Monika

„Jesteśmy głosem tych istot, które są całkowicie wykluczone”241840630_218308000351333_9045339630980804360_n

„Nie wyobrażam sobie bycia feministką bez bycia aktywistką i działania dla zwierząt”

„Działania oddolne, aktywistyczne są najbardziej skuteczne”

„zawsze staram się apelować do ludzi, żeby nas wegan nie marginalizowali.”

„My kobiety w wielu sytuacjach naszego życia czujemy się niekomfortowo. Wyobraźmy sobie co się dzieje z kobietą w kryzysie bezdomności…” Monika Kohut, aktywistka nie banalna. To, czego uczy nas Monika to dostrzeganie rzeczywistości jakiej nauczyliśmy się nie dostrzegać. Kultura wręcz wytrenowała nas w niewidzeniu pewnych ludzi i niektórych problemów. Ludzie w kryzysie bezdomności, jak uświadamia nam Monika, pojawiają się dla nas tylko wtedy, kiedy zaczynają nam przeszkadzać. Trzeba innego spojrzenia, nowej, pogłębionej wrażliwości, żeby dostrzec tych z nas, którzy i które znaleźli się w sferach nieistnienia społecznego.

Ludzie w kryzysie bezdomności doświadczają odrzucenia, często też bagatelizowani są przez nas, ludzi żyjących w przestrzeni norm społecznych, jako ci, którzy taki sobie wybrali los. „Pewnie tego chce”, „na pewno nie potrafi żyć inaczej”. Te bzdury pozwalają uśpić nasze sumienia, minąć drugiego człowieka, nie zauważyć jego cierpienia, zagrożenia w jakim się znajduje. Food not bombs, stowarzyszenie, w którym działa Monika, uczy, że ten mit jest bardzo niebezpieczny. Trzeba umieć dostrzec w człowieku człowieka. Nie odpady, niewygodne elementy miejskiego krajobrazu – a ludzi. To smutne, że w świecie Praw Człowieka, ciągle nie rozumiemy znaczeń i wartości jakie wiążą się z innym.

„Nie ma bardziej wykluczonej grupy niż istoty poza ludzkie” „My aktywistki i aktywiści jesteśmy jedynym ich głosem.” „Wszystkie istoty, które udomowiliśmy służą do czegoś, zostały sprowadzone przez nas ludzi do określonych funkcji jakie im nadaliśmy.” Bycie weganką i feministką to jedna droga, jedna historia walki z przemocą. Zaczyna się od świadomości, że tuż obok nas, dla nas cierpi wiele istot czujących, żyjących. Zwierzęta hodowlane, zwierzęta domowe. Monika mówi, „wyobraźcie sobie, że rodzicie się z etykietką: na eksperymenty, na futro, do zaspokojenie potrzeb emocjonalnych człowieka”. Tak poklasyfikowaliśmy zwierzęta, tak rozwinęliśmy cały przemysł kulturowy, klasyfikując i istoty pozaludzkie na te, które mają dla nas spełniać nasze zachcianki. I tak samo poklasyfikowaliśmy zwierzęta ludzkie na te, które spełniają kategorie człowieczeństwa, na ludzi ważnych, godnych szacunku i na tych, których traktujemy jak śmieci. Kobieta we współczesnym świecie plasuje się gdzieś pośrodku.

Monika Kohut swoją działalnością, swoją postawą, uczy nas cały czas, że to od nas, naszych jednostkowych decyzji zależy, co się będzie działo z innymi istotami żyjącymi. Anonymous for the voiceless to niezależna organizacja, którą w Krakowie współtworzy. Pomimo pracy, zmęczenia, Monika i jej koleżanki, koledzy z Anonymous stają na Rynku Krakowskim, na ulicach, w  centrum z monitorami, na których można obserwować filmy z hodowli wielkopołaciowych i rzeźni. W milczeniu stoją i dają nam osobą bez świadomości szasnę na zmianę życia swojego i dręczonych istot. Nie raz hejtowani, obrażani, wystawiają się na spojrzenie osób zaniepokojonych i oburzonych, że ktoś zakłóca ich spokojne życie. Ale Monika i jej koleżanki i koledzy wiedzą jedno: uratowanie jednego zwierzęcia to już uratowanie całego świata. Przekonanie jednego człowieka, że życie zwierząt ma znaczenie to już naprawienie całego świata.

Niedziałanie jest złem, a aktywizm jest drogą, która może poprowadzić nas wszystkich do wzajemnego szacunku i zrozumienia. Monika Kohut to bohaterka codzienności. W ciszy, za maską legendarnego buntownika mówi do nas cały czas. W spokojnej i systematycznej pracy, gotuje obiady, rozdaje odzież osobą w kryzysie bezdomności, jeździ do fundacji ratujących zwierzęta pozaludzkie by pomóc wyczyścić pomieszczenia i nakarmić chore istoty. Przekonuje nas i tłumaczy. Nie działa w świetle reflektorów, nie buduje wielkiej kariery, nie walczy o sławę, tylko dzień po dniu, w ciszy, w codziennym działaniu uczy nas jak być człowiekiem.

Monika Kohut moja bohaterka codzienności. Jesteśmy zmianą, którą zaczynamy od naszego działania. Jak będziemy konsekwentni to inni pójdą za nami.241962884_1140920890065793_6152512254606994748_n

Juliet

JulietaJesteśmy wszystkożerni. Kapusta, marchewka, ziemniaki, nie ma sprawy, ciało nieżyjącej już osoby, nie ma sprawy. Za tabu uchodzi tylko ciało osoby naszego gatunku, ale już ciało zabitej krowy, czy świni nie budzi w nas obrzydzenia. Pomimo faktu, że na naszym talerzu loduje ugotowany lub upieczony trup zajadamy się w najlepsze. Potrafimy zajadać się nawet surowymi trupami w postaci taki dań jak tatar czy sushi. Ta nasza wszystkożerność ugruntowana kulturowo powoduje, że nie dostrzegamy istoty całej tej procedury. Jemy bo tak się nauczyliśmy. W sklepach sterylnie i estetyczni zapakowane ciała nie cuchną krwią, nie wydziela się z nich trupi odór. W reklamach nie ma migawek z rzeźni, a przedstawione tam produkty z ciał zwierząt niemalże same zachęcają by je zajadać. Seksy paróweczki zachwycone, że zaraz ktoś je skonsumuje. Seks i mięso, Eros i Tanatos, mit myśliwego i kochanka. Jedzenie to czynność kulturowa, głęboko warunkowana przez różne wzorce w tym religijne. Kanibalizm w akcie konsumowania ciała boga jest mitem starym i rozpowszechnionym w wielu kulturach.

Za całą tą kulturową otoczką kryje się jednak koszmar życia w klakach, bicia, kopania, rażenia prądem, podcinania gardeł nie ogłuszonym i nie znieczulonym zwierzętom. Statystyki z reguły podają, że co trzecia, czwarta krowa i świnia nie zostały ogłuszone przed wbiciem w jej ciało noża. To oznacza, że trafiają na haki i są zarzynane, odzierane ze skóry jeszcze czując i wiedząc co się z nimi dzieje. A potem wszystkożerni my zajadamy się szyneczką, paróweczkami i bigosikiem. Mniema, mniam, dziecko niech się pożywi, niech zje mięsko.

