Prawda

prawdaJak to powiedział jeden góralski filozof (chodzi oczywiście o nieodżałowanego prof. Józefa Tischnera), mamy trzy rodzaje prawdy: prawda, tyż prawda i gówno prawda. Dawne dzieje. Współcześnie sprawy nieco się pokomplikowały i do tego klasycznego już dzisiaj rozróżnienia dodałabym moje: prawda, tyż prawda, gówno prawda, kiedyś może i prawda, dla kogo prawda, dla tego prawda, a może jednak prawda, nie prawda, moja prawda bo w mordę, moja prawda i tylko moja prawda, a gówno prawda ze wszystkim.

No to co z tą prawdą? Pierwszy jej stopień to metafizyka. Jak ktoś wierzy w pozaziemskie byty to i w prawdę tego typu uwierzy. Jak ktoś nie wierzy i zachował zdrowy rozsądek to ma pod górkę. Wówczas może się okazać, że tej jednej, wyśnionej, wymarzonej prawdy nie ma. Pozostaje poszukiwanie prawdy, ale jak to robić we współczesnym świecie, gdy wiemy, że każda kultura ludzka i zwierzęca produkuje swoją wersję tego, co słuszne, właściwe, piękne, dobre i prawdziwe. Więc gdzie ta prawda? Oczywiście są tacy co to stoją w prawdzie, trwają w niej, lub dają jej świadectwo. Wielkie opowieści o niebie.

Problem w tym, że ludzie biegają za prawdą, naukowcy się naprężają, filozofowie poważnieją, jakby nie można było sprawy odpuścić. Bo po co nam prawda? W historii wywijaliśmy nią jak orężem, zawzięcie niszcząc tych, którzy jej nie mieli, to znaczy mieli ale inną niż nasza. Uznanie drugiego człowieka za wroga tylko dlatego, że inaczej myśli, inaczej świat definiuje, z orężem prawdy na ustach było niezwykle niebezpieczną mieszanką wybuchową. Więc może jednak zrezygnować z mówienia o prawdzie.

Problem w tym, że w dzisiejszych czasach prawda jest upolityczniona. Kto ma prawdę ten ma władzę. Więc poszukiwania i badania roztapia się w politycznym dyskursie, generuje alternatywne interpretacje i bije na teorie. Dawne kolonialne spory: my i oni, my ludzie w prawdzie oni dzicy, zostały zastąpione obecnymi: my ludzie właściwi mamy dostęp do informacji, tamci niedoinformowani nie wiedzą co mówią. I gdzie ta prawda? Jak nie było tak nie ma, ale za to można popłakać nad jej upolitycznieniem i ponarzekać, korzystając tak naprawdę z tego procesu.

Prawda, wieczna idea, niezmienna kategoria, gwiazdka z nieba. Tymczasem świat zmierza sobie spokojnie w sobie tylko znaną stronę. Wystarczy tylko odpuścić, poczekać, zobaczyć co z tego wszystkiego nam wyjdzie, co się stanie za rok, za dwa. Wystarczy tylko uznać, że nie wszystko mogę wiedzieć i rozumieć i nic w tym złego. Ze mną czy beze mnie i tak świat sobie biegnie przed siebie.

Prawda to czy nieprawda? A może jednak, może trochę dla mnie? Sceptyczne nie ma prawdy, lub w wersji krytycznej, nie wiem czy jest prawda, gdzieś może tam ale nie dla mnie to tylko wybiegi. Skołatany rozum człowieka domaga się pojęć, definicji i klarownych sądów. Przyznanie się, że się nie wie traktowane jest jak porażka. A może jednak jest to wyzwolenie. Nie wiem i już.

Prawda, tyż prawda, nieprawda, postprawda, taka prawda co to nie jest prawdą i gówno prawd. Świat kręci się a my za nim nie nadążamy. Za sobą samymi też bardzo często. Więc pozostaje spokojnie sobie posiedzieć i poczekać. Może coś z tego wyniknie, ale pewnie nic. I tak jest dobrze. Moja prawda to może prawda, ale ani ona nie jest pewną, ani główną, ani najważniejszą. Więc dopuszczenie przeciwstawnych poglądów, czy odpuszczenie ciągłego poszukiwania, czy trwania w prawdzie może okazać się zbawienne. Prawdą to już się nawalczyliśmy…

Lustra

44Zaczyna się od drobnych pęknięć, odbarwień, potem stają się coraz bardziej matowe. Niby jeszcze można się w nich przejrzeć, ale stare lustra jak wzrok, stają się coraz słabsze.

Meblowanie, nadzieja, nowość, nowe miejsce, życie, świat. Nowy dom, jeszcze ściany pachnące farbą, na podłodze parkiet, który nie nauczył się skrzypieć. W oknach mocne framugi i klamki, wszystko czeka, żeby zacząć żyć. Z każdym nowym meblem dom się wypełnia. Nowy dom, teraz zacznie się tu życie.

Domy starzeją się wraz z każdym umierającym w nich człowiekiem. Jedna śmierć, potem kolejna, w murach zapisane istnienie. Wyniesione ciało, sąsiedzi na schodach, rodzina już nie taka sama, brak jednej pary rąk do kompletu. Domu starzeją się zupełnie innym tempem, mają zupełnie co innego do powiedzenia. Narodziny w domu to tylko moment, w którym otwierają się nowe spojrzenia, potrzeby, przybywają nowe meble. Dzieci rosną tak szybko jak szybko zmieniają się ich pokoje, pluszowe misie odchodzą na strych wraz z za ciasnymi krzesełkami i bujanymi konikami.  Potem nikt już nie pamięta jak wyglądało dziecięce łóżeczko. Ważne by szybko pojawiły się nowe krzesła i biurka. Dom odlicza swoje trwanie każdym nowym przedmiotem, dorastając coraz fundamentalniej do dojrzałej roli.

Ściany jak skóra węża, jak codzienny makijaż, raz kremowozłote, raz w rajskie tapety. Tutaj pulsuje cała energia. Kolory, obrazy, ramy, regały, półki, drapak dla kota, czy ramiona roślin zgrabnie wplatające się w przestrzeń. Ściany są najważniejsze, podtrzymują wszystkie potrzeby, pamięć o babci, dwie stare fotografie oprawione skromnie, ciągle na swoim miejscu, chociaż te kobiety od dawna nie żyją. Dopóki wiszą portrety dom jeszcze żyje tamtym życiem. Można zmienić kolor ścian, ale ich popękane ręce ciągle dźwigają wspomnienia, wymarzony obraz, ramy, które kosztowały za dużo, rozbite małżeństwo, utracone dziecko, kochanek, który już nie powrócił, zamalowane raz jeszcze i szybko, i tak nie zapominają ile razy dziecko upadło nim dotknęło zielonkawej tapety.

