Najprostsze rzeczy

najprostrza rzeczTo jedna z najprostszych rzeczy, które można zrobić. Przez całe nasze stadne życie ewoluowaliśmy do niej. Stanąć naprzeciwko siebie, lub mijając się w przelocie, popatrzeć na drugiego. Twarzą w twarz. Człowiek przyzwyczajony do tej właśnie formy kontaktu w sposób naturalny reaguje na drugiego człowieka. Naturalny nie znaczy oczywiście życzliwy. Czasami jesteśmy wobec siebie obojętni, czasami widzimy w drugim wroga, lub cieszymy się na widok przyjaciela/przyjaciółki,
Ta najprostsza rzecz to dostrzeżenie drugiego człowiek. Czasami wydarzająca się mimowolnie, tak jak wówczas kiedy stoimy w tłumie i czekamy na zielone światła na przejściu. Czujemy wówczas obecność innych, równocześnie nie odczuwając, czasami tak jakbyśmy stali za szybą. Niekiedy ktoś z tłumu potrąci nas, dotknie mimowolnie. Konwencjonalne przepraszam z powrotem pozwala nam wrócić do bezpiecznej odległości jaka budowana jest w naszej świadomości, pomimo tego, że stoimy tak blisko, iż czuć fizycznie naszą obecność.
Ta najprostsza rzecz naszego doświadczenia zaczyna się zagęszczać, kiedy ktoś do nas podchodzi, pyta o godzinę, o drogę. Chwilowe skupienie się na człowieku zadającym nam pytanie może równie szybko zniknąć jak samo pytanie. Zmienia się jednak samo nastawienie, człowiek, z którym rozmawialiśmy choćby przez chwilę staje się na ten moment konkretny. Możemy nawet poczuć zapach perfum, dostrzec kolor oczu. Potem już nie pamiętamy, tak jak nie pamięta się każdej chwili przeżywanej po drodze do domu czy do pracy.
Najłatwiej się rozmawia z ludźmi, których znamy. Z rodziną, przyjaciółmi, ze znajomymi mniej lub dobrze rozpoznawanymi przez nas. Swoboda jaka towarzyszy takim spotkaniom i rozmową może mieć swoistą lekkość. Mamy bowiem wrażenie, że im lepiej się znamy tym łatwiej będzie się nam rozmawiać. Im dłużej się znamy tym mniej możemy powiedzieć, słowa, wydarzenia, opowieści same się toczą, bez żadnego naszego wysiłku, zwłaszcza w porównani do naszych pierwszych rozmów i spotkań.
Najprościej rozmawia się z ludźmi spotykanymi przypadkowo. Krótkie pytanie i odpowiedź do niczego nas nie zobowiązujące, nakreślające proste konwencjonalne zdania. W takich spotkaniach może być bezpiecznie i przyjemnie, będziemy uśmiechać się do siebie, lub grać przed sobą jedną z tych społecznych gier, która pozwoli nazwać nas kulturalnym człowiekiem.
Ta najprostsza rzecz jednak pęka kiedy wyłania się przed nami Inny człowiek. Możemy poczuć niepokój na widok kogoś, kogo nie potrafimy szybko ocenić, wpisać w szablon naszych codziennych oczekiwać. Tak samo jak czujemy niepokój na wieść, że Inny do nas przyjeżdża, stoi u naszych granic. Nie wiemy czego mamy się spodziewać, boimy się barbarzyńcy u naszych bram. Pierwotny strach przed nieznany powraca.
Strach nie pozwala dostrzec drugiego człowieka. Brak odwołania się do utartych praktyk paraliżuje. Imigrant nie pyta, która godzina i jak dość do kawiarni. Może nie mówić w naszym języku, inaczej się zachowywać. Imigrant może nie wyglądać dla nas przyjemnie, tak jak starsza pani mieszkająca w kamienicy obok. Zestresowany, przerażony i niepewny może budzić w nas złość, że rozbija nam już tak dobrze ułożony obraz naszego miasta.
Imigrant wkracza w nasze życie nieoczekiwanie. U nas nie ma wojny, nie ma głodu, ludzie nie umierają na ulicy, nasze dzieci bezpiecznie wracają ze szkoły. Zrozpaczony człowiek z przerażonym dzieckiem na rękach, w naszym poukładanym świecie, może być jak nietakt – przecież w naszym domu jest tak ładnie.
Najprostsza rzecz, którą można zrobić: wejść w relacje z drugim człowiekiem, wcale nie jest tak prostą rzeczą. Konwencje oswajają nas wobec siebie, gdy ich jednak zabraknie może się okazać, że wcale nie potrafimy widzieć w Innym człowieka. Niechęć, złość, nienawiść są równie starte, stanowiąc najprostszą reakcję na tego, kogo nie znamy i do którego nie potrafimy się odnieść.
Najprostsza rzecz wcale nie jest prosta: pomoc Innym to rozbicie codzienności, dla innego i tylko dla niego. Zapominamy jednak, że ta najprostsza rzecz, pomoc Innemu jest miarą naszego człowieczeństwa.

