W stadzie

w stadziePoczątek naszego gatunku zaczyna się w stadzie istot, które razem przemierzały tereny w poszukiwaniu pokarmu i schronienia na noc. Im bardziej rozwijał się nasz gatunek, tym więcej czynności zaczęło nas łączyć: wspólne polowanie, przygotowanie pokarmu, wspólne czuwanie przy ogniu i przesiadywanie przy nim, wygrzewanie się. Człowiek od zarania swoich dziejów musiał nauczyć się i współpracy i rywalizacji o to, co dla niego najcenniejsze. Współpraca oznaczała nauczenie się bycia razem, ustępowania sobie wzajemnie, poszanowania innych w grupie. Rywalizacja z innymi grupami oznaczała konieczność skonsolidowania naszej własnej grupy, nauczenia się solidarności wobec tego, co zostało uznane za nasze i odcięcia się od tego, co uznane za obce.

Wraz z rozwojem kultury człowiek coraz więcej zyskiwał i coraz więcej przez to mógł stracić. Dlatego tak ważne stało się, aby umiał wypracować mechanizmy obronne. Współpraca i poczucie wspólnotowe zostało zatem wzmocnione. Pojawiły się mity założycielskie, wierzenia i wspólne wartości – potęgujące poczucie jedności grupy, spajające jej działania.

Rozwój idei – wspólnoty, jej jedności, wspólnego pochodzenia, wspólnych przodków, a potem rozwój idei narodu i mitologii z tym związanej, spowodowało, że ludzie zaczęli się utożsamiać z tym, co ogólne, zaczęli budować mocne przynależności i poczucie tożsamości. Spoiwem takich zjawisk jak: wspólnota, klan, ród, naród, ojczyzna stały się idee etnocentryczne – konsolidujące wokół jednego wspólnego zespołu idei i wartości odróżniających bardzo mocno my  od nie-my, my od inni, obcy. Za tym odróżnieniem doszło do mocniejszego wartościowania, jakie można było obserwować w historii dobrzyźli, prawi-nieprawi, cywilizacja-barbarzyństwo, kultura-dzicy. Każda strategia etnocentrycznej konsolidacji niosła za sobą niebezpieczeństwo wykluczenia i deprecjacji tego, co inne.

Etnocentryzm spisał się bardzo dobrze. Na świecie pojawiły się granice, poczucie tożsamości, rozwinęły się też system wartości i różne narracje oraz mity wspierające mniejsze lub większe wspólnoty (narodowe, kulturowe, społeczne, etniczne). Europa zna jednak inny jeszcze porządek kulturowego rozwoju. Zaczął się wraz z rozwojem współczesnej państwowości. A wiec z ewolucją idei państwa legislacji, demokracji i liberalnych wartości, gdzie właśnie prawo, wspólne społeczne cele i działania zaczęły konsolidować ludzi w obywatelską społeczność.

Różnica pomiędzy porządkiem umocowanym na etnocentrycznych ideach a porządkiem mechanizmów państwowych leży w samym fundowaniu prawa: współczesne państwo opiera się na konstytucji i demokratycznie wybranym rządzie, a nie na wierzeniu w supremację narodu i jego wybrańców. To również różnica pomiędzy ojczyną a państwem. Choć pojęcia te czasami uważane są za synonimiczne, takimi nie są. Ich różnicę wyznacza postawa ludzi: za ojczyznę się umiera a za państwo się odpowiada (płacąc podatki, przestrzegając prawa). W pierwszym przypadku jest się synem ojczyzny, dzieckiem broniącym tego, co najważniejsze, w drugim przypadku jest się obywatelem.