Okna są niewidoczne. Spełniają niezauważanie swoją rolę, jak bicie serca, którego nikt nie liczy. To przestrzeń prowadząca tam i z powrotem. Można być i nie być w domu równocześnie, jest się w sobie i poza sobą, jak na spacerze, gdy widzi się to, co dookoła i równocześnie myśli się o tym, co pozostało w pracy lub w domu. Niby tam a jeszcze bardzo tu. Okna są dopóki ich nie zauważamy, podchodząc by sprawdzić temperaturę, przyjrzeć się jak pada deszcze, rozejrzeć się czy nie ma dzikich kotów w ogrodzie, sąsiada na ulicy, siebie samego po drugiej stronie. Przez okna deszcz i śnieg wyglądają tak pięknie, świat staje się opowieścią dla nas, którą można układać w dowolne kroki.

Domy umierają od luster. Pierwsze lustra powieszone na samym początku najpierw w przedpokoju, potem dumnie w salonie nad kominkiem czy kredensem, i jeszcze na piętrze w łazience te lustra znikają najpierw. Znak niepokoju. Albo pojawią się nowi ludzie, albo coś tu zacznie się zmieniać. Najpierw niepostrzeżenie. Nowi lokatorzy nie będą już tacy ostrożni. Schody zaczną coraz mocniej skrzypieć od nieprzyjemnych kroków. Już tutaj nikt nie chce posiedzieć spokojnie, kominek nie sączy już tylu opowieści, zrobiło się nerwowo. W starym domu dzieci dorastają chaotycznie, a potem wcale. W pokojach o pociemniałych tapetach mieszka się coraz szybciej i coraz głośniej. Drzwi zaczynają krzyczeć do siebie, pierwsze rozbite okno woła o pomoc. Tej starości nie da się jednak zatrzymać.

Czasami jest tak, że miasto przesuwa swoje życie i dom pozostaje samotnie pośród obcych mu dróg i budynków. Czasami jest tak, że miasto pędzi w innym kierunku i w starej przestrzeni, gdzie dom obok domu, pozostają tylko coraz bardziej smutne kamienice. Czasami jest tak, że miasto opuszcza swoje domy, idzie gdzie indziej i nie ogląda się za przywiązanymi do siebie opowieściami.

Zaczyna się od drobnych pęknięć, które są jak zmarszczki, nikt już tych luster nie zauważa, nikt tych luster nie chce naprawić ani wymienić. Nikt się nie przegląda i nie myśli co będzie na obiad, jak odrobić lekcje, kiedy będzie można spotkać się z koleżanką, ani o której trzeba wrócić do domu. To już wszystko dość dawno zostało ustalone i przeżyte. Tapety z szelestem zwijają się w koncie pokoju. Dwie myszy przystanęły na środku podłogi. Parkiet nauczył się skrzypieć tak ładnie, ale kot nie słucha jego opowieści.

Stare opuszczone domy, nasza nierzeczywistość, ślady, urwane tropy. Jeszcze przez chwilę kryjówka dla pająka zakochanego w lśniącym żyrandolu. W lustrach gaśnie spojrzenie. Tej śmierci nikt nie zauważa. Stare domy umierają kochając swoje życie.

Łazienka

IMG_20210208_093439 (2)Codziennie powtarzane czynności, rutyna nie zauważana, wyuczona od dziecka, od pierwszych słów zapamiętanych: tylko porządnie wymyj ręce. Więc nawet nie wiedząc kiedy sięgamy po mydło, mleczko do ciała, balsam, krem do twarzy, do tego dochodzą drobne przyjemności: maseczka do twarzy, pachnący balsam do ciała, maska na włosy, potem jeszcze tusz do rzęs, szminka, fluid, pianka do golenia, woda po goleniu, olejek do brody. Jeszcze zachować po sobie porządek, też odruchowo, jak dezodorant i perfumy, tak samo płyn do czyszczenia podług, kafelek, kabiny prysznicowej, jeszcze dodatkowy specyfik do odkamieniania powierzchni, nabłyszczania, polerowania. Takie tam codzienne działania. Wyuczone od zawsze. Nierejestrowane gdy pędem do pracy, lub na spotkanie z przyjaciółmi. Przecież człowiek nawet nie wie kiedy nakłada krem czy myje ręce. Nawet nie rejestruje kiedy czyści łazienkę. Jest jak jest. Zawsze tak było.

Test Draize’ra polega na zakrapianiu oczu zwierzęcia żrącą substancją. Najczęściej w ten sposób testowane są detergenty i kosmetyki. Test ten prowadzi się około trzy tygodnie, podczas których substancje chemiczne wchodzące w skład naszych płynów do czyszczenia czy naszych kremów wpuszcza się do oka zwierzęcia. Inną metodą testu Draize’ra jest zmuszanie zwierząt do wdychania oparów z toksycznych substancji. Czasami substancję testowaną aplikuje się prosto na skórze. Żeby mieć pewność, co do skutków ubocznych danej substancji inna metoda polega na zmuszaniu zwierząt laboratoryjnych do połykania niebezpiecznych związków chemicznych. Czas testu zależy od tego jak długo taką dietę zwierzę przeżyje.

Krwotoki, wyżarte dziury w skórze, podrażnione i zniszczone oczy, ból, unieruchomienie w specjalnych kołnierzach, unieruchomienie w klatkach, brak znieczulenia podczas testów, „utylizacja” „materiału biologicznego” po testach – o ile zwierzęta przeżyją. To codzienność naszej łazienki.

Trzy ważne daty to 2004, w którym wprowadzono zakaz testowania na zwierzętach gotowych produktów kosmetycznych, 2009, w którym zakazano testowania na zwierzętach składników kosmetyków i 2013, w którym wprowadzono zakaz importu oraz sprzedaży kosmetyków i składników testowanych na zwierzętach na terenie Unii Europejskiej. Te trzy daty nie wiele zmieniły jednak w naszej łazience. Kosmetyki i detergenty testowane są w Chinach, wiele firm łamie przepisy unijne i płaci kary, nie zmieniając praktyk.

Dla wszystkich, którzy nie chcą by ich łazienka była skutkiem kaźni zwierząt pozostaje poszukiwanie znaków takich jak crulety free. I chociaż coraz więcej mamy na rynku produktów, które faktycznie a nie tylko z teoretycznego założenia, przestrzegają zasady nie niszczenia istnienia i zadawania bólu, to ciągle jest ich za mało. Tak naprawdę otacza nas świat przemocy. Zwykły szampon do włosów czy krem do twarzy może być produktem torturowania i zabijania. Zwykła czynność czyszczenia łazienki może kończyć cały łańcuch przemocy.

