taka sobie niedziela

taka sobie niedzielaTo była taka sobie niedziela. Spacer, dużo dzieci, piesków, wózków, rowerów, stukania obcasów, gołębi. Czas przeciekający przez ręce, czas zatrzymany.

Biegnę. Dla mnie to czas zatrzymany. Nic się nie liczy na tę jedną godzinę podczas dnia. W niedzielę biegnę później, przełamując mój zwyczaj porannego biegania. Aura krakowskiego spaceru pochłania. Dokoła ludzie, pieski i dzieci.

Biegnę. Ciało pracuje samo. Można o niczym nie myśleć. Zatopić się w ruchu, zostawić wszystko za sobą. Robi się spokojnie, tak jakby świat przy biurku nie istniał z milionem zadań do zrobienia, tak jakby telefon zniknął z nie odebranym połączeniem. Poza wyrzutami sumienia, że coś jest zaległe, poza czasem, który koszmarnie ucieka. Sam ruch i gdzieś w nim tylko moje ciało, świadomość buja w obłokach.

Pierwsza potyczka odbywa się w parku Jordana ja kontra starsza pani, która ma w oczach nie ustąpię, moja alejka. Spokojnie jest Pani – oddaję pole i wpadam w błoto. I tak jest cudownie. Słońce przybrudzone chmurami daje piękne światło.

Potem obserwuję kolejne potyczki: kobieta z wózkiem kontra zakochana para, każdy ma w sobie mocne postanowienie, że nie ustąpi, jemu się w końcu należy ten spacer. Mijają się niemalże ocierając o siebie.

Wybiegam z parku. Przede mną rozciągają się Błonia. Cudowna perspektywa. Droga donikąd gdy biegnie się aleją przy linii drzew. Na ulicy obok rowerzysta zajeżdża ambitnie drogę kierowcy samochodu. Ten nie pozostaje mu dłużny i trąbi co sił, tak, żeby nikt nie miał wątpliwości kto jest silniejszy. Odwieczna wojna plemienna: rowerzyści kontra samochody, samochody kontra autobusy. Zasada jest jedna: głośno trąbić, zajeżdżać drogę i robić wszystko, by zahamować przeciwne plemię w ruchu. Wygrywa ten kto bardziej utrudni życie przeciwnikom. Piesi wiadomo, niech sami dbają o siebie.

Wbiegam w ul. Piłsudskiego. Uwielbiam tę jej szerokość, wielkomiejską formę. Powoli wyłania się alma mater. Mijam dostojne mury i biegnę plantami. Tutaj ewidentnie rządzą gołębie znacząc swój teren i spoglądając na ludzi: chwila oceniania, to odwieczne albo-albo w ptasim wydaniu, człowiek jest albo jedzeniem albo niebezpieczeństwem. Na decyzje jest chwila.

W domu czeka kot. Zielonym okiem mruga do mnie. Zastanawia się przez chwilę gdzie byłam i z dostojeństwem ociera się o nogi. Czas się przywitać.

Na ulicy pozostał ten sam splot dróg i ludzi, węzeł gordyjski, którego nie da się przerwać, bez którego miasto tak naprawdę nie miałoby sensu. Szkoda tylko, że brakuje ludziom czasami jednego: spokoju. Wystarczy się uśmiechnąć, zrobić krok w bok, wystarczy się przepuścić. Plemienne wojny pozostawić przeszłości. Wyciągnąć korek z wybujałego ego. Na chwilę zapomnieć, że jest się najważniejszym, skupić się na świecie, na innym człowieku, zwierzęciu. Merdające pieski nie potrzebują zbyt wiele oprócz szczęśliwego spokoju.

Bieganie – rytuał oczyszczenia. Spacer też nim być może. Tak jak codzienna droga do pracy i domu. Wystarcz tylko się poddać drodze. Wdech nienawiści, wydech miłości. Człowieku wcale nie jesteś najważniejszy. Jesteś taki sam jak każdy inny: żyjesz, marzysz, do czegoś dążysz. I to jest piękne. Więc się wreszcie uśmiechnij.

Reklamy

One thought on “taka sobie niedziela

  1. kamienny ptak
    wykruszony przeszłością
    skruszony,
    skruszały,
    pożarty po same pióra
    pawich wspomnień,
    kamienny ptak
    rzygający wodą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s