Inni

inniWychodząc z domu i idąc utartymi ścieżkami do pracy, na spotkanie służbowe, z przyjaciółmi zakładamy, że dookoła nas żyją znajomi nieznajomi. Codziennie spotykani na ulicy, sąsiedzi z kamienicy obok, z osiedla, z jednego podwórka. Ci sami ludzie parkujący obok nas, wychodzący tak jak my z psem na spacer, szukający kota, który im się wymknął nad ranem z domu. Mamy też swoich znajomych nieznajomych, panią w dziale z pieczywem, która przeciągle odpowiada buuułki są z rana i już wiadomo, że nie są, pana, który narzeka na brak drobnych, ale nam jakoś wybacza, gdy kupujemy gazetę. Jeszcze precle, bilety, kawa w kawiarni, a za tym wszystkim nasi znajomi nieznajomi, czasami nawet już lepiej znani, po rozmowach zaskakująco wydłużających się, po uśmiechu z tego samego dowcipu. Wychodząc z domu idziemy utartymi ścieżkami tych, których znamy i nie znamy.

Z drugiej strony barykady są ci inni. Tak radykalnie inni, z kolorem skóry, z ubraniem i zachowaniem dla nas odmiennym. Są jeszcze ci inni, którzy w nocy krzyczą coś pod naszymi oknami, tłuką butelki na plantach, tak że rano nie można spokojnie psa wyprowadzić. Ci inni, którzy okupują nasze miejsca, czasami wypierają nas z wcześniej zadomowionej przestrzeni.

Ci inni nie muszą mieć innego koloru skóry, nie muszą inaczej mówić, a jednak oddziela nas od nich wszystko, co oni zdołają wykrzyczeć, zdewastować, nachalnie zająć, zdominować. Ci inni, dla kogoś zwyczajni, swojscy, nas oburzają, budzą strach, rodzą niechęć czy nienawiść. Są bardziej obcy niż nie jeden emigrant, czy cudzoziemiec.

Jak pisał Clifford Geertz nie trzeba antypodów – „inny zaczyna się na granicy mojej skóry”. Nie trzeba wielkich wydarzeń, czasami jedna rozmowa rodzi obcość, zdziwienie, jak tak można. Wystarczy czasami jeden gest, niezrozumiały dla nas jak kopnięcie psa, czy wyzwisko pod adresem drugiego człowieka. Czasami miła rozmowa kończy się w połowie zdania, kiedy uświadamiamy sobie, że coś nas przeraża w wypowiedzi innego, kiedy czujemy dziwny chłód odmienności.

Jak poradzić sobie z tą odmiennością? Ona nie chce się integrować, trwa przy swojej pewności, że naród winien być czysty etnicznie, że istnieje jeden właściwy wzorzec zachowania, jedna prawda. Tu nie ma dyskusji. Tu nie można rozpocząć negocjacji i dialogu.

A jednak ci inni są wśród nas. Czasami słabi i wystraszeni jak my, więc muszą się chować za wulgarnym słowem i nachalnym zachowaniem. Czasami nieświadomi, nikt im bowiem nigdy nie powiedział, że drugi człowiek jest tak samo ważny jak oni. Czasami zagubieni we frazesach i hasłach, których do końca nie rozumieją, ale czują jedność z takimi jak oni, czują dom, może ten dom, który dla nich wcześniej nie istniał.

A jednak ci inni są wśród nas, czasami tak samo wykształceni, tak samo uśmiechający się do świata i ludzi, tylko w sercu nieustępliwi, wierzący, że ich prawda jest najważniejsza. Ci inni wytwornie będą nas lekceważyć, pokażą nam milczeniem gdzie nasze miejsce. Mądrze wytłumaczą, dlaczego tylko oni mają rację. Tak samo jak my nie wierząc, że można być aż tak innym.

Wychodząc z domu wchodzimy w codzienność, znajomi nieznajomi mijani po drodze uśmiechają się do siebie, inni złośliwie komentują, patrzą, grożą, zachowują się agresywnie. Codzienność idzie jednak dalej.

Wdech nienawiści, wydech miłości, świata nie budują ci co nienawidzą….

Reklamy

One thought on “Inni

  1. Ci inni… skończyłam lekturę „Chłopów”. Zrobiła się bardzo potrzebna, tak, jak potrzebne bywają przewodniki. Szukałam (i nadal szukam) jakiegoś punktu zaczepienia dla zrozumienia, skąd tyle krzywego patrzenia, nieufności, raz po raz przekraczającej granice paranoi; skąd i dokąd sięga przeświadczenie o obcości. Gdzie zaczyna się (i którędy prowadzi) poczucie, że inny to mój wróg. Rzeczywiście, „inność zaczyna się na granicy mojej skóry” – wrogość może żyć pod jednym dachem. Dzieci nie tylko mogą wygnać rodziców – wyganiają ich, nie zaniedbawszy przejąć ich własności. Rodzice wystrzegają się dzieci, podejrzewając (i nie bez powodu), ze chcą ich ograbić. Wszyscy na wszystkich dybią; oszukują są oszukiwani. I wszyscy płaczą, jak ten świat marnieje…
    Osobliwa wspólnota obcych, gdzie nawet dobre słowo rzadko jest bezinteresowne; i gdzie to, co na chwilę może zjednoczyć, to najpierw gorzała, a potem wspólny wróg – realny lub domniemany. Bo w tym świecie nie można nie patrzyć nawet na najbliższych, żeby nie widzieć rywali, czyhających na chwilę nieuwagi. A gdy ktoś rzeczywiście znajduje dobre słowo i zechce dopomóc – budzi niedowierzanie i zyskuje opinię tego, któremu się w głowie pomieszało.
    Taka to tradycja i jakoś mało jest wątpliwe, żeby się rozwiała, razem z tymi mgłami, których tyle w powieści. Dlatego (jak się zdaje) mamy niekończący się problem podwójny: z obcością i z zaufaniem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s