Czajnik

czajnikPstryk i za parę chwil woda jest ugotowana. Biały czajnik wtapiający się idealnie w kuchnię. Lekki więc jak się w nim gotuje więcej wody nie czuć. Taki czajnik ma kilka lat pracy przed sobą. W zasadzie po dwóch, trzech zaczyna się robić jakiś taki ciężki, wolny, mamy wrażenie, że jest w tej kuchni za długo. Na promocji można kupić prawie taki sam ale ma różne warianty kolorystyczne, a nam znudziła się już biel. Może przełamać ją czerwienią?

Czajnik prababci zgubił się już dawno. Ciężki, żeliwny czajnik z elegancko wygiętą rączką i wąskim dzióbkiem. Gdy na kuchni stawiała go prababcia wiadomo było, że zaraz zrobi herbatę. Szara godzina późnym popołudniem, gdzie wkradał się zmrok i można było porozmawiać o wszystkim. Ciężki czajnik zagubiony świadek dawnych rozmów. Zapach darjeelinga i konfitury z wiśni.

Co dzień nasze mieszkania i nasze domu zużywają energię: na gotowanie, pieczenie, na oświetlanie pomieszczeń, dla funkcjonowania wielu urządzeń, którymi jesteśmy otoczeni. Nawet już nie liczymy ile mamy wtyczek w kontakcie. Ile przedmiotów, które co jakiś czas musimy doładować, ile gadżetów dookoła nas. Jestem głodna; pstryk – włączam mikrofalówkę lub płytę grzewczą, jestem spragniony; pstryk – włączam czajnik, jestem ciekawa co na świecie; pstryk – włączam interent, jestem znudzony; pstryk – włączam czytnik. Robi się ciemno, zimno, pstryk – automatycznie sięgamy po właściwy przycisk.

Czajnik prababci zgubił się dawno. Jak życie bez pośpiechu, w innym rytmie, poprzecinane wojnami i ciągłą niepewnością. Pucowany co tydzień i naprawiany przez garncarza tak by służył przez lata. Pod koniec swojego żywota był już jakiś taki mizerny, widać było po rączce, że naprawiana była przynajmniej trzy razy. Ale ciągle działał, postawiony na płycie bulgotał krzepko gotującą się wodą. Dopiero po wojnie gdzieś zniknął. Tak jakby nagle coś się zmieniło, zaczarowało. Jak stary włóczęga, które całe lata przesiadywał na ulicy obok warzywniaka i pewnego dnia po prostu nie przyszedł na swoje miejsce.

Bulgoczący wodą, już, już można robić herbatę. Tylko, że telefon przerwał nam cały proces, rozmowa trwałą za długo, więc jeszcze raz gotujemy. Niedojedzone resztki przesegregujemy jak wszystkie inne śmieci. Nawet się nie zastanawiamy, ręka sama wie gdzie co wyrzucić. Lampka w przedpokoju niech świeci się nocą. Dzieci się boją, dorośli muszą mieć nastrój. Dodatkowa komórka, jeszcze jeden laptop, tym razem lżejszy, można zabrać go wszędzie do pracy. Jeszcze jedna bluzka, na wiosnę dobrze jest odświeżyć swoją garderobę. Kilka fotek na instagrama, żeby pokazać znajomym nasze nowe, odświeżone ja. Przy okazji wymieni się parę rzeczy, komórka też już straszy starością zeszłego sezonu.

Czajnik prababci dopełniał całości. Tamten świat dopiero się rozpędzał. Można było jeszcze pozostawać nieco w tyle, można było jeszcze nie widzieć i nie odczuwać dokąd to wszystko zmierza. Stary czajnik długie lata stał jak trwały element herbaty popołudniowej, porannej kawy i wieczornego zmęczenia. Tamten świat dopiero kształtował naszą codzienność. Jeszcze w dawnym trybie zawieszony rytm codzienności pozwalał na niekończące się rytuały, przesiadywanie przy stole i uważność wobec przedmiotów codziennych. Można było je przechowywać, naprawiać, gromadzić i dbać o nie, polerować i czyścić. Długie lata miały sens, ten sam czajnik, te same nawyki, ta sama praca. Czajnik był jak strażnik pory dnia, kolejnego etapu, do którego się przechodziło.