Nasze działania nie są neutralne, nasze postępowanie niesie za sobą bardzo konkretne skutki. Im bardziej świadomie będziemy postępować, mi więcej uwagi będziemy poświęcać na to, czy faktycznie czy tylko teoretycznie produkty które używamy są testowane, tym więcej jest szansy, że skończy się to szaleństwo. Miliony zwierząt umiera cierpiąc okrutnie tylko po to, byśmy mieli produkty bezpieczne. Miliony zwierząt umiera po nic, ponieważ można w zupełnie inny sposób prowadzić te badania.

Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Przeciwko Wiwisekcji. Nauka i świadomość człowieka rozwinęły się już tak bardzo, że czas zakończyć działania na miarę tępej obojętności. Zwierzęta cierpią, ponieważ rościmy sobie prawa do bycia kimś wyjątkowym, ponieważ dbamy tylko o siebie. I tylko od nas zależy, czy zmieni się ich los, czy nie.

Patelnia

2Smażenie, opiekanie, przypiekanie, podsmażanie. Zapachy, opary, aromaty. Przyprawy, dodatki, cały świat na patelni miesza się ze sobą. Przyprawy z Indii, warzywa z całego świata, mięso (obiad a jakże, tradycyjnie z mięsem) objechało pół świata. Świnie hodowane w Chinach, transportowane do rzeźni w Ameryce, a potem do sklepów na całym świecie. Na patelni mieści się cały świat.

Dzień ziemi. 22 kwietnia dzień Matki Gai, Błękitnej Planety, Naszego Domu.

Codziennie, po kawałeczku, w prostych czynnościach zabijamy nasz świat. Ślad węglowy jaki pozostawiamy za sobą jest niebotyczny. Proste czynności jakie wykonujemy na co dzień osiągnęły niezwykły poziom warunkowania zanieczyszczeń i krzywdy. Zwyczajna potrawa jak kurczak w warzywach, nie jest tylko zwyczajnym daniem mięsnym. To cierpienie zwierzęcia, jego okrutna śmierć. Tak samo jak pierogi ze skwarkami i cebulką opiekane na maśle. Produkty jakie obecnie używamy przeszły długą drogę. Na naszej patelni ląduje rachunek za: lot samolotem, transport oceaniczny, skażenie terenów przez hodowle wielkopołaciowe, wycinanie lasów tropikalnych pod pasze dla zwierząt hodowlanych, setki tysięcy kilometrów jakie są pokonywane by człowiek miał to o czym zamarzył. Co bardzo potrzebuje zjeść, skosztować.

Codziennie, krok po kroku, realizujemy nasze małe przyzwyczajenia i potrzeby. Nawet nie wiemy, nawet nie potrafimy sobie tego wyobrazić, jak bardzo nasze przyzwyczajenia rujnują ekosystemy. Owoce zimą, warzywa z innego kontynentu, zwierzęta zabijane tylko po to, by człowiek do swojej potrawy dodał trochę kurczaka czy wołowiny. Olej palmowy stosowany bez umiaru. Chcemy, mamy apetyt, potrzebujemy, uważamy, że nam się należy, że to konieczne dla naszego zdrowia. Cały czas w postawie roszczeniowej. W naszej kuchni, na naszej patelni, na naszym talerzu musi być właśnie to, co sobie zaplanowaliśmy – bez żadnych ograniczeń.

Codziennie, systematycznie, zadanie po zadaniu, realizujemy nasz plan na nasze własne spełnienie. Liczymy się tak bardzo z samymi sobą, że znika nam cały świat jaki jest dookoła. Najpierw zakupy, bez względu na poniesione przez Matkę Gaję koszty, potem porządki w naszym domu, detergenty, proszki, zużycie wody, po posiłku przecież trzeba porządnie posprzątać, bez oglądania się, na to, co się dzieje z Błękitną Planetą. Tak bardzo skupiliśmy się na naszym małym wymiarze, że nie widzimy co dzieje się z naszym Domem, naszą Planetą.

Dzień ziemi, 22 kwietnia. Dzień straconych możliwości, dzień egoizmu, dzień porzuconych starań, zaprzepaszczonych szans. Oto nasza planeta ziemia obchodzi swój dzień. Ten wyjątkowy ekosystem, ta niezwykła substancja, która przypadkiem dała nam życie, a teraz umiera ponieważ rozrośliśmy się ponad miarę i pogubiliśmy się w naszych potrzebach. Zachodni styl życia, konsumpcjonizm, sprawia, że na co dzień, krok po kroku przejadamy nasz świat.

Stoję w kuchni. Na patelni kasza i grzyby zebrane ubiegłej jesieni. W powietrzu pachnie już nieśmiało wiosną, choć w tym roku, kolejne gatunki ptaków będą umierać, kolejne gatunki zwierząt zastygną w wielkim wymieraniu. Za oknem słychać głos sąsiada. Wita się z kotem przybłędą. Nieśmiała nadzieja, że są i tacy, co żyją licząc ślad węglowy pozostawiony za sobą. Płoche uczucie, że może jeszcze nie do końca drzwi zatrzasnęły się za nami. Tylko, że dookoła słychać już nawoływanie konsumpcyjnej kultury. Już reklamy i foldery podpowiadają gdzie jechać na wakacje, jak odświeżyć sobie garderobę, co kupić by być modnym na wiosnę. Ciągle tylu wśród nas jest święcie przekonanych, że nic się nie dzieje, że to tylko przerażenie naukowców, którzy zawsze coś mówią na wyrost. Ciągle tylu z nas wybiera cały ten kołowrotek i barwy konsumpcji: przecież jest tak pociągająco, ciekawie i przecież nam się należy. Błękitna Planeta cieszy nas tylko z nazwy, na co dzień traktujemy ją jak czarny worek, do którego można wrzucić wszystko, na co dzień podchodzimy do niej jak do wielkiego składu wszelkich możliwości, z którego można wyciągnąć wszystko. Bez konsekwencji, bez chwili zastanowienia, co się stanie.

Dzień ziemi, 22 kwietnia. Jak długo jeszcze? Ile razy będziemy mieli szansę cieszyć się tym świętem? Ile jeszcze przetrwa nasz Dom, ten świat? Matka Gaja umiera, a my przejadamy ostatnie jej przestrzenie, ostatnie możliwości. Na patelni znalazł się cały świat i jego smażenie, duszenie, podgrzewanie trwa w najlepsze.

