Fraszka na starość

fraszka-na-staroscSzlachetność, mądrość, dojrzałość, doświadczenie, przeżycia, zrozumienie – dawne przymioty wieku dojrzałego powoli odchodzą do lamusa. Szacunek przynależny staremu człowiekowi, miejsce w społeczeństwie dające mu pozycję człowieka ważnego zastąpione zostało marginalizacją i brakiem zrozumienia jego kondycji. Wprawdzie rozwinęła się geriatria i system opieki społecznej, tyle, że ta medykalizacja zmieniła całkowicie spojrzenie na starość, która zamiast źródła mądrości stała się synonimem choroby, niesprawności i brzydoty.

Współczesna zachodnia kultura albo wypiera starość (w zasadzie to nie wypada się zestarzeć), albo oferuje nowe jej modele, próbując eliminować oznaki wieku, z młodości czyniąc wyznacznik ludzkiej kondycji. W zasadzie żyjemy w czasach wiecznej młodości, gdzie dojrzałość staje się powoli czymś niestosownym.

Dawne zasady, niczym w gorsecie, określały wiek człowieka modą, zachowaniem, jak i przynależną mu społecznie funkcją. Wcale nie oznaczało to lepszego życia osób starych, często wtłaczając ludzi w ramy pożądanego postępowania. Uczyło jednak szacunku do tego, co z wiekiem nabywa człowiek. Współczesność stawiając na kompetencje, na standaryzację zachowań i czyniąc z mody zabawę, zniosły dawne kategorie wieku, rozerwała gorset zasad obowiązujący poprzednie stulecia. W tej kulturowej zmianie jest dużo wolności, stary rewolucjonista może ciągle trwać na swojej barykadzie, stary rockmen nikogo nie zdziwi swoimi długimi siwymi włosami. Wraz z wolnością pojawiła się jednak pułapka. To konieczność zgrabnej figury, gładkiej twarzy, zadowolenia (które powoli staje się naszym obowiązkiem życiowym), to nieustanne wymaganie by zachowywać się jak młody człowiek, nadążyć i być na czasie zamykając starość w paradoksie. Nie jest już bowiem ważne doświadczenie i mądrość życiowa, a zdolność do przystosowania się i możliwość zachowania młodzieńczych upodobań. Sam wygląd – sposób ubierania, poruszania i najważniejsze zachowanie/odzyskanie jak najmłodszego ciała staje się priorytetem.

Wraz z pułapką współczesnego modelu starości pojawia się pogarda wobec wszystkich tych, którzy się nie dostosowali do wymogów kulturowych. Najdotkliwiej naznaczone zostają nią kobiety. Poddane nakazowi piękna i młodości równocześnie wyszydzane za nieudane operacje plastyczne, za utratę naturalności i świeżości. Człowiek postawiony jest przed czujnym spojrzeniem innego. Sztuka kamuflażu staje się tym samym pierwszą i najważniejszą. Dyskretne zabiegi, ukrywanie wieku i ilości operacji, gra społeczna, podczas której staramy się wytropić wiek drugiego zakrywając równocześnie swój własny.

Problem z deprecjacją starości leży tak naprawdę w skoncentrowaniu się na ciele. Współczesna kultura jest nie tyle kulturą młodości kultywującą to, co spontaniczne, mobilne, kreatywne, co stała się kulturą ciała. Ciała zdrowego, młodego, zgrabnego, seksualnego, zadbanego. Ciało staje się punktem wyjścia i podstawą konstruowania relacji. Brzydota – nigdy zresztą nie ciesząca się powodzeniem – stała się współcześnie czymś nagannym i chorobliwym. Poprzez ciało człowiek klasyfikowany jest nie tyle do grupy wiekowej co społecznej, a w cielesności umieszcza się ludzkie kompetencje.

Wiek XX odzyskał dla człowieka ciało, w wiekach wcześniejszych deprecjonowane, lub traktowane jako siedlisko zła i grzechu gdzie uwięziona dusza musiała walczyć z pokusami cielesnymi. Odzyskanie ciała nie stało się równoczesne z pogodzeniem z własną cielesnością, a przeciwnie nałożyło na nią nowe obowiązki coraz mocniej przywiązując człowieka do tego, co zewnętrzne.

Pytanie czy można pogodzić się z sobą i z własną cielesnością raz jeszcze, tak by nasze ciało stało się nie tyle najważniejsze co równie ważne jak nasza osobowość. Być może w docenieniu starości, własnej i innych ludzi leży możliwość docenienia siebie takim jakim się jest a nie takim jakim chcą nas widzieć inni. W końcu, o czym zapominamy pogrążeni w kulcie młodości, starość staje się dzięki medycynie i technice coraz dłuższym okresem naszego życia.