Czas, poza czasem ….

czasCzas jeszcze raz przebiegł dookoła. Jesień wkroczyła na dobre, wraz z obowiązkami, zajęciami, nowymi spotkaniami. Nie wiem, gdzie podziała się wiosna, gdzie zgubiło się lato, o zeszłorocznej zimie nie wspomnę – nowa stoi za oknem. Tak samo nie wiem, gdzie podział się poranek to, że kot ciągle śpi niczego nie zmienia, oprócz poczucia spokoju, jaki emanuje od spokojnie trwającego ciałka. Siedzę już przy biurku i pracuję. Stary poczciwy i nie taki znów święty Augusty twierdził, że nie wie czym jest czas, zwłaszcza gdy go o to zapytają. Inaczej gdy nie trzeba o czasie rozważać, wówczas wszystko jest jasne. Przemija się wówczas spokojnie, nawet tego nie zauważając, tak jak gubi się chwile przeszłości.
Czego jednak tak naprawdę nie wiemy? Lustro podpowiada nam zmiany, czasami drugi człowiek zobaczy metamorfozę, do której my zdążyliśmy się przyzwyczaić. Zrealizowane zadania i utracone możliwości, starzy znajomi przychodzący do nas na kawę. Czas przenika rzeczywistość niosąc nas w niej, jednych ograniczając, a innym dając coraz więcej swobody – zależnie od decyzji i wcześniejszych wyborów.
W zagadce czasu coś innego jest niepokojącego. Konwencja kulturowa, czy nauka opanowała odmierzanie czasu, eksperci, filozofowie, psycholodzy uczą się odmierzać nasze doświadczenia i wartościować nasze przeżycie trwania. Ciągle jednak nie wiemy, co oznacza nasza własna temporalność. I nie chodzi tylko o rozciąganie czasu w naszych marzeniach, przyspieszanie doświadczeń szczęśliwych. Nie chodzi tylko o tęsknotę Faustowską i próbę powtórzenia. Tak naprawdę problemem jest to, że ciągle nie wiemy, co znaczy nasza czasowość. Dopiero stając wobec śmierci, cierpienia, radykalnych zmian jakie dzieją się w naszej historii, wobec zmian jakie niosą w sobie inni zaczynamy rozumieć, że wszystko to, co wcześniej było tak oczywiste, wcale takim nie jest.
Strach przed Innym, Obcym, Imigrantem, lęk naszych czasów, coraz mocniej rozlewający się po starym kontynencie, wiąże się z tym właśnie zaskoczeniem. Historia miała równo wyznaczone wektory, nasze życie zostało uporządkowane w czasowy wzorzec: dzieciństwa, nauki, obowiązków, ale i rozwoju, samorozwoju jakże ważnego dla naszej kultury. Czas człowieka oznaczał możliwość coraz większej samodzielności, rozwijających się kompetencji, osiągnięć, po spełnienie. O własnej śmierci w tym wymiarze można było nie pamiętać, jak o chorobie czy starzeniu się, gdyż wszystko wpisane było w piękną oś czasu rozwijającą nasze możliwości. Nawet starość zabezpieczona w odpowiednich funduszach miała być dla człowieka zachodniego piękną przygodą.
Tymczasem najpierw kryzys ekonomiczny, a teraz imigranci rozerwali tę oś czasu. Pierwsza niepewność pojawiła się wraz z kryzysem; to co ja mam robić, jak zadbać o swoją własną przyszłość? Druga niepewność pojawiła się wraz z imigracją. Narastającym tłumem ludzi poza czasem. Oderwanych od swoich domów, od korzeni, z przerażonymi oczami, umordowani przebytych drogą pokazali, że linearny czas, ewolucja, postęp może się zawalić. Już jeden człowiek siedzący w zimnym obozie, wraz z dziećmi, uświadamia, że można wrócić do początku czasu, kiedy nic nie ma, kiedy wszystko jest niepewne i wrogie.
Imigrant to czas nie oswojony, zaskakujący. W imigranta wpisane jest bowiem nie tylko utracenie dotychczasowego życia, ale również niepewność – kroki stawiane w nieznane. Niczym pierwsi wędrowcy, ryzykując życie, imigranci wkraczają w nową przestrzeń. Zamknięci w obozach doświadczają pierwotnej bezradności wobec życia, wobec trwania. Zamykająca się Europa, uszczelniające granice tolerancji i chęci pomocy; są jak wieczność, do której nie można się nawet modlić.