2Smażenie, opiekanie, przypiekanie, podsmażanie. Zapachy, opary, aromaty. Przyprawy, dodatki, cały świat na patelni miesza się ze sobą. Przyprawy z Indii, warzywa z całego świata, mięso (obiad a jakże, tradycyjnie z mięsem) objechało pół świata. Świnie hodowane w Chinach, transportowane do rzeźni w Ameryce, a potem do sklepów na całym świecie. Na patelni mieści się cały świat.

Dzień ziemi. 22 kwietnia dzień Matki Gai, Błękitnej Planety, Naszego Domu.

Codziennie, po kawałeczku, w prostych czynnościach zabijamy nasz świat. Ślad węglowy jaki pozostawiamy za sobą jest niebotyczny. Proste czynności jakie wykonujemy na co dzień osiągnęły niezwykły poziom warunkowania zanieczyszczeń i krzywdy. Zwyczajna potrawa jak kurczak w warzywach, nie jest tylko zwyczajnym daniem mięsnym. To cierpienie zwierzęcia, jego okrutna śmierć. Tak samo jak pierogi ze skwarkami i cebulką opiekane na maśle. Produkty jakie obecnie używamy przeszły długą drogę. Na naszej patelni ląduje rachunek za: lot samolotem, transport oceaniczny, skażenie terenów przez hodowle wielkopołaciowe, wycinanie lasów tropikalnych pod pasze dla zwierząt hodowlanych, setki tysięcy kilometrów jakie są pokonywane by człowiek miał to o czym zamarzył. Co bardzo potrzebuje zjeść, skosztować.

Codziennie, krok po kroku, realizujemy nasze małe przyzwyczajenia i potrzeby. Nawet nie wiemy, nawet nie potrafimy sobie tego wyobrazić, jak bardzo nasze przyzwyczajenia rujnują ekosystemy. Owoce zimą, warzywa z innego kontynentu, zwierzęta zabijane tylko po to, by człowiek do swojej potrawy dodał trochę kurczaka czy wołowiny. Olej palmowy stosowany bez umiaru. Chcemy, mamy apetyt, potrzebujemy, uważamy, że nam się należy, że to konieczne dla naszego zdrowia. Cały czas w postawie roszczeniowej. W naszej kuchni, na naszej patelni, na naszym talerzu musi być właśnie to, co sobie zaplanowaliśmy – bez żadnych ograniczeń.

Codziennie, systematycznie, zadanie po zadaniu, realizujemy nasz plan na nasze własne spełnienie. Liczymy się tak bardzo z samymi sobą, że znika nam cały świat jaki jest dookoła. Najpierw zakupy, bez względu na poniesione przez Matkę Gaję koszty, potem porządki w naszym domu, detergenty, proszki, zużycie wody, po posiłku przecież trzeba porządnie posprzątać, bez oglądania się, na to, co się dzieje z Błękitną Planetą. Tak bardzo skupiliśmy się na naszym małym wymiarze, że nie widzimy co dzieje się z naszym Domem, naszą Planetą.

Dzień ziemi, 22 kwietnia. Dzień straconych możliwości, dzień egoizmu, dzień porzuconych starań, zaprzepaszczonych szans. Oto nasza planeta ziemia obchodzi swój dzień. Ten wyjątkowy ekosystem, ta niezwykła substancja, która przypadkiem dała nam życie, a teraz umiera ponieważ rozrośliśmy się ponad miarę i pogubiliśmy się w naszych potrzebach. Zachodni styl życia, konsumpcjonizm, sprawia, że na co dzień, krok po kroku przejadamy nasz świat.

Stoję w kuchni. Na patelni kasza i grzyby zebrane ubiegłej jesieni. W powietrzu pachnie już nieśmiało wiosną, choć w tym roku, kolejne gatunki ptaków będą umierać, kolejne gatunki zwierząt zastygną w wielkim wymieraniu. Za oknem słychać głos sąsiada. Wita się z kotem przybłędą. Nieśmiała nadzieja, że są i tacy, co żyją licząc ślad węglowy pozostawiony za sobą. Płoche uczucie, że może jeszcze nie do końca drzwi zatrzasnęły się za nami. Tylko, że dookoła słychać już nawoływanie konsumpcyjnej kultury. Już reklamy i foldery podpowiadają gdzie jechać na wakacje, jak odświeżyć sobie garderobę, co kupić by być modnym na wiosnę. Ciągle tylu wśród nas jest święcie przekonanych, że nic się nie dzieje, że to tylko przerażenie naukowców, którzy zawsze coś mówią na wyrost. Ciągle tylu z nas wybiera cały ten kołowrotek i barwy konsumpcji: przecież jest tak pociągająco, ciekawie i przecież nam się należy. Błękitna Planeta cieszy nas tylko z nazwy, na co dzień traktujemy ją jak czarny worek, do którego można wrzucić wszystko, na co dzień podchodzimy do niej jak do wielkiego składu wszelkich możliwości, z którego można wyciągnąć wszystko. Bez konsekwencji, bez chwili zastanowienia, co się stanie.

Dzień ziemi, 22 kwietnia. Jak długo jeszcze? Ile razy będziemy mieli szansę cieszyć się tym świętem? Ile jeszcze przetrwa nasz Dom, ten świat? Matka Gaja umiera, a my przejadamy ostatnie jej przestrzenie, ostatnie możliwości. Na patelni znalazł się cały świat i jego smażenie, duszenie, podgrzewanie trwa w najlepsze.

To takie małe

takie to małeTakie to małe zdarzenie, życie, potrzeby, świat. Życie rozgrywające się na niewielkiej przestrzeni. Gdzieś między marzeniami i potrzebami. Ciągle w kołowrocie wydarzeń, ciągle to samo. Nieusuwalna zależność od innych. Takie to małe życie, taka to mała perspektywa. Takie to bardzo wybiórcze nasze myślenie.

Czułość zaczyna się czy kończy wraz z rozmiarem? Małe dziecko, takie słodkie, bobas śpiący na ramieniu mamy. Takie to wzruszające, tyle w nim bezbronności. Więc małe jednak wzrusza? A co jak podrośnie, nadal będzie miało płaszczyk ochronny naszej miłości i zafascynowania? A co z tymi maluchami, które nagle trafiły w świat im obcy. Odseparowane od mamy, zamknięte w ciasnej klatce. Maluchy na sprzedaż. Takie małe i słodkie. Kto się nie oprze szczeniaczkom, kociakom, malutkich króliczkom, myszkom, chomiczkom?! Takie małe i słodkie, można przytulać, głaskać, kochać dowoli. Jak nie chce, jak się wykręca to tylko jest taki mały i słodki. Słodki łobuziak. A co jak podrośnie? Nadal będzie taki słodki? Czy już się nie dowiemy, bo przed wakacyjną przygodą nasz słodziak wyląduje na śmietniku. Chomika pozbyć się można łatwo. To takie małe, nikt nie zobaczy.