Wyrośli w kulturze jedzenia ciał zabitych osób, nie jesteśmy przyzwyczajeni do oglądania linii produkcyjnej śmierci. Nikt nas nie uczy, nie mówi się o tym w szkole, rodzice dbają byśmy nie mieli traumatycznych doświadczeń. Dlatego wegetarianie i weganie to ciągle mniejszość. Dziwni ludzie, którzy nas stresują obrazami z rzeźni, czy z hodowli wielkopołaciowych. Nie chcemy wiedzieć skąd nasze jedzenie, skąd nasza skóra na butach czy obiciu mebli. To nas za bardzo denerwuje, przybija i martwi. A przecież życie i tak mamy krótkie.

Juliet Gellatley to nasze sumienie. Takie osoby jak Juliet budzą nas z letargu, rozbijają narracje kulturowe. Nasze sumienie uwielbia powtarzać „tak się robi”, na szczęście są ludzie, którzy odpowiadają „i co z tego?”. Tak; robi się z trupów kulinarne przysmaki, ale co z tego? Tak; je się mięso, ale co z tego? Juliet Gellatley została weganką będąc nastolatką. Jakoś argumenty, że „tak się robi” nie podziałały na nią. Skończyła zoologię, psychologię, od 1987 roku prowadziła edukację wegańską. Aktywistka, sumienie, alert.

W naszym życiu potrzebne są takie właśnie osoby, trudno jest bowiem wyrwać się z kręgu kulturowych uwarunkowań, trudno jest spojrzeć na to, co robimy nie z perspektywy naszych potrzeb a z perspektywy innych istot żyjących. Juliet poświęca swoje życie takiemu właśnie ściąganiu zasłon z naszych oczu. Poświęca swoje życie dla dobrostanu zwierząt pozaludzkich. Pokazuje, że zjadanie ciał martwych osób nienależących do naszego gatunku nie jest ani dla nas bezpieczne, ani dobre dla świata, a już na pewno nie jest w porządku dla tych istot. Krowa nie marzy na zielonej łące by dawać nam mleko, jej skatowane ciało, przerobione na pokarm nie jest jej darem dla naszego przetrwania. Juliet zobaczyła tę krzywdę i próbuje od lat nas przekonać, że inne osoby, te pozaludzkie, mają takie same prawa jak my.

W 1994 założyła Vegetarians’ International Voice for Animals!, czyli Vivę!. Wiele jej kampanii zmieniło naszą rzeczywistość, tak jak ta przeciwko zabijaniu kangurów i zjadaniu ich ciał, czy robienia z ich skóry butów. Udało się, pomimo niechęci społecznej, udało się przekonać zarówno nas-konsumentów, jak i prawodawców. W Wielkiej Brytanii mięso z kangurów zostało wycofane, w wielu krajach te same zmiany wpłynęły na zmniejszenie mordowania tych sympatycznie wyglądających zwierzątek.

„Milcząca arka” to jedna z książek Juliet. Świat widziany z perspektywy kury, krowy. To, co najważniejsze w książce Juliet to uświadamianie nam, że nie musi tak być jak jest. „Tak się robi” nic nie znaczy, wobec naszej wrażliwości i chęci pomocy inny osobą. Gatunkową obojętność można przełamać, egoizm można zmienić w altruizm. Wystarczy poznać inne osoby żyjące na świecie, wystarczy doświadczyć ich osobowości.

Juliet Gellatley niezwykła kobieta, która tyle nas uczy.

Adele

AdeleW kulturze Europejskiej od dość dawna zakorzenił się mit miłości romantycznej, wielkiej, bez granic. Mit miłości, w której on-rycerz daje jej wsparcie, siłę, broni, dba i kocha aż po grób. Mit miłości, w której ona-księżniczka otoczona jest czułością, miłością, spełnieniem. W popkulturowym przekazie ten mit został rozbudowany całym szeregiem romantycznych opowieści, w których zakochani po pokonaniu przeciwności losu żyją długo i szczęśliwie.

W szkole nie uczy się dzieci jak rozpoznać przemoc, toksyczne relacje. Nie ma zajęć z rozpoznawania przemocy, oraz sposobów na radzenie sobie z toksyczną relacją. O przemocy domowej w zasadzie się nie mówi. O gwałcie małżeńskim od niedawna dopiero można usłyszeć jako o przestępstwie.

Bardzo często, za często, kobieta zostaje pozostawiona sama sobie. Po dziś dzień można usłyszeć głosy krytyki: „skoro z nim jest to pewnie jest jej dobrze”, „to dlaczego od niego nie odejdzie?”. Kobieta, która próbuje odejść od przemocowego partnera najczęściej spotyka się z niezrozumieniem. Samotność kobiet doznających przemoc ciągle jest pogłębiana naszą obojętnością lub patologicznym wręcz niezrozumieniem problemu.

Adele Bellis była młodziutką dziewczyną, gdy spotkała swojego oprawcę. Tylko 16 lat, bez doświadczenia, z głową nabitą kulturowymi mitami o miłości. Jej oprawca na początku był dla niej rycerzem. Granica pomiędzy czułością i opiekuńczością a zawłaszczeniem i uprzedmiotowieniem nie istniała w jej głowie. Nikt jej nie powiedział uważaj, nikt jej nie nauczył i nie przygotował na pewne działania i symptomy. Dlatego dała się odizolować i od rodziny i od przyjaciół. Klasyczna sztuczka przemocnika, osaczenie i skazanie na samotność. Łatwiej manipulować kimś kto nie ma wsparcia, nie ma dokąd uciec. Adele została sama ze swoim katem.

Adele była silna na tyle by uciec, wyrwać się z zamknięcia, samotności i poszukać własnej drogi. Nikt jednak jej nie ostrzegł, nie powiedział jej, że obsesja nie przemija tak łatwo. Jej kat wynajął przestępcę, który oblał ją kwasem. Cierpienie nie do wyobrażenia, strach, szpital. Adele musiała raz jeszcze walczyć już nie o to by uciec przed swoim oprawcą, ale by stać się sobą pomimo ran i blizn jakie zostały jej po oparzeniu.

Mit o miłości związany jest z mitem o pięknej księżniczce. Kobieta musi być piękna by zasłużyć na akceptację społeczeństwa i miłość mężczyzny. Oblana kwasem Adele została pozbawiona tak kulturowo pożądanego piękna. Wymyślny plan jej oprawcy by ją napiętnować i już do końca jej życia uczynić podporządkowaną jego obsesji.

