o możliwość studiowania i podejmowania pracy w zawodach wcześniej zarezerwowanych tylko dla mężczyzn – przyniosła widoczne rezultaty. Dzisiaj nikt się nie dziwi widząc kobietę w pracy, jadącą samochodem, zakładającą konto i sięgającą po kartę wyborczą w dniu wyborów. Zmiany te są tak ogromne, że trudno nie uznać, iż kobiety weszły do świata wcześniej dla nich zamkniętego – pełnoprawnego życia obywatelskiego.

Po kątach jednak od czasu do czasu można spotkać stereotypowe myślenie. Spojrzenia pełne ironii, taksowanie wzrokiem kobiety jak towar, ocenianie jej przez pryzmat szowinistycznych dogmatów o wyższości mężczyzn. Ciągle niższe płace, ciągle gorsze możliwości zatrudnienia, ciągle próba zapanowania nad autonomią kobiety poprzez jej ciało, wieczna wojna reprodukcyjna, gwałt i poniżenie. Rzeczywistość kobiet zmieniła się bardzo, ale pozostaje jedna lekcja do odrobienia.

Tą lekcją jest wychowanie. Dziewczynki wciąż mogą być gorsze z matematyki czy fizyki, ciągle obciąża się ich cielesność i wpisuje w model słodkiego kociaka. Chłopców ciągle nie uczy się szacunku do koleżanek, tego, że kobieta mówiąc „nie” wie dokładnie co ma na myśli, nie uczy się też ich empatii. W nowym (współczesnym) świecie, gdzie kobiety mogą coraz więcej, ciągle są osamotnione.

Najpierw przez przyjaciół – bo stają się jakieś dziwne, mało dziewczęce, mało ciepłe, kiedy chcą robić karierę zawodową (i co gorsza jeszcze o tym powiedzą). Potem zostają same ponieważ mężowie i partnerzy nie zawsze dobrze znoszą konkurencję w domu. Równouprawnienie nie zawsze realne jest w związku. Na koniec potępia je społeczeństwo, zwłaszcza jeżeli mają czelność pozostawać bezdzietnymi. Kobieta która postanawia zostać w domu nie ma wcale łatwiejszego życia. Ponownie najpierw odsuną się od niej przyjaciele – bo za dużo czasu poświęca dzieciom i mężowi, potem spotka się z brakiem szacunku ze strony rodziny, że zaniedbała się i za dużo poświęca jej czasu, na koniec potępi ją społeczeństwo jako głupią kurę domową, która nie rozumie co to jest planowanie rodziny. W każdym wypadku i kobieta pracująca zawodowo, odnosząca sukcesy jak i kobieta pracująca w domu i opiekująca się rodziną zostaną zestygmatyzowane.

Ósmy marca: kwiatek, ciepłe życzenia, kilka miłych słów, program w telewizji o kobietach, może dwa słowa powiedzą w wiadomościach o manifestacjach kobiet, może pojawi się jakiś artykuł. I cisza. Wszystko wraca do normy. Stereotypy zaczynają działać i kobieta ponownie zanurza się w swoim świecie, gdzie powinna być interesująca ale nie wyzywająca, zadbana ale nie dbająca o sobie przesadnie, inteligentna i zaradna ale nie wpędzająca w kompleksy mężczyznę. Najlepiej, żeby była podporządkowana, jeżeli nie samemu mężczyźnie to stereotypom, najlepiej żeby znała swoje miejsce w społeczeństwie. Równouprawnienia tak, ale bez przesady. Równość tak, ale bez zaburzenia relacji i podziału płci.

Święta przemijają szybko. Specjalne dni i okolicznościowe wydarzenia nic tak naprawdę nie wnoszą, jeżeli nie zaczniemy raz jeszcze od przemyślenia kim jesteśmy i co oznacza nasze życie, jeżeli nie zadamy sobie raz jeszcze pytania co oznacza równouprawnienie. Jeżeli nie zaczniemy wychowywać młodych ludzi by szanowali się nawzajem nie pacząc na płeć ani kolor skóry, tylko dostrzegali się wzajemnie. Szacunek. W zasadzie wystarczy tylko szacunek.

Dzień kota

dzien-kotaDzień kota minął prawie niepostrzeżenie. Tak jak to z kotami ponoć bywa. Koty chodzą własnymi drogami, są niezależne, przywiązują się do miejsca nie do człowieka, bywają złośliwe, w zasadzie nigdy nie kochają tylko manipulują człowiekiem. Koty nie lubią też wody i piją mleko. Listę tych przesądów można by było pewnie poszerzyć o nie jedną kocią wyimaginowaną cechę. Koty miały być diabelskie – a w czarne koty w średniowieczu diabeł wchodził, zwłaszcza gdy chciał podejść do domostw człowieka, stąd pobożni ludzie przepędzali czarne koty ze wsi. W XVIII wiecznym Paryżu mieszczanie lubowali się w jedne zabawie z kotami: łapano ich jak najwięcej wrzucano do pojemnika i ten wpuszczano do ognia. Ponoć pisk zwierząt miał być tak zabawny, że rozrywka ta zyskała sporą popularność.

