bez przesady!

choroba „Zdrowia. Dużo zdrowia”. „Byleby tylko dopisywało zdrowie!”. Życzenia najszczersze często powtarzają te magiczne formuły. Zawsze wtedy odpowiadam, że zdrowie to rzecz przereklamowana. Bo kiedy jesteśmy zdrowi? W jakim momencie naszego życia możemy powiedzieć o sobie, że nic mi nie dolega. Zaczynając od drobnego bólu gardła, bólu głowy, obolałych mięśni przeforsowanych w górach, lub podczas treningu, przez przeziębienie czy grypę po poważne choroby cały czas doświadczamy różnego rodzaju dyskomfortów.
Takie jest jednak nasze ciało i przed nim nie uciekniemy. Zdrowie to rzecz przereklamowana gdyż niemożliwa, zbudowani jesteśmy z takiego a nie innego „materiału”, neuronów, układu kostnego. Marek Aureliusz rozkosznie napisał, że ciało ludzkie to zgnilizna. Może aż tak źle nie jest, ale na pewno nie jesteśmy właścicielami doskonałej maszynerii, a ciała wydanego przez swoją budowę i funkcjonowanie na cały szereg niedoskonałości i chorób.
Rozpoczyna się już w niemowlęctwie kiedy obolałe dziecko ząbkuje, a kończy w starości pełnej słabości a często też i bólu. Zdrowie tym samym jest raczej ideą rozwijaną przez całe życie, czasami pielęgnowaną w nas, kiedy powtarzamy sobie „byle nie ta choroba”, „byle nie ta diagnoza”. Ale co jeżeli usłyszymy „nie tą diagnozę”. Zapaść się pod ziemie? Zamartwić? Zamknąć w sobie?
Zdrowie jest przereklamowane ponieważ doskonale sobie potrafimy poradzić bez niego. Uczymy się krok po kroku poznając naszą chorobę. Dostosowujemy naszą świadomość do tego, czego nie możemy. Można też z własnej słabości uczynić zaletę. Być może stwardnienie rozsiane zabierze mi sprawność fizyczną? Ale czy ona jest mi potrzeba. Pozostaje jeszcze myślenie, świadomość, umiejętność współprac z innymi ludźmi. Ludzie panicznie bojący się choroby, boją się też poprosić drugiego człowieka o pomoc, panicznie boją się bezradności.
W chorobie uczymy się jeszcze raz być w rzeczywistości, ale nie po to, by coś tracić, ale by pozyskać możliwości samorozwoju raz jeszcze. Zdrowie jest przereklamowane bo tak samo może być dla nas interesujący drugi człowiek kiedy jesteśmy chorzy i kiedy jesteśmy zdrowi, tak samo ciekawy jest świat. W chorobie najważniejsze jest by zająć się nie samą przypadłością, to zrobią za nas lekarze, a tym kim chcemy być nadal. Wyrwać chorobie siebie raz jeszcze.
O chorobie powiedziano tak wiele, jedni gloryfikując jej stan jako uszlachetniający (nie sądzę, żeby uszlachetniała), inni deprecjonując chorego i doszukując się w nim winy chorobę traktowali ją jako karę boską (okrutny pogląd poniżający chorych ludzi), jeszcze inni zastanawiają się jak za wszelką cenę uciec od niej. Czasami pojawiają się ciche głosy wskazujące, że nie ma przed czym uciekać, bo nie uciekniemy przed samym sobą. Ważniejsze jest przecież by pogodzić się ze sobą, z własnym życiem. Nauczyć się być sobą pomimo zdrowia i choroby, pomimo okoliczności i zmęczenia.
Tak jak każdy inny stan: senności, zmęczenia, głodu ale i zadowolenia, odprężenia, szczęścia, choroba przynależy do ludzkiego życia. Nie jest ona po to by nas uszlachetniać, czy stawiać przed nami nowe zadania. Nie jest też po to byśmy cały czas o niej myśleli i nią żyli. Ona po prostu jest. Dlatego gdy się wydarza pozostaje nam spokojnie się leczyć, czy nauczyć się z nią być. Życie nie kończy się na chorobie, nawet jeżeli utrudnia nam ona najprostsze czynności.

Reklamy

3 thoughts on “bez przesady!