Siła Adele polegała na tym, że nie uległa, nie dała się zamknąć, nie pozwoliła by jej kat wygrał. Ze swoich blizn i zniszczonej przez kwas twarzy uczyniła atut, znak rozpoznawczy swojej siły. Piękno to rzecz względna, piętnem można zagrać, przepracować krzywdę. Adele swoją historią pokazuje jak dosłownie odwrócić zło jakiego się doświadcza, jak z krzywdy uczynić siłę. Konwersja, to, co miało ją zniszczyć nadało jej nowy sens życia. Dlatego napisała książkę o swoim życiu, występuje w programach edukacyjnych i stara się uczyć społeczeństwo na swoim przykładzie: jak okrutny jest brak edukacji. Z chęcią multiplikujemy mit miłości romantycznej, ciągle opowiadamy o rycerzu i księżniczce. Ale nie uczymy dzieci czym jest przemoc. Adele swoją książką i swoją działalnością próbuje ten stan rzeczy zmienić. Stara się pokazać nam, że można zapobiegać tłumacząc czym jest przemoc, można wspierać ucząc się zrozumienia osób doznających przemocy. Przede wszystkim swoją obecnością w mediach, w życiu publicznym uczy nas wszystkich, że blizny tak samo jak niestandardowy wygląd – nie mają znaczenia. Można być sobą, można być cenionym, można się realizować bez tak zwanej pięknej twarzy. Piękno – kulturowy kanon – to nie wszystko. Jest coś ważniejszego: siłą charakteru, inteligencja, zdolność do bycia sobą pomimo doświadczonych krzywd. I tego właśnie uczy nas Adele.

Kobieta jest siłą, nawet jeżeli jej twarz spłonęła i musiała przejść przez samotność, to siła której nie da się zatrzymać. 

Lizzie

lizziePonoć o guście się nie dyskutuje. Podobno nie warto zwracać uwagi na to jak kto wgląda. A jednak, człowiek to takie dziwne zwierzątko, które uwielbia oceniać i to właśnie po pozorach. O guście może i rzeczywiście nie ma co rozmawiać, ale problem w tym, że już w dzieciństwie dowiadujemy się, co jest piękne i co jest brzydkie. Uczymy się tak jak mowy, tak jak zachowań, tak również estetyki. Co podoba się mamie podoba się i nam. Taka prawda kulturowego warunkowania. Jesteśmy podatni na wzorce i cały czas chcemy je realizować lub się im podporządkować.

Nie inaczej jest z naszą urodą. To kto jest ładny, a kto nie; przesądzane jest w kulturowych ideach. Gotyckie piękności o podgolonym czole i lekko zaokrąglonym brzuchem pewnie nie stanowiły podniety dla amatorów rubensowskich kształtów, ci ostatni z kolei nie dogadaliby się w żadnym razie z amatorami anorektycznych kształtów Twiggy. A do tego dochodzi różnorodność kulturowa. W każdym zakątku świata określa się co jest piękne, urocze, pociągające, czy powabne, co jest seksy, a co odrażające i wulgarne. O gustach zatem warto porozmawiać ponieważ wyrażają one w pełen sposób nasze uwarunkowania kulturowe, ukazują czas naszej epoki, wartości jakimi żyjemy czy potrzeby jakie chcielibyśmy realizować.

Dla wszystkich z nas kanon kulturowego piękna stanowi swoiste wyzwanie, to on stanowi normę, to on narzuca nam jak mamy wyglądać i jak postrzegać innych. Przez to właśnie kanon estetyczny, to, co nazywamy pięknem może okazać się bardzo niebezpieczny. Łatwo i boleśnie można się o tym przekonać, gdy nie spełniamy kanonu, gdy daleko nam do piękna jakie jest powszechnie pożądane.

Lizzie Velásquez została okrzyknięta najbrzydszą kobietą świata. Została napiętnowana z powodu swojego wyglądu, postawiona pod pręgieżem wartościowania w mediach społecznościowych. Żyjemy w czasach, w których opinie bardzo łatwo się rozpowszechniają, a przez to bardzo szybko i precyzyjnie można wskazać kozła ofiarnego, tego, kto ma zostać tym złym, potępionym. Dlatego Velásquez nie raz mogła przeczytać na swoim facebooku czy Instagramie, że jest tak brzydka, że szkoda, że się jeszcze nie zabiła. Nieznający ją ludzie, oceniając tylko jej wygląd nie mieli oporu by życzyć jej źle. Pręgież został ustawiony, a Velásquez znalazła się pod ostrzałem nienawiści.

Kobiety mają jednak w sobie niezwykłą siłę. Velásquez nie jest obce przeciwstawianie się wszystkim dookoła, w końcu jej twarz została uznana za piętno. Jako osoba, której organizm nie produkuje tkanki tłuszczowej, ma wyraźnie zarysowane pod skórą kości, wąską twarz, drobne ciało. Velásquez jest bardzo silną kobietą, była bowiem w stanie przewartościować całą tę sytuację. Wyobraźcie sobie, że wszyscy uznali was za okropnie brzydkich, drwią z was, śmieją się i życzą wam śmierci. Wyobraźcie sobie, że ludzie odwracają się na ulicy by wpatrzeć się w wasze ciało, taksują was wzrokiem i wpatrują się w waszą twarz. Wyobraźcie sobie, że gdzie pójdziecie tam zostaniecie od razu zauważeni i uznani za dziwaka, brzydką, nic nie wartą osobę, pokracznego, przerażającego stwora. A teraz wyobraźcie sobie, że wychodzicie na scenę i zaczynacie przemawiać do ludzi, którzy oceniają was w tak negatywny sposób. Ilu z nas, ile z nas znalazło by na to siłę? Kto z nas by się odważył? Velásquez ma jednak odwagę i siłę, niezwykłą moc bycia sobą. Uznała, że skoro jest najbrzydszą kobietą świata, skoro wzbudza taką sensację to ludzie będą słyszeć jej słowa. Zdecydowała się zostać doradczynią, wykładowczynią, blogerką, pokazuje siebie, swoją twarz i ludziom mówi: tak to jak, jestem bardzo brzydka. Ale czy to problem? A jakie jest wasze życie? Jak wy radzicie sobie z waszymi problemami?

Mała, drobna kobieta, traktowana jak niechciany element rzeczywistości, jako coś do usunięcia, zaczęła prowadzić kampanię uwrażliwiania na inność i akceptacji samego/samej siebie bez względy na to kim się jest i jakim się jest.

Podobno o gustach nie wypada rozmawiać. Moim zdaniem jednak warto. Co bowiem sprawiło, że dzielną i mądrą kobietę postrzegamy jako brzydką? Kulturowe przyzwyczajenie, które uformułowało w nas przekonanie w jaki sposób powinna wyglądać mądra kobieta? Tylko, że te normy i te akjologizacje mają wymiar relatywny, związany z konkretną epoką i konkretną częścią świata. Dlatego chociaż są pewnie ciągle tacy, którzy uznają, że Lizzie Velásquez jest brzydka, może się jednak okazać, że sytuacja zacznie się zmieniać. W tym sensie nie warto dyskutować o gustach, lepiej przyjrzeć się jak się rozwijają i jakie są korzenie estetycznych przekonań. Lepiej posłuchać samej Velásquez, która niestrudzenie tłumaczy nam, że ważniejsze jest co możem zrobić, co możemy dać innym, niż to jak wyglądamy. Oczywiście nie chodzi o deprecjację samego wyglądu, a raczej o nasze całościowe podejście. Człowiek to nie jest przecież jego podbródek czy jej oczy. Mamy, każdy i każda z nas, coś do powiedzenia i może czasami dobrze by było, byśmy nauczyli się patrzeć poza stereotypami czy jakimś fałszywym przesądem opartym na ślepych kulturowych założeniach.