Reklamy

Dobre samopoczucie

rozdete-jaCzasami mam wrażenie, że człowiek to istota, która nie nadaje się do życia. Najpierw jest za młody, potem nie ma czasu, w końcu jest za stary. Zawsze na coś nie zdąża, lub czegoś żałuje. Człowiekowi zawsze jest za gorąco (lato ma męczące upały), za mokro (jesienne pluchy bywają drażniące), za zimno (mróz w styczniu męczy), za jasno, za ciemno, za wysoko, za nisko. Zawsze o jeden krok za dużo lub za mało. Po prostu człowiek nie nadaje się do życia.

Malkontenci, męczennicy codzienności ze szklanką od połowy pustą, z zawiedzionymi marzeniami, z niespełnionymi snami zaludniają świat. Bojownicy życia zmieniający na siłę rzeczywistość, buntownicy codzienności, którzy wszystko chcą inaczej, źli na cały świat, lub zmęczeni wszystkim potwierdzają tylko jedno – jest źle.

Niepoprawni optymiści uchodzą w takim gronie za szaleńców nierozumiejących rzeczywistości, naiwniaków cieszących się z byle czego.

Tymczasem pogodzenie się z sobą może okazać się bardzo proste. Wystarczy tylko odpuścić zapatrzenie w siebie samego. Malkontenci i cierpiętnicy, źli na cały świat i waleczni w większości wypadków za wysoko cenią samych siebie przekonani, że to ich życie powinno rozwijać się bajkowo, ich wakacje powinny być w słońcu, ich dążenia powinny być realizowalne.

Pogodzenie się z sobą to wypuszczenie powietrza z balonika naszego ego. Ani nie musimy, ani nie jest konieczne, żeby to nasze „ja”, „moje”, „moim”….

Czasami ważniejsze jest posłuchanie drugiego człowieka, zrobienie kroku w inną stronę niż wcześniej zakładaliśmy. Człowiek jest istotą nienadającą się do życia, gdy zaczyna wszystko wartościować i oceniać. Wówczas jest za ciepło – a może być przyjemnie skryć się w cieniu, wówczas jest za zimno – a przecież przyjemnie jest siedzieć z filiżanką herbaty i obserwować płatki śniegu. W deszczu też przyjemnie się biegnie, kiedy ulice stają się lśniące i mokre.

Nasze ego kultura zachodu rozwinęła do wielkiego teatru jednego aktora, gdzie wszystko musi się udać, a „ja” jako główny aktor jest najważniejsze. W tym teatrze jakiekolwiek niepowodzenie, nieprzychylność losu może być drażniąca, zniekształcając tak miły nam obraz naszego ego.  W tym tetrze jednego aktora nawet pogoda może być męcząca i nieodpowiednia, cały czas coś jest nie tak, cały czas coś przeszkadza w tworzeniu rzeczy wielkich i ważnych.

Pogodzenie się ze sobą oznacza dystans i do siebie i do tego, co nas otacza. Nasze problemy i cele przestają być wówczas tak wielkie i ważne, nasze życie przestaje tak wiele znaczyć. Konieczność można wówczas zamienić na przypadek, złe okoliczności można zamienić na nowe możliwości, własne niepowodzenie zamienić na zwykłe wydarzenie.

Tak wiem, ten teks brzmi dość koturnowo o tym jaki człowiek powinien być wolny od miłości własnej i potrzeby udowodnienia sobie, że coś się znaczy. Tak zdaję sobie sprawę, że piszę w dużej mierze banały, wszyscy bowiem rozumiemy, że nadmierna miłość własna może odcinać nas od tego, co istotne. Za tą banalną ideą kryje się jednak coś więcej.

Pogodzenie się z sobą, do którego swoją drogą wszyscy nas namawiają poczynając od domorosłych psychologów a kończąc na wielkich wschodnich autorytetach, to pogodzenie się z przypadkiem. Urodzeni w miejscu i rodzinie, której nie wybieraliśmy, marzący marzeniami do jakich przyzwyczaiły nas kulturowe opowieści i mity,  myślący w porządku obowiązujących paradygmatów tak naprawdę jesteśmy przypadkiem. Tu i teraz wrzuconym w życie.

W tej przypadkowości jest jednak coś cennego, i nie jest to wyjątkowość, jesteśmy bowiem jak inne gatunki i inni ludzie. Sam fakt, że po prostu jesteśmy, sam ten przypadek, że to właśnie życia nam się przytrafiło. A wszystko dookoła jest tylko tym, co nadaje kolorów przypadkowi jakim jesteśmy….