Współcześnie oczywiście nie jesteśmy ani zabobonni, ani tak okrutni, aby torturować zwierzęta. Myśliwi wcale nie urządzają sobie polowań na psy bezpańskie i te z obrożami. Programy odstrzału podejrzanie starych i chorych zwierząt wcale nie istnieją. W mieście nie ma pomysłowych żartownisiów wypychających karmę dla zwierząt szkłem, a o bezpańskie koty każdy dba jak o swojego kociaka. W zimie się je dokarmia i specjalnie dla bezdomnych kotów otwiera okienka w piwnicach. Tak wiek XXI odznacza się szczególną miłością do zwierząt.

Dzień kota to dobry dowcip w kalendarzu. Oczywiście zawsze znajdą się szalone mamuśki i tatuśkowie koci, którzy będą biegać za czworonogiem z obłędem w oczach. Nawiedzeńcy organizujący zbiórki i schroniska, zanoszący do lecznicy każde kulejące zwierzę. Jak wiemy koty są złośliwe i manipulujące ludźmi, dlatego szybko orientują się kto im w okolicy pomaga. Sąsiad dokarmiający kociaki znajdzie ich więcej na swojej wycieraczce. Koty wiedzą od kogo mogą wyciągnąć pożywienie. Tak samo zawsze znajdą sobie naiwnego, który wyda na ich leczenie sporo, a potem odda swoje łóżko.

Na szczęście są jeszcze tacy, którzy wiedzą: kot, pies i cała inna gawiedź to istoty bez duszy. Bóg tylko człowieka stworzył na swoje podobieństwo i obraz, a nie psa i kota, nie wspominając o innych płazach i gadach. Dlatego zwierząt nie wolno nazywać ludzkimi imionami, bo to profanacja godnej osoby człowieka. Dlatego też zwierzęta powinny znać swoje miejsce: w budzie na łańcuchu, przed domem, w zimnej piwnicy by wyłapać myszy. Zwierzę ma służyć człowiekowi do końca. A niezdatne do pracy nie znajduje już miejsca w domu. Ci mądrzy ludzie wiedzą też, że inni się mylą i grzeszą siedząc z kotem na kolanach i pielęgnując pieska jak dziecko. Co ludzkie ma pozostać ludzkie, a świat jest dla człowieka, w końcu Bóg nas tak stworzył i to jest dobre.

Dzień kota jest niewiele znaczącym wybrykiem. Tak jak dzień ziemi,  dzień kundelka (25 października), dzień psa (1 lipca), dzień leśnika i drzewa (pierwsza niedziela kwietnia). Ekolodzy świętują byle co, blokując przy tym rozwój miast i wsi, przykuci do drzewa wariaci.

Dzień kota już minął, dla niektórych zauważony z półuśmiechem, lub pogardą, dla innych bez kota. Tylko koty zostały: bezdomne, brudne, niechciane. Uciekające spod kół samochodów, próbujące znaleźć bezpieczne miejsce i cokolwiek do zjedzenia. Tak samo jak bezpańskie pieski, błąkające się ptaki, wiecznie brudzące parki i skwery gołębie. Cały ten zwierzęcy świat, który próbuje przeżyć pomimo rozwoju technologii, zanieczyszczeń, ludzkiej złości i buty, że to wszystko nam się należy. Cały ten zwierzęcy świat, który próbuje jakoś się odnaleźć w świecie, który człowiek tak skutecznie sobie podporządkował…

Człowieczeństwo….

fundamentyFilozofowie czasami są szaleni. Niejaki Diogenes miał chodzić z lampą po mieście i szukać prawdziwego człowieka. Podobno go nie znalazł. Inni jednak na tyle się tym przejęli, że zaczęli zastanawiać się nad istotą człowieka, nad samym człowieczeństwem. Z czasem poszukiwania przerodziły się w konstruowanie wizji jak człowiek powinien wyglądać, kim powinien być. Starożytna mądrość nauczyła nas na długie stulecia, że człowiek jest istotą rozumną, kolejni dodali, że godną, jeszcze inni, że bardzo ważną, właściwie najważniejszą na świecie. Mnogość teorii i definicji prowadzących do wspaniałych wizji. Czy jednak warto brać lampę do ręki? Czy można mówić o człowieku w kategoriach takich abstrakcji i uniesień?