Przejadamy nasz świat. Coraz zachłanniej, coraz wygodniej. Mamy wmontowane w nasze myślenie posiadanie i kupowanie. Mamy wbudowane w nasze życie gadżety, przedmioty i narzędzia, które pozwalają nam na szybkie i łatwe działanie, które kiedyś ludziom zajmowały całe godziny, tygodnie czy lata. Przepisanie całej strony by zmienić jedno słowo, czy dopisać zdanie to był mozół pracy dla nas całkowicie nie znanej. Backspace załatwia sprawę i nawet się nie zastanawiamy, co tak naprawdę uzyskaliśmy dzięki naszej elektronicznej rzeczywistości.

Nie zauważamy już wielu przedmiotów użytku codziennego. Nie zastanawiamy się co nas otacza. Korzystamy ze świata tak jakby to było naturalne, jakby się nam to od zawsze należało. Nie liczymy ile zużyliśmy prądu, nie myślimy ile produkujemy śmieci i czy bardzo będą one toksyczne, nie kalkulujemy czy nasze działania wpływają na ekosystem. Światło ma być tak samo jak zrobiona ekspresowo herbata. Nie interesuje nas świat który przejadamy, zużywamy i niszczymy tylko dla naszej wygody. Nie interesują nas konsekwencje naszego postępowania tak jakby ziemia miała niekończące się zasoby i cudowną moc regeneracji.  Liczy się tylko, żeby było wygodnie i tanio.

Tymczasem kończy się okres naszej wygody. Kończą się zasoby naturalne nieodnawialne, a te, które mogą się odnawiać przez ciągłą eksploatację już nie nadążają z regeneracją. Kończy się wytrzymałość klimatu na ciągłe trucie i zanieczyszczenia. Kończy się żywotność świata. Traktujemy ziemię jak przedmiot, jak stary czajnik, który można wymienić na lepszy, nowszy model, bardziej wydajny. Traktujemy nasz glob jak bankomat z którego można bez końca wyciągać dobra i nie zastanawiać się co zostanie po nas. Tymczasem kończ się okres naszej beztroski, tylko, że my nie chcemy tego zauważyć. Nie chcemy wziąć na siebie odpowiedzialności. Nie chcemy zwolnić. Przecież nic się nie stanie jak kupimy sobie coś nowego. Komórka po roku jest już dla nas tak nudna i nie działają na niej najnowsze aplikacje. A to, że nasz zakup spowoduje namnażanie się odpadów toksycznych tego już nie widzimy. I nie chcemy widzieć. Z odpadami niech radzą sobie inni. Nam się przecież należy. Jak coś jest niemodne to aż samo się prosi, żeby je wymienić. Prawda?

Wiosna

wiosnaW tym roku wiosna zakradła się prawie niezauważalnie. Zima ciepła i bez śniegu prawie nie pojawiła się w naszej świadomości. Śnieg pozostał na pocztówkach i w starych filmach. Wiosna nie miała swego spektakularnego momentu. Tak jakby nic się nie stało. Po prostu zrobiło się cieplej. Dwa samotne koty biegały tylko po ogrodzie sąsiadów.

W tym roku wiosna przyniosła dziwne myśli. Za nami kolejny rok praktycznie bez zimy. Przed nami kolejne lato. Wiosna to tradycyjnie czas odnowy, nadziei. Wraz z każdym kolejnym ciepłym dniem rozkwita coś nowego. Tylko, że w naszym świecie kwitnie wszystko na okrągło. Współczesny człowiek nie znosi stagnacji, nie toleruje oszczędności czy bezruchu. Cały czas ma być coś nowego i lepszego: zakupy, towary, praca, znajomi. Nieustająca karuzela rzeczywistości dająca nam coraz więcej i więcej. Wiosna straciła swoją magię, straciła siłę nowych możliwości.