Jak długo trwa nasza miłość? Przemija wraz z okresem dojrzewania? Mocz kota zaczyna śmierdzieć? Pies za dużo szczeka? Chomik ciągle śpi i nic nie interesuje się naszą osobą? Klatka świnki morskiej i króliczka sama się nie posprząta. Nasza miłość ma datę ważności – świeżość i fascynacja, gdy małe łapki wyciągają się tak zabawnie, kiedy maluch tak słodko układa się do snu na swoim posłanku. Miłość zagwarantowana od pierwszego wejrzenia i tak długo jak długo da się utrzymać nasze zainteresowanie słodyczą nowości i rozkosznej minki małego zwierzątka. Czas wydłuża nasze obowiązki i tu zaczynają się często momenty oziębłości. Co za dużo to niezdrowo. Pies pozostawiony w lesie nie znajdzie drogi do domu, gdy wywiezie się go poza miasto.

Kiedy pojawia się nasze wzruszeni. Maleńkie łapki, oczka, ogonki, słodkie pyszczki – to wszystko zarezerwowane zostaje dla tych zwierzaków, które zakwalifikowaliśmy sobie jako domowe. Maleńka świnka nic nas już nie obchodzi. To, że nie może nawet przytulić się do mamy, oderwana od niej siłą, przerażona, w transporcie na rzeź. Nikt się nie zastanawia jaka ona słodka, tak samo jak mała kurka, baranek, czy cielaczek. Kategoria „jedzenie” zasłania słodkie oczka, rozkoszne minki, śliczne ciałka. Od urodzenia przeznaczone do jednego, by skończyć na talerzu. Urodzone by mogły być zamordowane. Miliony noworodków na całym świecie zarzyna się tylko po to, by człowiek miał mleko, serek, paróweczki, szyneczkę, i wszystko to o czym sobie zamarzy.

Kiedy pojawia się w nas przekonanie, że życie należy chronić, szanować, kiedy rozwija się to wzruszenie na widok matki karmiącej swoje dziecko? Zależność gatunkowa, wybrane kategorie. Suka i kotka nie będą miały szans nacieszyć się swoim macierzyństwem, w nielegalnych hodowlach ich dzieci znikną szybciej niż zdążą je wykarmić. Świnia i krowa czasami nawet nie zobaczą swojego maleństwa. Krowy po porodzie jeszcze długo czekają na swoje małe, czasami długo jeszcze nawołują swoje dzieci, nie rozumiejąc, że człowiek już dawno je zabił. Holokaust przeraził człowieka, rzeźnia już nie. Zabicie noworodka jest przerażającą zbrodnią o ile jest to ludzkie dziecko. Wówczas media będą długo i rozpaczliwie opowiadać o barbarzyństwie, o tragedii i o cierpieniu rodziców. Zamordowanie noworodka innego gatunku nazywa się przemysłem mięsnym i ma swoją cenę. To dochodowy interes.

To bardzo małe, to takie niezwykle ograniczone kogo kochamy i kto nas wzrusza. Taka maleńka perspektywa naszego istnienia. Taki skrawek życia, który zyskał nasz szacunek i empatię. Całą resztę można zarżnąć i przemielić na skórę pierwszej jakości, na kotleciki, szyneczki i luksusowe życie. To takie małe obszary naszego człowieczeństwa.

Teraz

terazTak bym nie mogła. Nie mieści mi się w głowie. Moim zdaniem to jest bardzo dziwne. Jak tak może? Jak oni mogą? Jak to wytrzymuje. Nie mieści się, nie ogarniam się, nie chce. Gdy siedzimy przy naszym stole, w naszej filiżance jest nasza ulubiona herbata, kiedy nasz kot wskakuje nam na kolana, a przyjaciele dzwonią – nie dociera do nas, że może być inaczej.

Litania codzienności, oczywiste, pewne, jasne, nasze, bezpieczne. Przerwana zdziwieniem, zaskoczeniem, niepewnością, strachem. Zatrzymuje się wszystko nagle, bezpowrotnie bez tłumaczenia. To tylko chwila, jedna sekunda, jedno teraz i wszystko zostaje odwrócone.

Tak sobie siedzimy w kuchni, powolutku, tak sobie wstajemy rano i idziemy zaparzyć kawę. Tak sobie wracamy do domu, gdzie pies gubi na nasz widok ogon. Takie sobie to małe życie, niepozorne, niedocenione. Czasami słowa innych wywołują w nas zdziwienie, czasami wydarzenia na sąsiedniej ulicy przyspieszy nasze bici serca. Ale dopóki to dzieje się obok, nasze życie biegnie sobie swoim utartym, nudnym torem.

Nie można zrozumieć tego ciągłego napięcia i przyzwyczajenia do życia w ciągłym stresie. Nie można uwierzyć, że latami ona daje się katować, on mieszka w starym zrujnowanym domu, ona nie może odejść tylko jest przykuta do tego nie swojego łóżka, on zawiesił się w cudzym życiu i nie wie dokąd zmierza. To wydaje nam się niemożliwe, do pierwszego uderzenia, wymierzonego precyzyjnie w policzek. Książe z bajki bije miarowo i pewnie. To wydaje się nierealna do pierwszej diagnozy, kiedy dziecko jeszcze przed chwilą takie zdrowe już nigdy nie będzie chodzić. To nie ja. Ja bym sobie poradziła, ja bym sobie dał radę. Tylko, że tu i teraz wszystko może i wszystko nie może się wydarzyć. Chwila, przypadek i wszystko zostaje odwrócone.

To prawda nie zdajemy sobie sprawy czym jest codzienność, nuda, rutyn. Nie doceniamy bezpieczeństwa, ani tego, że w każdej chwili możemy wstać i wyjść. Nie doceniamy naszego dnia, zwyczajnego gestu. To prawda, szczęście bywa bardzo słabe, siedzi sobie przycupnięte w naszej normalności, w spokojnych gestach, cichej rozmowie, wplata się w znudzenie i letnie popołudnie. To zdecydowanie prawda, szczęście nie pachnie wieczorowymi perfumami, ani dźwięczy wielką fugą Bacha. Tak sobie siedzi i na co dzień nam towarzyszy. I tylko ten jeden moment: przypadek, ktoś kogoś spotkał, ktoś powiedział za dużo, ktoś nie przewidział, ktoś zaufał. Odwrócenie dokonuje się czasami bardzo powoli, niemalże wypychając nas z naszego życia. Nie wiadomo kiedy i nagle już nie panuje się nad niczym, nic już nie można. Pozostaje pustka. Zniknęła nuda, spokój, cisza.