Lizzie Velásquez jest siłą, jest też rewolucją, pokazuje nam bowiem, że kulturowo dorośliśmy do zupełne innego świata. Najpierw słuchaj potem otwórz oczy, świat będzie wówczas wyglądał zupełnie inaczej.

Lee

LeeMiała 14 lat, był rok 1932. Jechała z rodzicami wiejską drogą, pewnie już teraz nie jest to ważne jaki był cel ich podróży. To, co zostało najmocniej w jej pamięci to fakt, że wtedy jeszcze byli razem. Potem wydarzenia potoczyły się w szybkiej sekwencji. Zostali zatrzymani, ona została zabrana. Krzyk rodziców, czy milczenie i przerażenie. Szarpali ją, wyrywała się, czy była cała odrętwiała z przerażenia. Miała 14 lat. Dziewczynka o czarnych włosach i ciemnych oczach. Ściskała rękę matki. Jedna chwila. Jechała już w inną stronę.

We wspomnieniach pozostało jej jedno. Piekło. Niewobrażalne. Lee Ok-seon nie chce mówić o szczegółach, powtarza tylko, że to nie było dla żadnego człowieka. Pragnie jednak by ją wreszcie wysłuchano. Jest 2007 rok, ona ma osiemdziesiąt lat i pragnie jednego, żeby ktoś wreszcie zrozumiał i powiedział przepraszam. Nie może jednak powiedzieć więcej.

Człowieka można zabić na wiele sposobów. Znudzony psychopata zrobi to dla zabawy. Zdesperowany uciekinier zabije kata dla samoobrony. System wyda werdykt i w sposób higieniczny nakaże wykonać wyrok.  Można jednak zabić człowieka na całe jego życie.

Najmłodsze miały po 11, 12 lat, przynajmniej tak widnieje w dokumentach, tych nielicznych, które ocalały. Wszystkie były porywane, bite, gwałcone, niedożywione, upokarzane. Żadna nie miała szans na obronę. One były dziewczynkami a instytucja państwowa, rząd Japonii, skazywał je na bycie pocieszycielkami. To nie eufemizm, to wyrok śmierci, śmierci na całe życie.

O „pocieszycielkach” Japonia chciała zapomnieć, do lat 90 XX wieku nikt nic nie mówił. Tak samo jak Amerykanie, też woleli nic nie wiedzieć. Tymczasem w latach 90 kobiety zaczęły upominać się o swoją krzywdę. Te które przeżyły. Porywane i gwałcone dziewczynki z Chin, Korei, Birmy, Jawy, Filipin, Wietnamu nie były w stanie wytrzymać tego, co się działo. Lee Ok-seon powtarza jedno: ciągłe koszmarne bicie i cały  czas gwałt. Bez chwili przerwy. Zabawki, rzeczy, worki treningowe. Żołnierz miał prawo przyjść i zrobić z nimi co chciał. Po wojnie nie zlikwidowano wszystkich domów publicznych z „pocieszycielkami” tylko zostały one przejęte przez armię USA. Więc koszmar trwał nadal. Od lat trzydziestych po lata dziewięćdziesiąte wszyscy milczeli. Gwałty, tortury, bicie zostało przemilczane w historii Japonii, II wojny światowej, permanentne gwałty, ciągłe znęcanie się nad dziewczynkami, 11, 12, 13, 14 letnimi dziećmi zostało usunięte ze sfery faktów i opowieści. Tylko bohaterscy żołnierze, działania wojenne, front, wielkie czyny, kamikadze, wielkie decyzje, wojna, wojenka. Przez całe lata historyków interesowało jedno: ilu poległo, kto zwyciężył, imiona bohaterów, wojenka, wojna, wojeneczka. Bohaterowie mają swoje pomniki i opasłe tomy historycznych rozważań. Dziewczynki gwałcone, torturowane, bite mają jeden pomnik bezimiennej ofiary i brak szacunku. Bezimienne. Bez prawa do życia i godności. Historia mówi o ich oprawcach. Dziewczynki. To tylko dziewczynki.

Tylko 10 % dziewczynek przeżyło. Większość albo umierało przez obrażenia wewnętrzne, czy z powodu nieleczonych chorób wenerycznych, albo popełniała samobójstwa. Te które przeżyły lądowały albo jak Lee na ulicy, albo wracały do domu by tam cierpieć raz jeszcze: nikt nie chciał wiedzieć na oczy zhańbionej prostytutki. Tak czy inaczej były śmieciem. Dziewczynki gwałcone latami, gdy stały się kobietami, przeżyły i wreszcie domy pocieszenia zostały zamknięte, stały się wyrzutkami, skażone hańbą, wykluczone przez swoje rodziny.

Lee znalazła w sobie odwagę. Nie wróciła do Korei Południowej skąd pochodziła przez pięćdziesiąt lat. Nie miała odwagi, wiedziała, że nie może pokazać się rodzicom na oczy. Bała się. Żyła na ulicy. Była nikim. Wymazała samą siebie. Mimo to znalazła w sobie siłę. Nieludzką siłę, by powiedzieć co się jej przydarzyło. Chciała powiedzieć światu, że takich jak ona dziewczynek było tysiące. Chciała upomnieć się o te które popełniły samobójstwo z rozpaczy, które już nie wytrzymały ciągłego bólu. Chciała dać świadectwo istnienia tych wszystkich dziewczynek, które umarły zakatowane przez oprawców-żołnierzy. Znalazła w sobie siłę by upomnieć się o swoje człowieczeństwo, by odzyskać siebie.

Człowieka można zabić na wiele sposobów. Gwałt jest jednym z nich. Kodeksy karne mówią o zmuszaniu kobiety do czynów nierządnych, pojawiają się pojęcia zakrywające rzeczywistość, jak pocieszycielki. Ale prawda jest jedna, Lee uświadamia nam ją swoją odwagą: gwałt jest radykalnym zniszczeniem człowieka. Gwałt zabija. Dla Lee to walka przez całe jej życie z traumą. Dla milionów kobiet gwałconych, traktowanych jak rzecz, jak śmieci, to walka o każdy dzień. Kończ się normalność, kończy się bycie sobą, zaczyna się walka o każdy krok i każdy dzień. Lee powtarza, że chce by wreszcie ktoś ją przeprosił. W ten sposób walczy o dziewczynkę jaką była, o pozostałe dziewczynki, o ich podmiotowość, o ich wagę, o to by wreszcie były Kimś a nie czymś.

Lee to odwaga, niezwykła odwaga kobiety, która przeżyła piekło, i która potrafiła z tego piekła wrócić. Lee Ok-seon jest odwagą.