Nie szukam człowieka ani człowieczeństwa. Tego pierwszego mogę spotkać jak tylko zacznę rozmawiać z tym, kto stoi naprzeciwko, tego drugiego po prostu nie ma tak jak pustych wartości i idei. Piękne konstrukcje i wspaniałe narracje nic nie dają, gdy drugi człowiek jest obojętny na nas a my na niego. Człowieczeństwa i człowieka nie ma, jesteśmy tylko my. Jednostkowe spotkania, indywidualne relacje, w których stwarzamy siebie dobrymi albo złymi, uczciwymi lub fałszywymi. By poznać siebie i drugiego człowieka nie potrzebuję wielkich teorii – wystarczy otwarcie się na tego, kto jest inny, tego kto na przeciwko.

Warto pamiętać o niebezpiecznych słowach i poglądach na temat człowieczeństwa, pustych teoriach dotyczących człowieka i jego powołania, zwłaszcza, gdy demagodzy współczesności próbują nam pokazać, co jest złego w świecie i w jaki sposób należy uleczyć naszą „duszę”. Specjaliści od wartości drżący, że zły zachód, konsumpcjonizm, lub technologia wykradną nam wrażliwość; nie dają nam spokoju wskazując właściwe zachowania. Będą dla nas budować normy i zasady, nie pozwolą nam rozmawiać o rzeczach niebezpiecznych i drażliwych, nie pozwolą spotykać się bez wyraźnego uzasadnienia sensowności spotkania, zadbają o każdy szczegół naszego życia, byśmy byli coraz lepsi, coraz bardziej człowieczy.

Nie szukam człowieka ani człowieczeństwa, tak jak nie słucham demagogów i głosicieli doskonałego porządku. Historia zna takich bardzo dobrze, tak samo jak mędrców wskazujących nam drogi postępowania. Piękne teorie, czasami aż za piękne z reguły prowadzą do utopi lub do totalitarnych systemów. Zwyczajne życie obejdzie się bez tych wszystkich wyrafinowanych konstrukcji, wystarczy, że nauczymy się szacunku do siebie wzajemnie bez oczekiwania, iż sprostamy wydumanym ideom.

Współcześni specjaliści od dobra i właściwego sposobu bycia, wzniecają raz jeszcze strach wobec życia, złą jakie niesie w sobie postawa negująca humanizm i wartości. Demagodzy wolą rozprawiać o ideach niż o możliwościach jakie daje świat, problemach jakie w sobie niesie codzienność. Lepsze zmitologizowanie niż ogląd tego, co jest. Współcześni specjaliści od dobra i właściwego wymiaru życia czasami sami się boją tego, co mówią, dlatego pohukują coraz głośniej i otaczają się ludźmi tak samo jak oni niepewnymi i złymi na rzeczywistość w jakiej przyszło im żyć. Wielkie idee mogą przynieść zamknięcie na to, co od nich odmienne.

Dlatego nie szukam człowieka ani wzorców i ważnych wskazówek człowieczeństwa, wolę codzienność, brak jednoznacznych odpowiedzi, po prostu nie boję się życia.

Musimy zdać sobie sprawę!

mozemyMusimy zdać sobie sprawę, że w życiu jest tyle do zrobienia. Codzienność, jej drobne sprawy, absorbujące tak mocno, wymagają skupienia. Podany obiad, posprzątane mieszkanie, pies wyprowadzony na spacer, rozmowa z mamą, telefon do przyjaciółki, czyszczenie butów, herbata zrobiona za wcześnie, stygnąca na stole, gdy jeszcze trzeba skończyć maila. Do tego dochodzą obowiązki zawodowe, najpierw na studiach (studiowanie to przecież praca i to nie rzadko ciężka) potem w pracy. Czasami miło jest wyjść do kina, spotkać się z przyjaciółmi.

Musimy sobie uświadomić ile mamy możliwości. Choć nie zmieni się świata, to można uratować bezdomnego kota. Choć nie zmieni się ludzi, można pracując z nimi przekonać choć parę osób, by nie traktowali świata i zwierząt jako bezterminowo danych nam przedmiotów. Można rozmawiać, pertraktować, uczyć: uchodźców języka ich nowej ojczyzny, siebie że drugi człowiek jest ważny. Można zostać wolontariuszem/wolontariuszkom w hospicjum, stworzyć rodzinę zastępczą dla sieroty, pomóc zorganizować pracę dla bezdomnego/bezdomnej. Można bardzo dużo, zwłaszcza gdy potrafimy współpracować z drugim człowiekiem, kiedy otwieramy się na innych, zaczynamy działać, realizować to, co dla nas i dla nich ważne. I nie jest istotne jak duży będzie zasięg naszego działania, ważne będzie to, co chcemy zrealizować, na ile choć jedną osobę przekonamy, że warto pomagać, że nienawiść jest szkodliwa, a umysł otwarty zawsze daje więcej niż zamknięcie w skostniałych poglądach i przekonaniach.