Czarne

czarneCzasami musi o coś chodzić. Oczywiście można przesiedzieć weekend na kanapie z ulubionym serialem. Można wrócić do domu i nie mieć siły już na nic. Można nie przejmować się sprawami, które nas nie dotyczą – przecież całego świata się nie zbawi. Historia jednak pokazała, że to bardzo złe założenie. To jak z ubezpieczeniem, które nie jest nam potrzebne, dopóki nie wymagamy drogiej terapii. To jak bezpieczeństwo na ulicy, które jest dla nas oczywiste i którego oczekujemy, dopóki nie zaczną się zamieszki. To jak młodość, która jest i jest i jest dopóki nie okaże się, że nikt już nas nie chce bo osiągnęliśmy wiek emerytalny i nowi czekają w kolejce na nasze miejsce.

Zło wydarza się przy naszym udziale, kiedy „to nas nie dotyczy”, kiedy jesteśmy zbyt zajęci lub zbyt zmęczeni i bierni, żeby reagować, kiedy nie zauważamy, że coś jest nie tak. Obojętność jest czasami najgorsza.

Nierzadko zło wkracza do społecznego życia przez ideologie. Idee zakładające jaki człowiek powinien być i co powinien robić. Idealny człowiek, moralność, odpowiedzialność – gdy do tego dojdzie przeświadczenie, że idee te mają wymiar sacrum dyskusja z nimi staje się niemożliwa. Zło jakie w sobie niosą – to wizja jednego modelu postępowania, jednego modelu bycia człowiekiem. Uświęcona moralność, która zamienia się w tradycję. Krok po kroku staje się coraz bardziej dominująca, gdy nikt nie podejmuje z nią dyskusji i nie ma czasu, ani ochoty przyjrzeć się co ona naprawdę oznacza.

Pacząc konkretnie – połowie naszego społeczeństwa przypisano idee takie jak: brak siły, analitycznego myślenia, delikatność, wrażliwość, subtelność, podległość, chęć służenia innym i macierzyństwo. Kobieta, która nie chce mieć dzieci i jeszcze ma czelność mówić to publicznie, w świetle tych idei, albo jest chora psychicznie, albo zwyczajnie nie wie co mówi.

Współcześnie kobieta w ciąży jest pod specjalną opieką tychże idei. Pierwszeństwo w kolejce (tylko dlaczego ona sama w zaawansowanej ciąży musi robić zakupy? Gdzie ojciec dziecka? Ma za to pierwszeństwo w kolejce). Pierwszeństwo u lekarza. Poradnia. Kosmetyki, moda, suplementy diety. Wszystko, żeby czuła się komfortowo i szczęśliwie. A praca? Jaka praca? Młode kobiety mają większe kłopoty ze stałym zatrudnieniem bo są ryzykiem rozrodczym dla pracodawcy. Ważne żeby były kobiece i szczęśliwie w ciąży a nie zatrudnione i awansujące.

Piękny obrazek w reklamie kaszki dla dzieci lub w serialu familijnym: czasami zdarza się nieprzespana noc, ale w sumie jest czas by zrobić makijaż (przecież mąż musi widzieć ją atrakcyjną), pobawić się z dzidziusiem i pokręcić po mieście z przyjaciółkami (też kobiecymi i szczęśliwymi). Statystyki o gwałtach małżeńskich, ilości rozbitych małżeństw z powodu choroby dziecka (ile razy kobieta zostaje sama bo on nie jest w stanie znieść nieszczęścia jakie jego spotkało?), depresji poporodowych, powikłań i chorób kobiet, które rodziły zostają przemilczane. Ich nie ma. Jest szczęśliwa mama z dzieckiem, która ma prawo do karmienia piersią w miejscu publicznym. A jak jest maltretowana i porzucona, to najlepiej by nie wpisywała się w pejzaż publiczny – niech cierpi w czterech ścianach swego domu. A w zasadzie, jak tłumaczą jej specjaliści od kobiecości – ona nie cierpi, jest przecież spełnioną matką.

Wiele osób decyduje się na dyskusję o kobietach: politycy, naukowcy, księża. Głównie mężczyźni. Demagodzy, ideolodzy. Pokazują drastyczne zdjęcia skrobanek, kiwają głowami w pogardzie dla nieludzkich zachowań wyrodnych matek, debatują o powołaniu człowieka, bogu i wartościach. W międzyczasie kolejna nastolatka rodzi a ojczym dostaje co najwyżej niewielki wyrok za gwałt na nieletniej.

Wielkie idee mówiące o wartości życia nie bronią tego, które już jest, nie pozwalają przyjąć innego modelu, innych życiowych potrzeb niż wyznaczonych przez uświęcone tradycją. Połowa naszego społeczeństwa po prostu ma się im poddać. Jeżeli tego nie zrobi grozi jej za to: więzienie, odrzucenie towarzyskie, napiętnowanie. A kobieta niezamężna doczeka się tylko kilku wyzwisk, bo przecież nikt jej nie chciał…