Ja bym tak nie mogła. Pewność osoby, która nie musi nocą uciekać z domu przed agresją. Ja bym tak nie dała rady, zapewnienia każdego kto nie wierzy, że można żyć spokojnie nadal, chociaż osoba którą się kocha już samodzielnie nie oddycha. Jestem poza, ponad – moje życzenia, że zawsze zapanuję i zawszę będę sobą. Jakby to cokolwiek znaczyło. Na szczęście gdy siedzimy sobie w kuchni i pijemy herbatę jeszcze o tym nie wiemy. Na szczęście gdy codzienność nas nuży nie zdajemy sobie sprawę, że to bardzo ulotne, szczęśliwe chwile. Na szczęście możemy wierzyć, że poradzimy sobie z wszystkim i nic nam się nie stanie. Zastrzeżone ja, ułuda pewności, nasza tarcza.

Teraz, jeszcze przez ten moment codzienność jest nasza i smakuje nudą. To takie dobre.

Przebaczenie

20180911_164716Odwrócony. Prosty jak struna. Kot siedzący tyłem. Można mówić, można głaskać, można kusić smakołykiem. W całym napiętym ciele jest żal. Nie byłaś, zostawiłeś. Kot mówi bardzo czytelnie, że to było złe i niesprawiedliwe. A potem ten jeden wspaniały moment, kiedy łapka delikatnie opiera się o kolano. Ten jeden prosty ruch i już mrucząc rozciąga się leniwie. Kot na kolanach, czas stanął w miejscu. Więcej słów nie trzeba, tylko mruczenie.

Ciągle drżenie. Czuje w całym swoim ciele te złe słowa i ton. Jeszcze uszy po sobie. Łapy przygięte i spuszczona głowa. Pies jest cierpieniem, kiedy tak nie może zrozumieć o co tyle awantury. On tylko chciał, tylko miał, w głowie mętlik. Nie rozumie dlaczego tak zrobiło się zimno. Wie jedno. Ten gest gdy dotyka ręki, delikatnie wsuwa głowę pod dłoń. Jak bardzo by człowiek nie rozumiał, co zrobił, pies i tak mu wybaczy. Tylko będzie coraz bardziej chował się w sobie.

Jeszcze przed chwilą była rozmowa. Nie rozumie, że właśnie ją przerwał. Dalej mówi, ale nie ma już nic dookoła. Siedzi na kanapie jakby nigdy nic i nie widzi, że dookoła zrobiło się ciemno. Jedno słowo, dwa słowa, jak uderzenie. Odcięcie drugiego od siebie. Zdradzony spokój, przerwana relacja. Mistrz budowania przepaści po której spada kruche zaufanie. Teraz będzie coraz gorzej. Nie wiadomo jak odpowiedzieć, i tak nie zauważy. Potem i tak nie przeprosi. Świat należy do niego, więc mówi coraz głośniej.

Książe z bajki pojawia się coraz rzadziej. Takie chwile kiedy z bukietem prosi o wybaczenie i powtarza, że nigdy więcej. A potem wystarczy iskra. Coraz mocniej, urazówka, szpital, złamane żebro, rozbity nos, wybite zęby, potem bukiet kwiatów, płacze, że nigdy więcej, na kolanach żebrze o wybaczenie. A potem chwila nieuwagi i ona już nie wie, czy ma ciało. Rodzina mówi, przebacz, bo nie masz dokąd iść, znajomi mówią pewnie to lubi skoro przebacza, policja pisze kolejne raporty. A ona ginie w kolejnym przepraszam, dusi się i nie widzi już powietrza, gdy jeszcze raz przebacza.

Nikt tego nie rozumie. Gdy odebrano ciało. Nikt tego nie widział, gdy odebrano radość. Nikt się nie zastanawiał gdy odbierano życie. Przecież chodził tak jak zawsze ulicami, w szkole z kolegami, jak zawsze rozmawiał na przerwie. Nikt tego nie rozumie, dlaczego teraz, po tylu latach. Niedowierzanie, złość, po co mówić takie rzeczy, dlaczego oczerniać, to nasz ksiądz, to nasza parafia, a on brudy wywleka i to tak ostentacyjnie. Nikt tego nie widzi, ale jego już nie ma. Modlitwa wiernych za ofiary pedofili. Tylko, że dalej nic. Nikt nie wyszedł z kościoła, nie trzasnął drzwiami, nie zaczął krzyczeć, że to zbrodnia. Kościół prosi o przebaczenie i dalej nic nie robi. Kolejny ksiądz i kolejne dziecko zabite za życia. Kolejne złamane istnienie. A ludzie dalej w kościele jakby nic się nie stało. Tylko się pomodlą, za księdza który „zbłądził” również. Każdemu należy się przebaczenie. Logika przebaczenia, tylko, że on zamarł w tej chwili, kiedy ksiądz go gwałcił.

Piękne słowa, przebaczenie to dar. Wielcy filozofowie i teolodzy dywagujący w zachwycie. Jakie to piękne wybaczyć zło, jakie to wzniosłe przebaczyć, darować winy, a więc dać dar czystego sumienia. Moc odkupienia zła. W tych pięknych słowach nie ma jednego, permanentne milczenie o zgwałconej kobiecie, która na zawsze zostaje w tym momencie, kiedy gwałciciel odebrał jej ją samą. W tych pięknych słowach niema nic o dziecku, które ciągle umiera, gdy ksiądz gwałciciel uśmiecha się do kolejnego chłopca i kolejnej dziewczynki. Piękne słowa nie zaczarują rzeczywistości, nie wrócą życia zakatowanej żonie, którą społeczeństwo nauczyło, że przebaczenie i jedność rodziny to podstawa. Cudowne koncepcje, gdy znęca się nad istotą żyjącą, tylko dlatego, że ona jest słabsza i tylko dlatego, że można.

Przebaczenie, całun, za którym upycha się poszarpane życie. Filozofowie będą zachwyceni, że można tyle mówić o pięknym słowie i dążeniu do pojednania. Ludzie-rzeczy, istoty z wysypiska, wymieceni na śmietnisko, jesteś psem, suką, mięchem, narzędziem, dupą, tym, co się należy, błędem, pomyłką, niczym – tu świat pięknych słów nie mieszka, kończy się wszystko kiedy bólu nikt nie zliczy.

Przypadek

przypadekNie lubimy przypadków. Lepiej jak nasze życie jest poukładane. Jeszcze lepiej gdy możemy wykazać logiczny ciąg wydarzeń. Tak żeby wszystko było jasne. Zaskoczenie dobre jest tylko na chwilę, przypadek najlepiej, żeby dało się wyjaśnić.