Musimy zrozumieć, że bardzo dużo możemy dzięki luksusowi kulturowemu jakim jest wolność słowa, wolność zrzeszeń, wolność propagowania różnych idei, oraz wolność życia na różne sposoby. Ten kulturowy luksus powinno gwarantować nam państwo: trójpodział władzy, przestrzeganie prawa, trybunał konstytucyjny, wolne media, wolne zgromadzenia, istnienie stowarzyszeń, fundacji, wolny uniwersytet. Dzięki tym sprawnie funkcjonującym elementom człowiek może się rozwijać i realizować swoje cele, mierzyć dalej niż własne potrzeby.

Jeszcze nie tak dawno żelazna kurtyna oddzielała demokratyczne państwa od państw totalitarnych. 1989 rok stanowi symboliczny upadek tego podziału, co pociągnęło za sobą odzyskanie niepodległości i autonomii przez wiele państw bloku komunistycznego. Dla Polski, Czech, Słowacji, Ukrainy, dawnego NRD, Łotwy, Estonii i innych państw rozpoczęła się droga do kształtowania instytucji i prawa gwarantującego ludziom równość i pełne uczestnictwo w życiu swojego państwa.

Przejście w system demokratyczny było jednak okresem wymagającym: przestawienia gospodarki z planowania centralnego na system wolnorynkowy, przystosowania prawa, zmiany systemu instytucji, a co za tym idzie przystosowania mentalności obywateli, zbudowania nowego nastawienia do społeczeństwa, uświadomienia siły państw obywatelskiego, gdzie obywatele biorą wzajemnie za siebie odpowiedzialność. Ukształtowanie państwa obywatelskiego w latach transformacji było jednym z trudniejszych i ważniejszych zadań, gdyż to obywatelskość właśnie najbardziej wspiera rozwój państwa jak i samych obywateli.

Dzisiaj stajemy w obliczy smutnych wydarzeń. Jedna partia rządząca skutecznie podzieliła ludzi mową nienawiści i wizją zagrożeń jakie mają rzekomo płynąć ze strony demokracji i jej zachodniego modelu. Nie chodzi mi w tym momencie o krytykę samej partii rządzącej – w demokracji różne partie mogą wygrywać, różne programy wyborcze mają możność dotarcia do obywateli i zyskania ich aprobaty. Moim zdaniem problem leży w skutkach jakie pojawiają się w społeczeństwie odkąd rządzący zaczęli uprawiać demagogię nienawiści. Już podział na gorszy i lepszy sort Polaków, na nielojalnych lewaków i prawych obywateli kochających wszystko to, co polskie, na Polaków-katolików i innowierców czy ateistów. Te podziały powodują, że państwo obywatelskie przechodzi głęboki kryzys, a sami ludzie czują się coraz bardziej wykorzenieni ze swojej własnej ojczyzny.

Dlatego musimy jeszcze raz zacząć budować państwo obywatelskie, wzmocnić to, co udało nam się do tej pory wypracować. Wiece, zebrania, marsze, dyskusje powinny stać się naszą codziennością. Dopóki będziemy ulegać retoryce podziału obywateli, napiętnowania tych, których uznaje się nie w pełni Polakami, którym odmawia się prawa swobodnej wypowiedzi; dopóty będziemy narażeni na utratę możliwości jakie daje demokracja, będziemy zamknięci w ksenofobicznym świecie nienawiści. Debata publiczna, tak samo jak wolne media, tak samo jak ludzie wychodzący na marsz protestacyjny mają obowiązek domagać się odpowiedzi: o sposób procedowania ustaw (większość jednej partii w parlamencie nie może zabierać głosu mniejszym partią i ugrupowaniom, procedowanie ustaw dotyczy bowiem nas wszystkich), o kształt Trybunału Konstytucyjnego (czuwającego nad prawami wszystkich obywateli bez różnicy w ich poglądach politycznych czy światopoglądowych), o budżet (rząd nie rozdaje swoich pieniędzy a nasze – każdego podatnika).

Musimy stać obok siebie – obywatelskość na tym właśnie polega, że potrafimy działać wspólnie. Musimy podjąć odpowiedzialność obywatelską – nasza przyszłość zależy od tego, co zrobimy teraz, czy pozwolimy by wygrała demagogia i niechęć, czy może uda nam się zbudować wspólną drogę. Różnorodność jest pożyteczna i warto o nią walczyć. Tak samo jak wolność słowa i prawo do samorozwoju niezależnie od tego kim jesteśmy.

Dlatego dziękuję bardzo studentom za ich zaangażowanie, za chęć by wziąć głos w dyskusji. Państwa działania: tworzenie ruchów społecznych, manifestacji i wieców jest kluczowe. To właśnie Państwo mogą zmienić sytuację, to właśnie Państwo zmieniają świat!