We współczesnym świecie pełnym napięć i konfliktów, ale również pełnym wspólnych interesów (ekonomicznych, politycznych i prawnych) ważniejsza jest postawa obywatelska. Umiejętność wypracowania mechanizmów wzajemnych relacji, nawet przy dużych różnicach kulturowych, nawet przy odmiennych narracjach. Zamknięcie się w starym systemie etnocentrycznego myślenia w świecie współczesnym oznacza niebezpieczeństwo: ksenofobicznego myślenia i nietolerancji. I nie chodzi bynajmniej o roztopienie się w tyglu społeczeństw, gdyż to z całą naszą różnorodną tożsamością po prostu nie jest możliwe – raczej chodzi o to, by nauczyć się żyć wobec siebie w coraz bardziej zacieśniającym się świecie.

Na początku istota stadna biegnąca przez sawanny uczyła się żyć wobec nieprzyjaznej rzeczywistości. Pomiędzy tamtym światem a nami rozwinął się cały cykl kulturowych zderzeń i przeobrażeń. Współczesny homo sapiens, sapien przemierza świat, coraz bardziej dla niego otwarty ale i przez to, coraz bardziej wymagający naszej uważności: wobec tego, co nas otacza i wobec drugiego człowieka, nawet gdy jest on zupełnie innym.

Raz jeszcze

10502107_1672155843023163_4263396747003277379_nPrzyglądam się ludziom, którzy wyszli na ulicę. Dwa tłumy. Po jednej stronie flagi narodowe, Unii Europejskiej, hasła o demokracji i wolności, o prawie i konstytucji. Po drugiej stronie te same napisy tylko już bez flag unijnych. Obie grupy skandują, tylko jedna się uśmiecha, chociaż nie jest jej radośnie. Ludzie uśmiechają się do siebie może właśnie dlatego, że spotkali myślących podobnie jak oni, a może mają nadzieję, że jeszcze da się zatrzymać negatywne procesy. Druga grupa, kontrprotestacji nie uśmiecha się dla zasady. Ludzie którzy się boją, cierpią, są nie pewni swojego losu lub czują, że ten los jest przegrany nie potrafią się uśmiechać.

Pytanie nasuwa się jedno, co takiego się stało, że w 2015 roku Polacy znów stoją naprzeciwko siebie. 1989 miał być przełomem. Odzyskanie niepodległości miało być dla wszystkich obywateli początkiem, nowym ładem. Upadek żelaznej kurtyny dla całego świata oznaczał koniec podziału na wschód z zachód, na państwa demokracji i totalitaryzmu. Nikt jednak nie przewidział, że najtrudniejsza jest właśnie wolność o jaką walczono. Linia pęknięć naznaczyła bardzo szybko mapę Europy, zaczynając od pojawienia się nowych państw, a kończąc na najokrutniejszej – wojnie na Bałkanach. Szukanie własnej tożsamości po latach dyktatury, skonfrontowanie się z faktem, że to teraz ja, my decydujemy kim jesteśmy i co mamy robić, w co wierzyć, stało się elementem podpalającym okrutne zdarzenia.

W wielu krajach zaczął się też podskórny pożar. Gorycz rozpadu solidarności na wiele ugrupowań politycznych, nieznośny fakt pluralizmu politycznych i społecznych przekonań, rozbił mit jedności walczących o wolność.  Demokracja o którą walczono okazała się czymś nieznanym i trudnym, systemem działania, którego dopiero trzeba się nauczyć.

Demokracja, tak krytykowana przez Platona, jako rząd masy, wykuwała się w Europie od dawna. Swój obecny rodowód zawdzięcza nowożytnym myślicielom i politykom. Demokracja oznacza pluralizm idei, myślenia, politycznych narracji, oraz ład konstytucji, ordynacji wyborczej, oraz praw człowieka. Te idee bardzo łatwo zaburzyć, stworzyć rządy większości, monopolistów władzy. Dlatego świadomość społeczna jest tutaj kluczowa. Ale państwa obywatelskiego też trzeba się nauczyć.

Postawa obywatelska zaczyna się od niepozornych gestów, jak pomoc na ulicy nieznajomemu, troska o sąsiada czy troska o to, co dzieje się na mojej ulicy. To budowanie więzi wspólnotowych pomimo dzielących nas różnic światopoglądowych.