W tym roku wiosna pojawiła się wraz z chorobą. Epidemia, pandemia. Człowiek zachodu oduczył się życia w zagrożeniu. Nie wiemy jak się zachować. Jesteśmy przerażeni. Śmierć i cierpienie miały bezpowrotnie zniknąć. Co to? Nowe średniowiecze? Przyzwyczajony do dobrobytu i socjalnego wsparcia człowiek nie może opanować zdziwienia. Przecież postęp, nauka i technologia miały nas zabezpieczyć na wszelkie sposoby. Epidemia tak jak wojna nie może wydarzać się u nas. To nieporozumienie.

W tym roku wiosna przyszła z niepokojem. Izolacja to jedno, kwarantanna, rozmowy online, ale zakazy to już całkiem co innego. W naszym spokojnym i bezpiecznym świecie nie potrzebujemy ograniczeń, nie możemy znieść faktu, że czegoś nam nie wolno. Nie możemy uwierzyć, że jeszcze nad tym wirusem nie panujemy. Słońce wyciągnęło dużo ludzi na spacer, tak jakby epidemia nie mogła w nich uderzyć, tak jakby wirus nie był ich problemem.

W tym roku wiosna pokazała nam nasze zdziwienie. Dużo osób jest w szoku. Wojny przecież toczył dziki świat. Choroby, śmiertelne choroby, to przecież znak trzeciego świata. Uleganie chorobie to przecież symbol minionej rzeczywistości. Miało być tak nowocześnie, sprawnie, gładko, bezproblemowo. Świat miał być dla nas.

W tym roku wiosna jest cicha. Ptaków jest coraz mniej. Coraz mniej jest czasu. Matka Gaja jest coraz bardziej zmęczona. Nami. Ludźmi, którzy nie potrafią zrozumieć co robią.

W tym roku. Pączki już pojawiły się na drzewach. Wiosna to zawsze nowe możliwości, tylko czy potrafimy je wykorzystać?

Czarownica

CzarownicaCzarownice, wszetecznice, heretyczki, buntowniczki. Stare baby, złe teściowe, plastikowe blondynki, babochłopy, łatwe, towar, dupy, niedostępne, oziębłe, ryczące czterdziestki, suki, karierowiczki, matki polki, mateczki, walczące feministki, egoistki. Młode czyli głupie, dojrzałe czyli nieatrakcyjne, stare czyli sfrustrowane. Tylko kobiet nie ma. Kobiet nie ma w rzeczywistości jaka nas otacza. Kobiet nie ma w polityce, na stanowiskach kierowniczych, w życiu społecznym. Kobieta jako taka nie występuje. Zawsze z jakimś stereotypem w tle; chociażby: wojowniczki, albo feministki, czy niespełnionej wariatki, marzącej o inny życiu pracoholiczki. Nie ma kobiet. Od razu musi pojawić się sto innych określeń, deprecjonujących i pokazujących, że kobieta spełniona to jednorożec.

We współczesnym świecie gdzie zdawać by się mogło feministki nie mają nic już do zrobienia – przecież mamy prawa wyborcze, możemy pracować, uczyć się i zarabiać – kobieta ciągle nie istnieje. Zwłaszcza w Polsce króluje model tradycyjny matki-żony, oczywiście musi być żoną mężczyzny (lesbijki, biseksualistki, transseksualistki nie ma tym bardziej). I chociaż kobiety widać i w sejmie, w rządzie, na uczelni, na wielu odpowiedzialnych stanowiskach, i chociaż kobiety uzyskują niezależność finansową, ciągle jeszcze ich nie ma. Singielka z ułożonym grafikiem w pracy, realizująca się zawodowo ciągle może usłyszeć pytanie o dzieci i męża (nie chce? Nie możliwe, musi chcieć, na pewno chce!). Z kolei matka z piątką dzieci doczeka się pogardliwego spojrzenia, że tyle ich urodziła (nie wie co to planowanie rodziny? Leci na 500+).Naukowczyni może wpaść na szklane sufity stereotypów, stopień magistra, doktora jeszcze przychodzi jej stosunkowo łatwo, ale przy habilitacji czy profesurze nie mówiąc o zajmowanych stanowiskach na uczelni, zaczynają się dziwne komentarze i zachowania. Swoją drogą dziekanek i rektorek jakoś dużo w Polsce nie ma. Tak samo w polityce, kandydatki rzadko dostają jedynki na listach wyborczych, mało jest też kobiet w rządzie. Najlepiej żeby siedziały w ławach poselskich i budowały wizerunek. Niby nie ma uprzedzeń, ale i tak chętniej oddamy głos na polityka. Niby mamy równość, ale wolimy robić interesy z mężczyznami.