XXX

Samira, Nur, Fatima, Razan. Płynie rzeka. Krok za korkiem. Z dzieckiem na rękach, z dzieckiem za rękę, podpierając chorego ojca, trzymając starą mamę. Z oczami w ziemię, rozglądając się niepewnie, wypatrując linii brzegu, mrużąc oczy od słońca, zasłaniając oczy przed wiatrem i tym, co niesie. Pozostawione na drodze, porwane, sprzedane, zamknięte w kontenerze, wepchane do łodzi, wykupione, odkupione, oddane, bez żadnej ceny.

Halah, Karima, Basma, Aisza. Bez miejsca. Bez imienia. Bez siebie. Nie należą już ani do swojego domu, ani do swojej ojczyzny. Dowód tożsamości zatopiony. Akt ślubu spalony. Podarty dyplom. Rozsypane marzenia. Tłum. Kobiety, które nie mają imienia. Uchodźczynie, których wszyscy się boją. Migrantki, dla których stawia się zasieki. Kobiety drogi, dla których zasypuje się ścieżki. Nie ma statystyk, nikt nie policzy ile ich wyruszyło z domów uciekając przed śmiercią głodową, biegnąc po pomoc dla swoich najbliższych, wyrywając się śmierci i oszalałym bojownikom. Nikt się nigdy nie dowie ile z nich zginęło po drodze, zostało okradzionych, pobitych, zgwałconych. Na pustyni nie ma statystyk, morze milczy i tylko czasami wyrzuca na brzeg złe słowa i wspomnienia. Nikt się nie dowie ile w obozach dla uchodźców, a ile pod gruzami domów pozostało już na zawsze.

Eman, Yasmin, Sanaa, Miriam. Uchodźczynie, migrantki, te, które nigdy nie są na właściwym miejscu. Te, które nigdy nie mogą spokojnie być sobą. Na głowie mają cały świat: swojego dziecka, rodziców, kota, którego nie można zostawić na gruzach domu. Jej świat. Na skórze mają całe swoje życie, blizny, zmarszczki, miejsca zabrane przez innych, wyrwane z ich ciała one same. Nigdy nie należały do siebie.

Niechciana, Zła, Podejrzana, Nielegalna, Fałszywa, Beztożsamości, Chusta, Brak, Żal, Śmierć. Bezimienna. Ta, która została zaklasyfikowana przez innych. Ta która miała szczęście i wyszła spod zwalonego domu. Ta której się udało i uratowała jedno swoje dziecko. Ta która przeżyła i mogła patrzeć na śmierć innych. Ta która dotarła aż tutaj, do muru obojętności. Ta, która miała siłę i dostała się do obozu. Ta, której już nie ma.

Bez twarzy, cała zakryta. Bez dokumentów cała podejrzana. Bez prawa do wolności, sprzedana za benzynę do samochodu, którym uciekła rodzina jej męża. Bezpłodna, pogarda dla każdego gwałciciela. Bezdzietna. Samotna. Matka. Córka. Siostra. Żona. Własność. Towar. Rzecz. Polisa na przyszłość. Gwarancja codzienności. Przetrwanie tradycji. Brak. Seks.

W ciszy. Krok za krokiem. Ciągnie się ślad. Kobiety, których nigdy tutaj tak naprawdę nie było. Pozostawiły tylko za sobą dzieci. Zapach skóry, smak szafranu, dwa słowa wypowiedziane szeptem, szara sukienka, spłowiała od słońca, schodzone buty, obrączka. Po kobietach nie wiele pozostaje. To nie one są bohaterkami, to nie one zdobywają świat. To nie one walczą. To tylko kawałek rzeczywistości od której tylu się odcięło.

Uchodźczynie. To one dźwigają największy ciężar: przetrwania i jedności rodziny, zdrowia i życia dzieci, opieki nad najstarszymi i chorymi. To one pierwsze głodują, giną, są sprzedawane i gwałcone. Każda rewolucja i każda wojna ma swoich bohaterów. One pozostają w cieniu. Każda fala uchodźcza ma swoją nienawiść. One doświadczają jej pierwsze.

Maria

mariaNajbardziej przerażające słowa: „dlaczego od niego nie odejdzie”, „dlaczego daje robić z siebie worek treningowy?”. Te zdania naprawdę mnie przerażają i nie raz je słyszałam, z ust kobiet i mężczyzn, ludzi siedzących spokojnie przy kawie, lub herbacie, pewnych siebie, zadziwionych kolejną szokującą wiadomością. Mąż pobił żonę. Mąż zabił żonę. Partner po raz kolejny skatował swoją partnerkę. I wtedy padają te słowa: „ale dlaczego ona z nim była?”, „a może po prostu to lubi?”. I do tego ironiczny uśmieszek, jakby się rozmawiało o tanim kinie i idiotycznej fabule filmowej. Brak wyobraźni? Empatii? A może brak wiedzy? W szkołach nie uczy się dzieci jak rozpoznać przemoc, nie ma specjalnych lekcji, na których dziewczynki i chłopcy uczyliby się szacunku do ciała i osobowości tej drugiej osoby. W szkołach nie uczy się dzieci jak żyć z przemocą i jak sobie z nią radzić. W bajkach dla dzieci najczęściej królewicz jest dobry i ratuje księżniczkę, a złe demony są od razu brzydkie i złe. Nie ma bajek, które by uczyły co ma zrobić księżniczka, gdy jej rycerz okazje się potworem. I żyli długo i szczęśliwie zamyka opowieści. Na lekcjach religii dzieci dowiedzą się tylko, że rozwód jest zły i prawdziwy katolik nie może wziąć rozwodu. Ma nieść swój krzyż. I tyle. Co bóg złączył to człowiek nie ma prawa rozdzielać, nawet jak żona pojawia się w szpitalu kolejny raz z połamanymi rękami, żebrami i boi się mówić skąd te obrażenia. Niesie swój krzyż.

Gdy przyjrzeć się życiu Maria da Penha Maia Fernandes można dostrzec coś niesamowitego. Maria wtłoczona była w koleiny przemocy. Jak wiele dziewczynek na świecie najpierw słyszała dużo mitów o miłości, pochodząc z katolickiego kraju (Brazylia) miała ogromny szacunek do małżeństwa. Przemoc toczy się w utartych koleinach. Maria pędziła nimi nieubłaganie: etap pierwszy miłość. Najpiękniejsze uczucie. Mówi się, że miłość zaślepia, ale to krzywdzące stwierdzenie, miłość po prostu nas pochłania, wypełnia szczęściem. Poza tym bardzo często nasz ukochany nie pokazuje złych stron, agresor nie katuje swojej partnerki już na pierwszej randce, bardzo często mijają miesiące nim coś zacznie się zmieniać. Dlatego pytanie „dlaczego ona z nim jest?” jest i okrutne i naiwne. A wy dlaczego jesteście z osobą którą kochacie? Co byście zrobili, gdyby nagle wasz parter czy partnerka nagle was uderzyli? Co byście zrobili gdybyście byli w szóstym miesiącu ciąży, albo właśnie wrócilibyście zmęczeni z pracy? Wiedzielibyście co robić? Czy może bylibyście w szoku? Mechanizm uzależnienia budowany też jest stopniowo, przejmowanie kompetencji, izolowanie od rodziny, od przyjaciół, udowadnianie, że to on a nie ona ma prowadzić sprawy finansowe i decydować o wszystkim. Można nawet nie wiedzieć kiedy zaczyna się przemoc. Uderzenie może okazać się finałem wcześniej rozpoczętej gry, która całkowicie obezwładnia osobę uderzoną.