Ja? To Ja?

tożsamość elektronicznaDawno, dawno temu, w krainie naszej rzeczywistości mieszkało wiele przyzwyczajeń. Jedne były hołubione z lubością, a inne były brzydkie i niechciane. W krainie naszej rzeczywistości zbudowany był nasz obraz. Wyśniony, wymarzony, oglądany i dopieszczany. Nasze piękne ja.

Gdy tylko wyjdziemy jednak poza bajkę, jaką czasami lubimy odpowiadać sobie samym, lub którą nam opowiadają rodzice, znajomi, obcy nieznajomi, wówczas to kim jesteśmy, kwestia naszego Ja nie jest już taką miłą opowieścią.

Po pierwsze, nie zawsze jesteśmy w stanie przyjrzeć się sobie. Autorefleksja z jednej strony jest ogromnym komfortem, na którego stać nielicznych. Trzeba mieć czas, trzeba nauczyć się myśleć krytycznie, trzeba mieć możliwości by zadać sobie pytanie o to kim jestem? Z drugiej strony nie jest ona dana wszystkim.

Po drugie, nie zawsze jesteśmy w stanie pytając o siebie wyjść poza konteksty narzucone nam przez innych. Kultura ze swoim warunkowaniem, wychowanie, spojrzenie drugiego człowieka, przyzwyczajenia narzucone nam w toku życia, to wszystko może powodować, że pytając o siebie nadal będziemy myśleli wyuczonymi, wkodowanymi wzorcami.

Po trzecie, często zapominamy, że poszukujemy czegoś co się zmienia. Czym jest nasza tożsamość? Co możemy nazwać naszym Ja. Czy to czym jestem teraz? Ale jak to się ma do tego kim byłam? A może to kim jestem przez moje ostatnie lata życia? Ale czy w jakikolwiek sposób moich ostatnich kilka lat życia oddaje to kim jestem? Czy nie jest to tylko wycinek? A może dowiem się kim jestem pod koniec mojego życia? Tylko czy będę wtedy umiała przyjrzeć się całej mojej przeszłości? Czy nie rozczuli mnie, wystraszy, zadziwi? Przecież już teraz wydaje mi się nieobecne to kim byłam mając trzydzieści czy dwadzieścia lat. Więc kim jestem i w jaki sposób?

Czasami chcemy wierzyć, że wchodząc do domu i zamykając za sobą drzwi już stajemy się sobą zrzucając zewnętrzną warstwę, maskę jaką pokazujemy obcym. Pytanie jednak czy rzeczywiście wchodząc do domu nie nakładamy innego obrazu siebie, wchodzimy w inną rolę niż tę którą mieliśmy wobec obcych. Wkładamy buty lub kapcie, wkładamy domowe ubranie, czasami pozostajemy w tym, co nosiliśmy na zewnątrz. Mamy swoje talerze i sztućce, przyzwyczajenia kiedy idziemy spać i w czym, jak wstajemy, co pijemy rano, co jemy. Gdy przyjrzeć się domowym rytuałom łatwo zobaczyć, że wszystkie one zostały wyuczone, oddziedziczone po rodzicach, podpatrzone w rodzimych lub obcych wzorcach kultury. Nasze prywatne Ja tak samo jak to publiczne rządzi się prawami kultury.

Niekiedy nie zauważamy, że nasze Ja stwarza się na wielu, czasami dla nas zadziwiających poziomach. Nie tylko w domu, nie tylko w pracy, w miejscu publicznym. Rzeczywistość sieciowa stanowi taką samą przestrzeń, jak ta fizyczna, gdzie nasze Ja rozwija się, wprowadza nowe formy naszego istnienia, przybiera nowe znaczenia i wypełnia nowe zadania. Tak samo jak w świecie fizycznym, tak i w rzeczywistości sieciowej, próbujemy kimś być, realizujemy mniej lub bardziej świadomie siebie. Kreujemy.

Nasze Ja staje się często naszą bajką. Niekiedy smutną, innym razem bardzo poważną, a jeszcze kiedy indziej radosną i pełną dobrych momentów. Kolejne odsłony naszego istnienia, nowe zaangażowanie w naszym życiu, czas jaki przeżyliśmy i jaki nam pozostał, ludzie których spotkaliśmy i relacje jakie utraciliśmy – to wszystko otacza nas i współtworzy to, co nazywamy sobą. To nasza bajka, czasami tylko zbyt poważnie opowiadana. Czy nasze Ja jest bowiem tak ważne? A może ważniejsze jest co po nim pozostanie: dobre lub złe wspomnienia, uśmiech drugiego człowieka lub niesmak. Małe nietrwałe ślady wpisane w drugiego.