To nie ujęte w statystykach, przemilczane w badaniach stereotypy i techniki męskiej dominacji. Już nie tak jawne, nie tak oczywiste ale jednak ciągle ponawiane próby deprecjacji. Gdy mężczyzna zajmuje ważne stanowisko w firmie, na uczelni, w polityce znacznie rzadziej mówi się o jego urodzie czy guście, garnituru Donalda Tuska ani Jarosława Kaczyńskiego się nie komentuje. Najwięcej memów drwiących z urody i seksualności doczekała się za to Angela Merkel. Najczęściej z drwiną. Twarda baba, a nie sprawna polityczka.

Feminatywy denerwują, chociaż to tak naprawdę tradycja języka polskiego. W okresie międzywojennym nikt na doktorę nie powiedziałby pani doktor. A jednak współcześnie nawet tęgie głowy językoznawstwa i poprawnej polszczyzny wyśmiewają żeńskie końcówki. Filozofka brzmi nie poważnie, panowie kręcą głowami z niesmakiem, to takie infantylne, nie męskie, nie naukowe. Filozof, naukowiec, matematyk, ale filozofka, naukowczyni, matematyczka obraża uczucia miłośników języka. Jakoś idąca za tym deprecjacja kobiety już nie obraża pseudo-tradycjonalistów języka. Tylko ateistkę można darować, wiadomo, jak ktoś nie wierzy w boga to jest złym człowiekiem, więc ateistka brzmi dobrze. Czarownica. Zła kobieta.

Czarownice, wszetecznice, heretyczki, buntowniczki. Tylko nie kobiety. Szalona feministka, walcząca feministka, to ta kobieta która upomina się o realizowanie równouprawnienia. Wedle konstytucji pracodawca nie może robić różnicy płac, tymczasem kobiety ciągle bardzo często zarabiają mniej niż mężczyźni (na tym samym stanowisku, z tym samym stażem pracy, z tym samym doświadczeniem, mimo to, kobiecie ewidentnie przeszkadzają jajniki by uzyskać to samo wynagrodzenie). Kociara, psiara, nawiedzona weganka protestująca przeciwko szlachetnemu i tradycyjnemu sportowi jakim jest myślistwo. Pakiet zła i nieporozumień uruchamia się wraz ze stereotypem pierwotnej i animistycznej natury kobiety. Sama jest zwierzęca więc walczy o prawa zwierząt. Cywilizowany (a głównie tradycyjnie myślący) mężczyzna nie może zrozumieć co rozhisteryzowana wariatka ma przeciwko polowaniom (mężczyzna walczący o prawa zwierząt dla tradycjonalistów jest niemęski).

Paradoksy kobiecości, wyzwolonej kobiety. Nikt jej dzisiaj niby nie ocenia, zna swą seksualność, ma możliwości realizowania się na wielu polach, może domagać się od życia i od swojego otoczenia równego traktowania. Ale kobieta Don Juan brzmi niepoważnie, ciągle w sferze seksualnej może okazać się, że jest łatwa. Paradoks kobiecości często wiążą się z ciałem. Piękna kobieta budzi wątpliwości, pewnie karierę robi przez łóżko, łatwiej jej bo jest ładna. Brzydka kobieta budzi litość, dlatego robi karierę bo nikt jej nie chce. Koncentracja na ciele a nie na kompetencjach powraca jak mantra. Dobrze ubrana, przesadnie dba o siebie, źle ubrana doczeka się zarzutu, że nie dba o siebie wcale. W zalewie tych etykietek ani słowa czy jest zdolna i mądra. Ważniejsze jest ciągle jak wygląda.