Maria nie chciała się poddać, miała dzieci i nie chciała by były one świadkami przemocy. Była też, jak sama przyznaje, przerażona. W swoich wspomnieniach podkreśla, że jej mąż był czarującym i opiekuńczym, chwilę trwało, nim zrzucił maskę i pokazał na co go stać. Potem była już czysta przemoc. W wielu krajach na świecie kobiety nie dostają wsparcia od środowiska. Przekonanie, że to, co dzieje się w rodzinie jest sprawą rodziny, że nie wolno się wtrącać czy nie wolno rozbić rodziny, jest zatrzaskiwaniem kobiety w klatce przemocy. Wyobraźcie sobie, że mąż was pobił a wy uciekacie do sąsiadki, a ta zaczyna wam prawić kazanie: „co będzie z dziećmi? Jak sobie poradzisz? Czym go sprowokowałaś? Czy musisz być taka marudna? Przecież on tak się stara a ty jesteś ciągle taka ponura i nerwowa”. Co byście poczuli, jakby wasza mama lub tata machnęli ręko i powiedzieli, że to wasza wina, bo się nie staracie, nie jesteście dość dobrzy, że z wami trudno wytrzymać. Jakbyście się poczuli jakby na policji padło pytanie, czy na pewno chcecie wziąć to na siebie i wsadzić ojca waszych dzieci do więzienia?

W 1983 roku mąż Mari strzelił do niej, gdy ta spała. Na policji zeznał, że do ich domu było włamanie i to włamywacz postrzelił jego żonę. Maria przeżyła postrzelenie, została jednak sparaliżowana od pasa w dół, do końca życia czekał na nią wózek inwalidzki. Bitą wcześniej kobietę, postrzeloną przez nieznanego i niezidentyfikowanego włamywacza wypisano do domu. A tam jej mąż spróbował raz jeszcze, tym razem próbował porazić ją prądem. Ta druga próba dała nieco do myślenia policji i prokuraturze. Wszystko jednak zależało od Marii.

Spróbujcie to sobie wyobrazić. Osoba, którą kochacie, okazuje się waszym katem, mordercą. Jesteście na wózku, nie czujecie nóg, nie możecie przemieszczać się swobodnie jak kiedyś, macie dzieci, a wasz ukochany, kat, morderca trafia do więzienia. Rozpoczyna się proces, na którym musicie się tłumaczyć z tego, że pobito was wielokrotnie, a potem próbowano dwukrotnie zabić. Czasami można żałować, że się przeżyło. Piekło rozciągnięte na raty, zwłaszcza gdy sądy kolejnych instancji tylko skracają wyrok oprawcy. Mąż Marii dostał najpierw dziesięć, potem osiem lat, a ostatecznie przesiedział w więzieniu dwa lata. Ona nadal siedzi na wózku a on był w więzieniu dwa lata. Dwie próby morderstwa i dwa lata. Proste prawda? „Jak ona mogła do tego dopuścić?”

Maria da Penha Maia Fernandes jest bohaterką, kobietą XXI wieku. Przetrwała bicie, próby zabójstwa, upokorzenie, niezrozumienie społeczne, niechęć środowiska, nieprzychylność i ślepotę innych. Nigdy jednak się nie poddała. W sądzie walczyła o swoje prawo do bycia osobą, a nie śmieciem, z którym można zrobić wszystko. Dzisiaj walczy za inne kobiety, pracuje w  Associação de Parentes e Amigos de Vítimas de Violência (APAVV) stowarzyszeniu działającym przeciwko przemocy wymierzonej w kobiety. Jej aktywizm i walka o prawo, równy dostęp do prawa i równe traktowanie kobiety w sądzie zostało zwieńczone uchwaleniem w 2006 roku prawa antyprzemocowym zwanym od jej nazwiska Prawem Marii de Penha. Jedyny problem jaki widzi dzisiaj w swoim życiu i o którym często opowiada, to fakt, że prawo antyprzemocowe nie dociera do małych miasteczek, slumsów i wsi. Wedle Marii dopóki będą istniały kulturowe wzorce afirmujące przemoc wobec kobiet, dopóki trzeba będzie walczyć o zagrożone kobiety, dopóty ona Maria nie spocznie. I nie jest dla niej ważne co sama przeżyła, tak samo jak nie jest dla niej ważne, że działa i żyje na wózku.

„Dlaczego ona mu na to pozwala?” to nie ona pozwala, to my, swoją obojętnością, to kultura swoimi wzorcami, to brak odpowiedniego wychowania, prawa. Maria o tym wie i nie przestaje swej pracy edukacyjnej, ucząc ludzi, że przemoc jest zła i trzeba na nią reagować. Maria działa, ani przemoc, ani próby zabójstwa, ani częściowy paraliż nie zatrzymał jej, po prostu ma coś ludziom do przekazania.

Malena

MalenaOpera to dom, drugi dom. Świat festiwali, studio nagrań, koncerty. Opera, jazz, popularne piosenki. Do tego wiele programów edukacyjnych, przybliżających ludziom świat muzyki. Życie na pełnych obrotach. Związek z muzyką jest wymagający. Trasy koncertowe, nagrania, wywiady, spotkania, audycje, praca. Rok po roku w biegu. Do momentu, kiedy wszystko się zatrzyma. Świat staje w miejscu. Biec już nie można. Pozostaje dookoła cisza. Muzyka jest ale obok, nic nie jest już takie oczywiste i takie proste.

Co robi matka gdy choruje dziecko? Co może zrobić matka gdy nie wie, co się dzieje z jej dzieckiem? Przerażenie. Czas zatrzymany w miejscu. Świat rozpadający się na kawałeczki.

Dom – praca. Opozycja której mężczyzna cięgle nie doświadcza tak boleśnie jak kobieta. To pracujące matki mają poczucie, że coś zabierają, coś tracą. Nie są przy dziecku. Nie są tak jakby chciały. To kobiety ciągle stają przed tym dylematem. Dom – praca. Robienie kariery to ciągłe zmaganie się ze sobą samą. Malena wiedziała o tym aż za dobrze. Dopóki jej córki się nie rozchorowały świat jakoś się sklejał w jedną całość. Ale gdy starsza córka przestała jeść i odcięła się od świata, świat Maleny stanął w miejscu a potem zwariował. Poszukiwanie diagnozy, pomocy, strach, że jeszcze trochę taka sytuacja potrwa a dziewczynka zagłodzi się na śmierć.