Co się więc stało, że w 2015 roku, ludzie raz jeszcze spotkali się w Polsce na ulicach? Łamanie prawa konstytucyjnego jest pierwszym grzechem. Niezależnie od tego, jakie by to prawo nie było, nie może być upolityczniane i nie może być odrzucane tylko dlatego, że się nam nagle nie podoba. Demokracja pozwala na zmiany, ale ich mechanizm, jest tak skonstruowany, by podczas procesu wdrażania nowych pomysłów nie zepsuć funkcjonowania państwa.

Demokracja pozwala na wolność słowa, ale nie jest ona samowolą, nie jest też mową nienawiści. Grzech drugi to słowa wypowiadane w złości, obelżywe, personalnie skierowane, czy dzielące na kategorię lepszych i gorszych Polaków. Tych którzy naprawdę nimi są i tych, którzy nimi nie są. Siłą pluralizmu jest różnorodność poglądów i różnorodność inspiracji. Jeżeli zaczniemy kategoryzować – szukać prawdziwych przedstawicieli narodu, to szybko okaże się, że mamy tych właściwych i tych złych, a wraz z tym podziałem może pojawić się pytanie; co zrobić z tymi złymi?

Przyglądam się ludziom, którzy wyszli na ulicę. Dwa tłumy. Pomiędzy nimi rozpoznaję twarze – są wśród tego tłumu, ci którzy już raz tak stali, najpierw naprzeciwko kordonu ZOMO, teraz naprzeciwko zwolenników innej partii. Tak jakby cały czas, podskórnie toczyła się rywalizacja o to, czym jest naród, czym jest społeczeństwo, czym jest wolność. Najgorsze jest jednak to, że stoją naprzeciwko siebie obywatele tego samego państwa, tego samego miasta, czasami sąsiedzi, dawni przyjaciele. Zapominanie jak ważne jest prawo, jak ważne jest zachowanie mechanizmów demokracji prowadzi do takich właśnie podziałów. Prowadzi do złości na tych drugich, do ideobójstwa, a to, jak pokazała historia może bardzo łatwo przerodzić się w czyny brutalne i złe.

Dwa tłumy, które wyszły na ulicę to ciągle jest my i w tym tkwi siła różnorodności, chodzi tylko o to, by ją docenić, nauczyć się z nią żyć, a nie próbować nocą, po kryjomu ją zmieniać – bo wtedy stracimy wszyscy to, co najcenniejsze.

Dwa kroki w inną stronę

przyjaźńCzym jest przyjaźń? Najtrudniej jest pytać o to, co oczywiste. Przecież doskonale wiemy kim są nasi przyjaciele a kim są nasi wrogowie. Możemy wskazać na konkretnych ludzi, podać ich imiona, możemy nawet dokładnie pamiętać ich adresy, daty urodzin, upodobania. Pytając jednak dalej, dlaczego właśnie oni, co jest w tych ludziach, z którymi łączy nas przyjaźń możemy zacząć się zastanawiać.

Emocja, empatia, wspólne widzenie rzeczywistości, troska, poświęcenie dla przyjaciela/przyjaciółki, zażyłość, potrzeba wspólnej rozmowy, wspólnie spędzanego czasu, pamięć o przyjacielu/przyjaciółce, zrozumienie, możliwość powiedzenia sobie trudnych spraw, możliwość powierzenia sobie kłopotów, wiara, że się uzyska pomoc, chęć niesienia pomocy…

Tak wiele jest kategorii określających przyjaźń, że może stać się niemalże pustym pojęciem. Sama przyjaźń rozciąga się pomiędzy emocjami, jakie odczuwamy, uczuciami jakie doznajemy, stanami w jakich się znajdujemy. Niezależnie od czasu, sytuacji, przyjaźń jest czymś trwałym. Czym jednak jest sama przyjaźń nadal nie wiemy, a to dlatego, że jest w niej coś z paradoksu, nierozstrzygalnej sprzeczności.