Córka, żona, matka, nawet kwestia nazwiska pozostaje ciągle zawłaszczona. Wprawdzie coraz więcej kobiet zostaje przy swoim nazwisku wychodząc za mąż, coraz więcej par decyduje się na połączenie swoich nazwisk tak by żadne nie traciło swego pierwszego. Ciągle jednak tradycjonaliści unoszą zdumioną brew. Paradoks bycia kobietą współczesną, niby można już robić wszystko, nie ma męskich zamkniętych zawodów, sfer działalności, dominacji. Tylko, że ciągle kobiety nie ma, jest marginalizowana.

Równouprawnienia często też źle są rozumiane. Od kobiet wchodzących w zawody wcześniej zarezerwowane dla mężczyzn oczekuje się męskich zachowań. Jeżeli tylko kobieta próbuje zachowywać się inaczej słyszy, że jest nieprofesjonalna, że jest za miękka, za delikatna, za słaba (i to niezależnie od tego co i jak robi, wystarczy, że postępuje po prostu inaczej niż mężczyzna). Dla wielu równouprawnienie oznacza, że to kobieta ma ponosić odpowiedzialność i koszty swojego rozwoju. A zatem to tylko kobieta staje przed konfliktem życia prywatnego i zawodowego. Mężczyzna nigdy. Pytanie czy jestem dobrym ojcem robiąc karierę nie pada. Natomiast kobieta będzie się zadręczać w nieskończoność, że nie poświęca dziecku tyle czasu ile powinna. Nieustające napięcie kariera czy dziecko jest narzucone tylko kobiecie.

We współczesnym świecie niby wszystko jest oczywiste, niby kobiety mogą, mają możliwości, niby to one decydują. Podskórnie, gdzieś w ukryciu kulturowych stereotypów, ciągle toczy się walka. Ciągle to kobieta musi udowodnić, że jest człowiekiem.

8 marca – życzenia

8 marca życzeniaZ okazji święta kobiet małe życzenia, dla wszystkich bez wyjątku, dla Pań i Panów:

  1. Życzę Państwu koniec z patriarchalną elegancją. Panowie niech nie całują Panie w rękę, nie trzeba, to zbędna wymiana wątpliwych czułości. Jak Panie będą chciały być całowane to o tym Panom powiedzą.
  2. Życzę Państwu koniec z pustymi gestami. Niech Panowie nie przynoszą Panią kwiatów. Kwiaty niech pozostaną na łące, jak bardzo Panowie chcą wydać pieniądze to można wesprzeć Centrum Praw Kobiet czy inną organizację wspierającą potrzebujących i potrzebujące istoty.
  3. Życzę Państwu dużo szczęścia. Niech agresja i fizyczna, i psychiczna nie będzie naszym problemem. Ani kobieta ani mężczyzna nie jest rzeczą. Nie wolno człowieka bić, podnosić ręki na Drugiego. Przemoc niech pozostanie hańbą przeszłości. Dom ma być dla nas azylem nie więzieniem.
  4. Życzę Państwu zrozumienia. Nie znaczy NIE i nic więcej. Jak kobieta mówi, że nie chce, nie potrzebuje to nie jest to pokraczna forma przyzwolenia. Ona wie kiedy chce seksu, czy czułości. NIE znaczy NIE i nic więcej.
  5. Życzę Państwu spokoju. Tajemnica uwodzenia dobra jest w lekturze z XIX wieku. Współcześnie każdy z nas/każda z nas ma prawo wiedzieć jakie są intencje drugiego człowieka. Każdy z nas/ każda z nas ma prawo powiedzieć wprost jakie są jej/jego potrzeby.
  6. Życzę Państwu dużo szacunku. Seksistowskie kawały nie są śmieszne, one po prostu są ZŁE, niszczą godność kobiety, wyśmiewają to, co naturalne: starość, otyłość, bycie w roli matki, żony czy teściowej. Seksitstowskie kawały są upokarzaniem i niczym więcej.
  7. Życzę Państwu równowagi. Płaca kobiety nie może być niższa od zarobków mężczyzny. Ani jajniki, ani pochwa, ani hormony nie zmieniają jej w gorszy sort pracownika.
  8. Życzę Państwu pewności siebie. Dlatego zostawmy za sobą przyzwyczajenie do protekcjonalne zachowania względem kobiety. Jeżeli jest dyrektorką to nie jest Panią Kasią, jeżeli jest profesorką to nie jest Panią Jolusią. Mężczyzną nie odbieramy ich tytułów, do nich mówimy z szacunkiem, kobietom ten sam szacunek jest też tak samo należny.
  9. Życzę Państwu by pozostali Państwo sobą. Jak jest dyrektor tak jest dyrektorka, jak jest minister tak jest ministra. Feminatywy nie są nowomową. To szacunek dla osoby wykonującej dany zawód czy będącej w danej funkcji. To, że ministry pojawiły się nie dawno w naszej historii nie oznacza, że zatracił jako ludzie, jako kobiety swoją tożsamość.
  10. Życzę Państwu bycia na luzie. Tego, żeby kobiety nie musiały na każdym kroku udowadniać, że są dobre w tym, co robią, żeby nie musiały tłumaczyć się z tego, co chcą, żeby nie musiały bezustannie zabiegać o uznanie.
  11. Życzę Państwu spełnienia, żeby Państwo mogli robić to, na co mają ochotę, realizować się tak jak Państwo chcą, a nie żeby mówiono i myślano za Państwa: teraz masz założyć rodzinę, urodzić dzieci, spełniać się w macierzyństwie.
  12. Życzę Państwu przetrwania. W codziennym zmaganiu się z ukrytym szowinizmem, ze stereotypami, z przemocą, z traumą.
  13. Życzę Państwu żeby kobieta przestała oznaczać słabą istotę, infantylną kobietkę, nic nieznaczący cień mężczyzny, żałosną feministkę, babochłopa, wiedźmę, wrednego babsztyla, szmatę, ruchadło, łatwą sukę, tępą p…, k…