Córka, córeczka. Malena chciała mieć i dom i pracę. Jak wiele współczesnych kobiet udało jej się do czasu. To sztuka przetrwania, bycie sobą, kobietą zaangażowaną w pracę i bycie mamą. Jakoś się udawało, chociaż z wyrzutami sumienia, z poczuciem, że dużo ją omija. A jednak potrafiła koncertować, jeździć po świecie, występować na scenie. Muzyka to pasja. Pasja daje życie. Muzyka nakreśla drogę. Malena wiedziała dokąd idzie i po, co. Do tego momentu, w którym okazało się, że Greta nie je.

Co może zrobić mama, gdy jej dziecko zamyka się całkowicie na świat. Zatrzaśnięta w swojej głowie Greta i Malena z rozpaczą na zewnątrz. Diagnoza. Walka o normalność. Próba by żyć nadal. W córce często widać matkę. Chęć walki, świadomość, że nie można się poddać. Greta powolutku zaczęła jeść. Na swój dziwaczny sposób. Potem powolutku zaczęła wychodzić ze swojego świata, na swoich warunkach i ze swoją determinacją. Malena dalej walczyła z codziennością, o bycie sobą, o bycie jej dziecka. W sierpniu 2018 roku wszyscy dowiedzieli się o tej determinacji. Greta zamiast siedzieć w szkole, stała pod Szwedzkim parlamentem i protestowała w obronie klimatu. W sile córki widać siłę matki. Malena dała Grecie możliwości by znalazła drogę do siebie i do innych ludzi. Bardzo szybko młodzi na całym świecie dołączyli do Grety.

Sara Magdalena Ernman, rocznik 1970, Malena znana w Europie śpiewaczka operowa. Występowała na wielu scenach świata, i w życiu zawodowym, i prywatnym zachowuje niezwykłą twórczość. Niezakwalifikowana. Potrafi zmieniać style i rodzaj wykonywanej muzyki, nie zamyka się w jednym  świecie dźwięków i problemów. Jedna z tych niezwykłych kobiet, która potrafi poradzić sobie z życiem własnego dziecka. Najpierw chorobą, a potem aktywizmem. I jedna i druga sytuacja na krawędzi. Choroba jest jak pułapka, nie wiadomo kiedy będzie można się z niej wymknąć, czy kiedykolwiek będzie można uciec ze świata szpitali, przychodni, klinik. Aktywizm to bycie bezbronnym, aktywistka wobec ludzi, naprzeciwko problemu. Greta stanęła naprzeciwko kolosa: naszych konsumpcyjnych przyzwyczajeń i umierania świata. Mała dziewczynka walcząca z chorobą, wobec obojętności dorosłych i świadomości, że na jej oczach umiera jej świat.

Co czuje matka, gdy jej dziecko staje naprzeciwko problemów, zaczyna walkę. Podziw? Strach? Niepewność? Dlaczego to musisz być ty? Dlaczego nikt inny nie protestuje? To musisz być ty. Siła nie bierze się z pustki. Protest nie wypływa z milczenia. Najpierw Malena nie godziła się na konformizm, wolała śpiewać dla ludzi, a nie dla pieniędzy, wolała prowadzić programy edukacyjne zamiast śpiewać na wielkich scenach. Malena i Greta protestują, tylko, że każda robi to na inny sposób. Siła dziewczynki jest siłą jej matki. Bez buntu tej pierwszej nie byłoby aktywizmu tej drugiej. Silna matka może wychować równie silne dziecko. Malena na swój sposób to wiedziała, dlatego nigdy się nie poddała. Nawet wtedy, kiedy krytykowana ją za to, że dziecku pozwala stać pod parlamentem zamiast pilnować by chodziło do szkoły. Nie poddała się i wtedy, kiedy na Gretę spadła krytyka. Matkę zawsze boli bardziej, to ona krytykowana jest za nas.

Malena, piosenkarka, artystka, nauczycielka, aktywistka, mama Grety Thunberg, aktywistki, która zainicjowała Młodzieżowy Strajk i Beaty Erman, piosenkarki. Bycie kobietą współcześnie wcale nie jest łatwiejsze. Stare problemy, dylematy, stereotypy tylko drzemią ukryte i czekają by pogrążyć. Kobieta jest jednak walką i to walką codzienną.

Rosa

RosaZmarła w 2005 roku. W swojej autobiografii napisała, że wcale nie była zmęczona ani stara, to nie wiek i to nie zmęczenie zadecydowało o jej postępowaniu. To, co kazało jej działać to złość, że ciągle nie jest człowiekiem, to wiara, że prawa człowieka nie maja wymiaru jednego: białego i męskiego.

Rosa pracowała na wielu etatach, urodzona w 1913 roku, Afroamerykanka, skazana była na prace dorywcze, o niskim prestiżu społecznym i niskich dochodach. Podwójne obciążenie: bycie kobietą i bycie Afroamerykanką. Rosa nie poddawała się jednak tej determinacji. Nie zwracała uwagę ani na kolor, ani na płeć, ani na inne stereotypy. W swojej autobiografii podkreślała tylko rosnącą w niej determinację. Miała dość nie-bycia, wiecznego pozostawania w cieniu. Była zmęczona faktem, że nikt nie widział w niej człowieka.

Tak już niestety często bywa. Kobiety są przezroczyste. Nawet współcześnie kobiety nieustającą muszą potwierdzać, że to, co udało im się wywalczyć: prawo wyborcze, prawo do pracy, czy edukacji, im się należy. Kobiety cały czas znajdują się w pozycji tej, która musi się starać by sprostać. Ta nieustająca presja bywa męcząca, ale bywa również bardzo niebezpieczna. Jak długo bowiem, można znosić ciągłe poniżanie, nieustanne bycie mniej wartościową i mniej odpowiednią?

Rosa od dziecka miała przećwiczone bycie na podrzędnej pozycji, nie tylko w autobusie, ale i na ulicy, w szkole, w pracy, czy w środowisku. Gdy pracowała jako sekretarka aktywisty  Edgara Nixona nie mogła zrozumieć dlaczego jej szef walcząc o sprawiedliwość społeczną i równe prawa wszystkich obywateli USA nie mówi nic o obywatelkach? Gdzie się podziały kobiety? Wedle Nixona powinny pozostać w domu, zajmować się tym, co przynależne ich płci. Aktywista walczący o równe prawa ludzi nie dostrzegał praw kobiet. Dla Rose było to szokujące, ale dla nas chyba już nie jest, historii pokazała, że prawa człowieka nie obejmują kobiet i nawet w XXI wieku znajdziemy przekonanych tym faktem ludzi.

Miała 42 lata, gdy pierwszego grudnia 1955 roku nie ustąpiła białemu człowiekowi w autobusie. Pomimo segregacji rasowej jaka wówczas panowała w USA, pomimo tego, że kierowca autobusu nakazał jej wstać i cofnąć się w głąb części zarezerwowanej dla Afroamerykanów. To była iskra, Rosa Park podpaliła lont. Protesty przeciwko segregacji rasowej trwały już od dawna, ciągle lincz i nienawiść względem Afroamerykanów był na porządku dziennym. To pozornie nieistotne działanie było aktem niezwykłej odwagi. Rosa została aresztowana, musiała też zeznawać przed sądem. Nie ugięła się ani wtedy, ani do końca swojego życia.