Pierwszym paradoksem przyjaźni jest upływ czasu. Czasami jesteśmy związani z jakimś człowiekiem tak długo, że naszą przyjaźń zaczynamy traktować jako coś oczywistego, o co nie warto już zabiegać, gdyż jest tak oczywista i tak pewna, że nawet nie potrzebujemy zadać sobie pytania czy jeszcze się przyjaźnimy. W upływie czasu zmieniamy się jednak oboje/obie dlatego możemy nawet nie zauważyć, że nasza oczywistość przyjaźni staje się niedbałością, przestając w ten sposób być tym, za co ją uważamy.

Drugim paradoksem przyjaźni jest uświadomienie. Czasami spotykamy się latami z drugim człowiekiem, rozmawiamy z nim godzinami, znam go doskonale, żyjąc równolegle. Nie zadajemy sobie pytania czy to nasz przyjaciel/przyjaciółka, czy to jest przyjaźń. Przyjmujemy jako oczywistość, że możemy do tej osoby zadzwonić, porozmawiać z nią. Tylko czasami uświadamiając sobie, że to, co mówimy tej osobie, jak się o nią martwimy wykracza poza wszystkie inne relacje.

Trzecim paradoksem jest ilość. Chociaż wiemy, że przyjaźń jest czymś niepowtarzalnym i delikatnym szafujemy słowem przyjaciel, tak jakbyśmy mogli obdarzyć przyjaźnią niezliczoną ilość ludzi. Czasami mówimy o naszych przyjaciołach, tak jakby ich była ogromna ilość. Dopiero moment, kiedy spotyka nas szczęście, kiedy odniesiemy jakiś nasz mały sukces może nam pokazać, że tak naprawdę przyjaciół mamy kilku, a czasami może pozostać nam już jeden. Nasz żal za utraconymi przyjaciółmi może być wówczas największym paradoksem.

Czwarty paradoks inności. Przeciwieństwa się przyciągają, można mieć przyjaciela/przyjaciółkę takiego/taką jak my. Różnice są ważne, podobieństwa są najważniejsze. Z kim zatem się przyjaźnimy? Z naszym alter ego? Było by to niezwykle łatwe, tylko czy w tedy byłaby to prawdziwa przyjaźń do drugiej osoby czy miłość własna? A może to przeciwieństwa rodzą przyjaźnie? Ale czy wówczas nasza przyjaźń nie byłaby pozorna? Czy nie zmieniłaby się szybko w kłótnię, albo żal z powodu niezrozumienia? Kiedy więc zaczyna się przyjaźń, a kiedy kończy.

Piąty paradoks, jest istotą przyjaźni, to paradoks dwóch kroków w inną stronę. Przyjaźń to moment, w którym potrafimy rozpoznać dlaczego nasz przyjaciel/przyjaciółka jest dla nas ważny, to moment w którym potrafimy zaangażować się w jego/jej życie, tak samo jak zrobić dwa kroki w inną stronę. Zrozumieć, że teraz drugi człowiek milczy, zajęty jest swoim życiem, zrozumieć, że nie ma dla nas czasu. Przyjaźń to ten moment, w którym widzimy się po latach milczenia i nic się nie zmieniło, rozumiemy się nadal szanując to, że czasami każdy musi milczeć.