  1. Gdy myślę o lęku przed chorobą, nie boję się bólu. Boję się wykluczenia. Że nie będzie pomocy, bo lekarz zmęczony po 20 godzinach w pracy albo akurat mu się nie chce. Że nie będzie znajomych, bo ona wciąż tylko chora i chora. Że nie będzie pieniędzy, bo skrupulatna pani w ZUS-ie dopatrzy się, że podpadłam pod osobliwy paragraf. Że skończy się bycie treścią, a zacznie bycie bazgrołem na marginesie. (Może w innym społeczeństwie, może w innym państwie bałabym się mniej.)
    Choroba sprawiła, że horyzont czasowy mojego życia już nie spoczywa tam daleko, gdzie wzrok nie sięga. Chwieje się, to zbliża, to oddala. Teraz jest daleko i to uspakaja. Ale już mu nie ufam. Wyciskam każdy dzień jak cytrynę, do ostatniej kropli smaku. I jeśli pytam, to nie o to, ile mi tego czasu zostało, bo to wielka niewiadoma dla każdego z nas. Pytam, po co tu jestem. I z każdym pytaniem o to (tylko pytaniem, bo odpowiedź jeszcze nie padła) mocniej i mocniej wrastam w życie, choćby chore.

  2. Właśnie wczoraj jakaś dziwna przypadłość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, w połowie dnia, chodzę jak mój ś.p. dziadek posuwiście, trudno się schylić. Aptekarka przypuszcza, że to kręg zaczął wywierać nacisk na jakiś nerw.
    Raj utracony. Chciałbym żeby został czem prędzej odzyskany. Ja, który tak dużo się ruszam i tak lubię to robić nagle usztywniony. Na razie dla rozrywki, aby jakoś oswoić przypadłość, obejrzałem „Okno na Podwórze” Hitchcocka, a jeszcze polecano mi „Intouchables”. Zacząłem się zastanawiać nad tym co by to było gdyby mi tak zostało (miałbym potrzebę wycofania się ze świata, zniknięcia z oczu, pewnie czytałbym dużo i brał jakieś psychodeliczne środki) , albo co to będzie na starość.
    Nie chciałem iść do lekarza i jak zazwyczaj zaufać w nieposkromione supermoce autoregeneracyjne mojego organizmu. Zostałem jednak namówiony i jak tylko pojawiłem się w Scanmedzie dzisiaj rano od razu przypomniałem sobie dlaczego nie chciałem tam iść. Kolejka, beznadziejny system podtrzymywany mocą biernego kretynizmu, wizyta najbliższa możliwa 17 grudnia, chyba że Pani Doktór będzie łaskawa mnie przyjąć wcześniej. Zgodziła się na jutro. Problem w tym, że oprócz mnie jakieś 10 osób potrzebowało takiej łaski. Ludzie wkoło rozżaleni, poirytowani. Lekarka mówi, że jest tu dzisiaj sama jedna (czy ci wszyscy urzędnicy uważają to za dopuszczalne? – najwidoczniej). Atmosfera nieefektywności, złości, sfrustrowanego pośpiechu. Co kontrastowało bardzo z pięknym wystrojem tego przybytku.
    Opiewam zdrowie, godne jest kultu. Ale rzeczywiście jego poziom jest zmienny, i jest raczej chronicznie niecałkowite. I rzeczywiście da się żyć z chorobą, oswoić ją. Mówi się trudno, akceptuje fakty i próbuje coś z nich zrobić. Nie trzeba mówić, że alternatywą jest dobrowolna abdykacja z tej egzystencji.

  3. A też boimy się, bo choroba ogranicza spontaniczność, wymusza systematyczność. Zawsze postarza, w każdym sensie. Czasem rozgorycza (ma być słodko i pastelowo). Boimy się, bo system zawodzi, bo drugi człowiek zawodzi – i my sami też, stając się dla innych źródłem przykrości (to przeraża najbardziej).
    Mam lepsze i gorsze momenty. Żyję tak, by było po mnie jak najmniej sprzątania, kilka serdecznych myśli i kilka anegdot. A na święta życzę sobie: kieliszka bezkarnego. I żeby moja starannie opracowana formuła świąt jednoosobowych nikomu nie doskwierała.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s