Z przypadkiem walczymy na wiele sposobów. Bóg – atrapa numer jeden – wyjaśnienie wszelkich tajemnic. Ludzie wierzący uwielbiają rozprawiać o bogu jako o bycie, który nad wszystkim czuwa i wszystkim steruje „Bóg tak chciał” i robi się bezpiecznie. Nawet jeżeli to rak lub śmiertelny wypadek na autostradzie to stwierdzenie, że za tym stoi wola boga koi. Od razu można się domyślać czegoś więcej. Od razu można mówić o zadaniu jakie bóg powierza i jakim doświadcza. Wtedy nie chorujemy i umieramy na próżno, tylko możemy znaleźć sens. Boski sens. Swoją drogą, jest to sens koszmarny, dla wielu wierzących, bóg ich doświadcza bo ich kocha. Sadomasochistyczna relacja z najwyższym bytem jako usprawiedliwienie choroby. To ja już wolę przypadek, zwyczajną mutację, brak wyjaśnienia niż świadomość, że kosmiczny sadysta nas udoskonala zsyłając na nas cierpienie.

Przypadek można rozbroić opowiadając o losie. Taki to los ciężki, co sprawia, że chorujemy albo wydarzają nam się złe rzeczy. Tutaj bóg sadysta zostaje zastąpiony złym losem, okrutną dolą człowieka. W tej konwencji wszystko można zwalić na okoliczności. Zły los tak splata wydarzenia, że człowiek nie ma wyjścia i musi wpaść w kosmiczną pułapkę swego życia. Dla wielu jest to jednak krzepiące, gdzieś znika kwestia samoodpowiedzialności jeżeli można wszystko zepchnąć na zły los. Uff, to nie ja, to zły los i od razu lepiej. Jak nie bóg to fatum. Atrapa numer dwa działa równie skutecznie.

Atrapa numer trzy to wypieranie sprawy. Pewniacy, którzy nas przekonują, że wszystko da się wytłumaczyć, idą w zaparte, że tylko wystarczy odnaleźć wszystkie przesłanki i sprawa stanie się jasna. Detektywi codzienności ufający w siłę swojej dedukcji niczym Scherlok Holmes muszą wiedzieć wszystko i wszystko rozwikłać. Świat jako piękna i logiczna układanka, ciąg powiązanych ze sobą wydarzeń. Przypadku nie ma. Spryt rozumu podpowiada, że zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie.

Zostawiając na chwilę te atrapy, tę wielką potrzebę usprawiedliwienia tego, co nam się przydarza pozostaje sam przypadek. To przez przypadek ktoś spotyka kogoś. Żadna to tajemnica. To przez przypadek, jedni zginą w wypadku samochodowym a inni znajdą na drodze potrąconego psa. I nie ma w tym ukrytych przesłanek. Życie toczy się spokojnie dalej. Jedni z nas wykorzystają sytuację i zostaną dyrektorkom, wolontariuszem, ofiarą, buntownikiem, zwykłym tchórzem czy bohaterką, a inni niczego nie zauważą, pójdą dalej. Dopiero potem się zdziwią czytając wiadomości.

Tak naprawdę każdy i każda z nas żyje sobie cichym, zwyczajnym życiem. Wielkie chwile jak i przypadkowe momenty zmieniające nas samych wydarzają się bardzo rzadko (o ile w ogóle). Bardzo często nie ma znaczenia czy pójdziemy prawą czy lewą stroną, czy się zatrzymamy na chwilę by porozmawiać z sąsiadką, czy pobiegniemy nerwowo dalej. To wszystko nie ma znaczenia. To wszystko jest tak samo małe, codzienne i banalne. Tak naprawdę w naszej codzienności zaczynamy się bać, że nic po nas nie pozostanie, że nic się nie zmieni, że wszystko będzie tak bez-sensownie trwać, a my tak byśmy chcieli poczuć się wyjątkowi. Dlatego wolimy sięgać po atrapy, mówić o przeznaczeniu, bogu, możliwościach jakie daje nam świat, niż przyznawać rację, że tak naprawdę nic w naszym życiu się nie dzieje.

Codzienność nas boli tak samo jak zwyczajność. Nie doceniamy, że jest w tym najpiękniejsza możliwość. Zwyczajne życie, które tak zwyczajnie przemija jest nasze, tylko nasze i możemy się cieszyć każdą jego chwilą, bez żadnego oczekiwania na wielkie wydarzenia czy usprawiedliwienia tego, co nam się przydarza. Po prostu tak sobie żyjemy. I tak sobie nie doceniamy, że codzienność, ta nudna codzienność, z całą swoją przypadkowością i zwyczajnością jest piękna.