W rocznicę śmierci Nelsona Mandeli.

pamięci MandeliGraça Machel, Rosa Parks,  Leymah Roberta Gbowee, Ellen Johnson-Sirleaf, Tawakkul Karman, Shirin Ebadi, Wangari Muta Maathai. Co łączy te kobiety? Graça Machel walcząca o prawa dziecka działaczka i prawniczka z Południowej Afryki, Rosa Parks afroamerykńska aktywistka walcząca o prawa człowieka z USA, Leymah Roberta Gbowee to działaczka społeczna z Liberii uhonorowana nagrodą nobla. Z kolei  Ellen Johnson-Sirleaf jest liberyjską ekonomistką i działaczką polityczną, była prezydentem kraju oraz została laureatką Pokojowej Nagrody Nobla. Tawakkul Karman to jemeńska dziennikarka, polityk, działaczka na rzecz praw człowieka tak samo jak Shirin Ebadi irańska prawniczka. Ostatnia Wangari Muta Maathai była kenijską działaczką feministyczną i ekologiczną, założycielką Partii Zielonych Kenii, oraz laureatką Pokojowej Nagrody Nobla.

Każda z nich na swój sposób przeszła tą samą drogę: walki o siebie – by usłyszał ją świat, by mogła zacząć mówić swoim głosem, a nie narzuconym jej przez drugiego człowieka. Drogi do niezależności poza patriarchalną strukturą, poza przypisaną jej losem.  Każda z nich przeszła też tę samą walkę o drugiego człowieka. Tego, kto jest poniżany tylko dlatego, że posiada inny kolor skóry, czy wierzy w innego boga; tego, kto jest sam wobec historii, społeczeństwa i przemian, nad którymi nie panuje. Każda z tych kobiet miała odwagę upomnieć się o zapomnianych ludzi, traktowanych jako nieważnych i podatnych na przemoc.

Co łączy te kobiety? Siła jaką w sobie znalazły i siła jaką dały innym. Obok nich można postawić setki, tysiące, miliony kobiet bezimiennych, bez twarzy, bez pamięci społecznej, bez nagród, bez uznania – zapomniane. Kobiet, które codziennym wysiłkiem starały się przeżyć, być sobą. Kobiet w świecie wojen, kobiet poniżanych, gwałconych, zabijanych, kobiet dla których nie było miejsca w świecie wielkich idei i wydarzeń.

Osobowości takie jak Graça Machel, Rosa Parks,  Leymah Roberta Gbowee, Ellen Johnson-Sirleaf, Tawakkul Karman, Shirin Ebadi, Wangari Muta Maathai, czy młodziutka Malala Yousafzai rozbijają na chwilę historię, przewartościowują wielkie wartości i idee. Na moment pokazują co tak naprawdę się liczy – drugi człowiek.

Historię piszemy na odwrót. Zastanawiamy się często czym jest naród, co oznacza kultura, pytamy, co daje nam kolejne historyczne wydarzenie (rewolucja, wybory, nowe ustawy, nowe prawa). Zapominamy jednak, że to tylko zewnętrzne przestrzenie wewnątrz których jesteśmy po prostu my; z naszymi marzeniami, lękami, potrzebami, z naszym życiem, które jest tylko tu i teraz. Każde wydarzenie zapisane w historii, każda zmiana budująca nowy porządek świata, wiąże się z naszym życiem, życiem zwykłego, konkretnego człowieka, tego, kto z perspektywy wielkich wydarzeń nie ma imienia.

Prawa człowieka, Równouprawnienia, Konwencja Genewska, Amnesty International, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Human Rights Watch – to wszystko narzędzia tak przydane jak i ważne. Trzeba jednak umieć je użyć, trzeba jeszcze wiedzieć, co można zrobić, trzeba jeszcze dotrzeć do tych możliwości. Trzeba móc.

Mukhtar Mai przeżyła wielką tragedię i upokorzenie tylko dlatego, że była kobietą. Upłynęło dużo czasu nim udało jej się odzyskać samą siebie, upomnieć o swoje prawa i skarżyć gwałcicieli. Nim jednak niepiśmienna wówczas i przerażona kobieta z małej pakistańskiej wioski dotarła na komisariat policji, nim jej sprawa trafiła do sądu musiała pokonać całą drogę uprzedzeń, kulturowego warunkowania. Przełamanie czyjegoś losu czasami jest największym wyzwaniem, o którym możemy w ogóle nic nie wiedzieć schowani w swoim bezpiecznym domu.