Rosa Park stała się żywym symbolem aktywizmu i oporu Afroamerykanów, sama jednak uważała, że jej działanie spowodowane było zmęczeniem. Nie chciała już więcej być nikim, niewidoczną, tylko czarną, tylko kobietą, osobą, której nic się nie należy i która nie ma żadnych praw. To zmęczenie okazało się bronią nie do zatrzymania. Od 1955 roku Rosa nie raz była aresztowana za liczne protesty w obronie praw człowieka, czy przeciw rasizmowi. Zaangażowana w wiele stowarzyszeń, ruchów społecznych do końca pozostała aktywna. Dzisiaj nadal jest symbolem, pokazuje, że czasami trzeba powiedzieć NIE, czasami trzeba się zatrzymać i działać wbrew całemu systemowi.

Rosa Park i jej herstoria to też opowieść o godności. To pojęcie bardzo rozmyte. Wiele książek napisano by nam wytłumaczyć czym jest godność, wielu filozofów trudziło swe głowy by zrozumieć ten fenomen. Moim zdaniem godność to umowa społeczna, która zakłada, że pewni ludzie warci są zapisu przez duże L, a inni nie zasługują nawet na nasze spojrzenie. Godność to konstrukt społeczny, którego się uczymy od dziecka. Dlatego odebranie drugiemu człowiekowi poczucia godności automatycznie go lub ją deklasuje. To puste pojęcie potrafi nabrać bardzo silnej aksjologizacji. Dlatego człowiek, który czuje, że odebrano mu godność może znajdować się w bardzo złym położeniu nie tylko społecznym ale i egzystencjalnym. Rosa Park uświadomiła sobie, że są ludzie, którzy nie postrzegają jej jako w pełni ludzkiej i przez jej płeć i przez jej pochodzenie. Swoim sprzeciwem uświadamia nam po dziś dzień, że godność to waluta naszych relacji. Odebranie komuś godności to skasowanie jego możliwości normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Wówczas można pogardliwie powiedzieć „idź stąd”, „to nie twoje miejsce”, „już, nie ma cię tutaj”. Sprzeciw Rosy to odbudowanie godności. To, co jej zabrano ona wyrwała z rąk prześladowców i sama sobie przyznała. Ale może czasami tak trzeba, po prostu zawalczyć o siebie i innych, może czasami właśnie tak trzeba, żeby kobieta przypomniała innym, że jest człowiekiem.  

Gertruda

Gertruda„Nie Kasiu, Niper nie jest twoim kotem. Niper jest swoim własnym kotem, a my mamy ogromne szczęście, że zdecydował się z nami zamieszkać” („Devil in Deerskins My life with Grey Owl”)

Mata trójki córek, babcia, żona znanego na cała Kanadę i Europę pisarza Gray Owla. Zwykła kobieta. Ile było takich kobiet, matek, żon, córek, kobiet, które realizowały swoje życie dla mężczyzny, w jego cieniu, idąc z nim, jego szlakiem. Pierwszy rzut oka na życie Gertrudy Bernard może dać nam takie wrażenie. W książce jej męża, występuje jako jego młodziutka, dzielna i wiernie mu asystująca żona. Jego żoneczka.

Gertruda poznała swojego męża, który tak naprawdę nigdy nie został jej mężem w świetle prawa, gdy miała 19 lat a on dobiegał czterdziestki. Duża różnica wieku nigdy nie dziwiła w przypadku małżeństwa kobiety i mężczyzny. W tradycyjnym modelu mężczyźnie przecież należała się młodziutka żona. Najlepiej taka uległa, niedoświadczona, dobra do wychowania. W przypadku Gertrudy tak jedna się nie stało. Wprawdzie to Gray Owl nadał jej imię pod którym jest znana po dziś dzień – Anahareo, ale to ona z niego zrobiła działacza, aktywistę, ekologa.

To Gertruda zadecydowała, że wyruszy razem z Grey Owlem w puszczę, to ona zabrała dwa malutkie bobry z rozbitego gniazda, gdy jej partner zabił ich matkę. To Gertruda leczyła zwierzęta i objaśniała świat mężczyźnie ze strzelbą. Nie minęło dużo czasu, a Grey Owl stał się obrońcom przyrody. Dojrzały mężczyzna, który zaczął uczyć się od młodziutkiej dziewczyny i świata. Zaczął widzieć rzeczywistość jej oczami.

To Gertruda decydowała o sobie. Dzisiaj może to mało niezwykłe, ale gdy Anahareo przyszła na świat (w 1906) rola kobiety była jedna: przy mężczyźnie. Zwłaszcza jeżeli mężczyzna był biały a ona nie. Gertruda odwróciła wszystko, sama stała się przewodniczką, działaczką, nauczycielką. W swojej ojczyźnie znana jest przede wszystkim jako aktywistka, poświęcająca się całkowicie ratowaniu przyrody. Dla Gertrudy najważniejsze były zwierzęta. Walczyła z praktyką budowania pułapek na bobry, z ich odstrzałem, oraz sprzedażą futer. Pracowała w parkach narodowych edukując ludzi i pokazując im, że zamiast niszczenia można żyć razem z innymi istotami.

Co pozostało po Gertrudzie? Dwie książki, wspomnienia córek, obraz puszczy, którą przemierzała razem z Gray Owlem, widok umierających drzew, zdewastowanego przez człowieka świata, w którym ona i jej mąż próbowali ratować bobry. Niewiele, ale to cały kosmos. Jeden uratowany bóbr, jedna bezpieczna bobrza rodzina, jeden bezpieczny teren, gdzie ludzie szanują przyrodę zaczyna cały ruch. I to właśnie pozostawiła po sobie Gertruda: postać Anahareo, dumnej ze swojego pochodzenia rdzennej mieszkanki, która stała się głosem umierających zwierząt. Anahareo to opowieść, ślad przeszłości, krzywdy, ale i szansy dla tych istot, które nie mogą obronić się same. To również opowieść o możliwości o kobiecym aktywizmie. Bardzo często mówi się o działalności mężczyzn, ich heroicznej walce. Anahareo chodziła swoim ścieżkami, realizowała swoje marzenia, a przy tym pozostawała wierna tym, których kochała najbardziej: zwierzętom.

Czasami trzeba zostać głosem innych. Czasami trzeba usłyszeć co do nas mówią i przekazać to dalej. Czasami więcej się wydarzy, gdy się wsłucha w cudzy głos i przekaże go dalej. Anahareo potrafiła usłyszeć wołanie o pomoc, stała się jedną z pierwszych rzeczniczek praw zwierząt, dała głos bobrom.

Kim była Gertruda? Dziwną mamą, która nauczyła swoją córkę czytania a nie gotowania, która nauczyła ją, że Kot jest osobą, to Kot decyduje, a człowiek nie zawsze ma rację. I może to jest właśnie najważniejsza jej lekcja: nie zawsze warto realizować to, co ludzkie. Czasami warto popatrzeć z zupełnie innej perspektywy.