Ukradkiem

IMG_20210208_093231Halinko, Halineczko. Jeszcze tylko posprzątaj, przygotuj, jutro rano dla taty śniadanie. Jeszcze podaj, jeszcze się nie ociągaj. Jeszcze tylko przynieś. Halinko, Halineczko, tam stoi taka zmarznięta, więc przebierz, wykąp, siostrę, potem pomóc bratu odrobić lekcje, potem jeszcze podaj mi herbatę. Jeszcze trochę, nie ociągaj się, nie marudź, jak nie ty to kto, jak nie teraz to kiedy, jeszcze trochę się postaraj, przyłóż, niech nikt nie narzeka, nie cierpi, jak dasz radę to wszyscy będą zadowoleni, teraz wszystko dzięki tobie. Jeszcze obiad, kolacja, jeszcze sprzątanie, zakupy, jeszcze twoja praca, choroba jej, słabość jego, teraz ty możesz, więc musisz. Halinko, Halineczko dalej, dalej, biegnij na tramwaj, dwie przesiadki i już możesz wracać, w domu czeka wszystko, zaczęte i nie skończone. Potem jeden pogrzeb, drugi pogrzeb, będzie smutno, więc pociesz, będzie choro, więc przewijaj, masz ręce to pracuj, masz ciało to daj z siebie wszystko, masz nogi to biegnij, niech nikt nie czeka, niech nikt się nie zmarnuje. Masz głowę to pomyśl za nią, masz serce to kochaj za niego. Masz siebie to oddaj jeszcze bardziej, wszystko co pozostało. Masz uśmiech to niech się inni śmieją, masz marzenia to niech się innym spełnią, masz przyszłość to niech ją inni wezmą. Jesteś, ciągle tu jesteś. Jedno rozstanie, drugie rozstanie, dookoła czas się nie zatrzymał, więc biegnij, jeszcze szybciej, zmarszczka za zmarszczką. W pracy nie ociągaj się, nie czas na awans, nie czas na spotkanie, jeszcze zostałaś kawałki ciebie tkwią jeszcze na swoim miejscy, więc pomóż, przytnij, pozaczepiaj, namaluj, posprzątaj, ugotuj, powycieraj, nakarm, napój, nie pozwól, zaprzeczaj, pragnienia, nie twoje to pragnienia, więc się uspokój, złap oddech i biegnij. Halinka, niezła z ciebie laska, uwijaj się, rozwijaj się, pokaż, przygarnij, kochaj, zachwalaj, doceń, opiekuj się, zostań, przetrwaj, dasz radę, kochaj, poświęcaj się, zrozum, bądź cierpliwa, postaraj się, może jeszcze raz, może jeszcze bardziej się postaraj, doceń, poświęć, bo może tego za mało, a może ty jesteś niewłaściwa. Autobus za rogiem, więc złap dziecko, to, które jeszcze nie wychowałaś, dwa wspomnienia, odbierz listy, przynieś zakupy, podnieś liście z wycieraczki, odkurz, przesuń, podaj, pozmywaj, ugotuj, rozłóż, złóż, tylko nie narzekaj, tylko się uśmiechaj. Halinko, Halino, stara z ciebie baba. Nie zadbana, jak wstrętny robak, kto popatrz na takiego starego jesiotra. Więc wypadaj. Laska zawadza, kości zawadzają, wielka tłusta dupa zawadza. W jedną stronę, w drugą stronę, unosić się, przenosić się, chciałaby, jeszcze przez chwilę, ukradkiem, migawki z jej życia. Gdzieś jeszcze tam dalej, nieś, zanieś, podaj, wynieś, poproś, przeproś, postaraj się, ugotuj, podaj, przetrzyj, podetrzyj, jeszcze raz się postaraj, nie zatrzymuj. Już nic z ciebie nie zostało, więc gnaj, laska zawadza, więc pełzaj, podaj, przynieś, uśmiechnij się, podpowiedz, zapłać, daj, oddaj, napraw, zaceruj, zaklej, wynieś śmieci, przynieś zakupy, pozmywaj, pomyj, popierz, ręce ci odpadły bo jesteś stara. Stara baba. Halino, Halina, weź, nieś, oddaj, podaj, spierdalaj, daj, jesteś, gówno warta. Stara. Gruba. Drewniana laska. Włosy przerzedzone. Baba. Klepsydra. Świętej pamięci. Ksiądz pokropi. Nie zagrają organy bo odłożyła za mało. Nie ma. Cisza.

W parku

IMG_20200214_170427W parku, pomiędzy kolumnami drzew, rzędami pomników, pomiędzy krzykiem dzieci, drobnymi kroczkami i człapaniem, pomiędzy liśćmi jeszcze zwiędłymi i jeszcze nie wyrosłymi tego roku. Dwa gołębie. Dwie głowy. Dwie pary oczu. Świadkowie naszej pewności, że świat należy do nas, że rzeczywistość ma właśnie taką, naszą perspektywę. Nic nie można przekazać, gdy tak świat krzyczy, wrzeszczy, coraz mocniej wbija w powietrze niczym nie skrępowane głosy.

Na żwirowych alejkach, pomiędzy kolumnami sławy, zaznaczone wielkie wydarzenia w martwych spojrzeniach posągowych oczu. Ci ludzie mają znamię dzielności i wielkości. Ci ludzie mordowali, ale i tak są lepsi, bo mordowali dla swojej ojczyzny. Przynajmniej tutaj, pomiędzy drzewami są lepsi. Strzelali pierwsi, szybciej. Historia należy do zwycięzców.

Pomiędzy wyznaczonymi drogami, norm, zasad, spojrzeń, przekonań, jedni trzymają krzyże, inni flagi, jedni odwracają głowy, inni nakazują by patrzeć. Pojęcia unoszą się nad nami jak znaki pewności i wykrzykniki. Teraz, to właśnie, nazywamy prawdą, dobrem, pewnością, miłością, wartością. Prawa piszą ci, którzy najszybciej potrafią nas przekonać, że tak być powinno.

Na gałęzi, czasami wiszą wrogowie ludu, czasami zdrajcy, czasami gołąb przysiądzie. W świecie nie ma równowagi. Bohaterowie i wrogowie, ludzie zwyczajni i niezwykli, codzienność nie ma wysokiej ceny, ludzie nie potrafią się nudzić, wolą utyskiwać, sprzeciwiać się i poszukiwać swojej drogi. Raz po raz widać jak kolejna osoba biegnie w przeciwnym kierunku. W labiryncie rzeczywistości nie każdy jednak może się schować, nie każdemu wyznacza się miejsca, czasami po prostu się zrzuca z drogi, spycha na margines, zatrzaskuje drzwi i milczy.

W niebie, znaki widzą wieszczowie, szamani i kapłani szukają bogów. Ludzie lubią myśleć, że niebo jest dla nich, jak wszystko, także te przestrzenie. Ptaki mają być ostrożne, żeby nikt ich nie zabił, człowiek lubi sobie postrzelać, jak nie ma akurat wojny to lubi postrzelać do innych istot żyjących. Niebo nie jest miejscem spokojnym, odkąd ogłoszono, że w nim żądzą bogowie uznano, że te bóstwa dają nam patent na wyższość. Strzelać do ptaków można, bóg tak nas już stworzył, bóg łowców i kapłanów, ludzi zachłannych nieba i ziemi.

W ziemi wbite stopy. Dźwigają swoje życie, są za ważni by chodzić niezauważenie. Człowiek to brzmi dumnie, jest samozwańczym prorokiem samego siebie. Bohaterowie ustawieni na pomnikach. Każdy naród kogoś kocha i podziwia. Wąsy w dół, gęste brody, krzaczaste brwi, pewne siebie gesty, medale, ordery, zbroja, oręż, słowa i ich brak. Dookoła wrzawa, pewność, że właśnie tak, że tak się stwarza świat, rzeczywistość. Człowiek dał bogu sześć dni, sobie całą resztę, światu nic nie pozostawił. Świat mało jest ważny dla człowieka, tylko o tyle, o ile może go zdobyć, podporządkować, pouczyć, zagarnąć, przebudować.

W parku, pomiędzy kolumnami drzew, rozłożyste cienie. Człowiek zapomniał kim jest. Gołębie kiwają się smutno na gałęzi. Jeszcze nie tak dawno temu, jeszcze sto lat wstecz była tylko cisza. Jeszcze tysiąc do tyłu, nie było całej tej wrzawy, jeszcze raz wskazówka zegara w tył. To, co człowiek tak dumnie i zachłannie zniszczył, jeszcze przed chwilą tak całkiem spokojnie istniało.