Szacunek, drodzy Państwo szacunek dla każdego.

Sens ?!

sensSens, koniecznie musi być sens. Sens życia – nauczyliśmy się sądzić, że życie koniecznie musi mieć znaczenia. Zaczarowanie rzeczywistości.

Sens nie jest nam potrzebny. Ważne jest samo życie. Zadziwiające, w różnorodnych formach, niesamowite w swoim przypadku i w tym wyjątkowym fakcie, że się wydarza. Tu i teraz wystarczająco jest fascynujące. Piąta rano, słońce zimą jeszcze nie wzeszło. Przyjemna ciemność koi oczy, ze śniegu wydobywają się kontury drzew. Jesienny chłód i zapach mokrych liści na drodze, jeszcze przed chwilą złotem, teraz pokryte brązowym nalotem. Smak kawy. Mruczenie kota. Pies który szczeka jakby właśnie cały świat się zatrzymał. W piskliwym głosie nuta rozpaczy. To wszystko nie potrzebuje naszej obsesji usensownienia. Tak jak jeż biegnący pod drzewami. Po prostu biega, jest jeżem, tak samo ręka trzymająca filiżankę z kawą, ręka wyciągnięta na przywitanie, ręka wyciągnięta w geście błagalnym, ręka wyciągnięta po pieniądze. Jest. Tylko jest.

Nadając sens wydaje nam się, że wreszcie osiągnęliśmy pełnie. Wiem po co i jestem zadowolona? Problem w tym, że w ten sposób zaczynamy wartościować i siebie, i inne istoty żyjące ludzkie, i pozaludzkie. Nie napisał doktoratu, nie dobrze, źle, porażka, przecież miał się rozwijać, iść do przodu. Nie wyszła za mąż, nie ma dzieci, fatalnie, nie ma sensu w jej życiu, takie jest puste i samotne. Zrezygnował z pracy, teraz siedzi na śmieciowych umowach, kompletnie bez sensu, tak dobrze zarabiał, teraz nie dba już tak o siebie, marnuje potencjał. Biega do siłowni, ależ dobrze, dba o siebie, szkoda tylko, że książek nie czyta. Adoptował psa, wspaniale, widać, że to dobry człowiek, tylko dlaczego kotów nie przygarnął. Jest sens działania – są wartości. Skrupulatnie odmierzamy, jakby była jakaś miara, jakby życie dało się podzielić na wartościowe-niewartościowe, warte przeżycia-niewarte przeżycia. Niczym z linijką w ręku odmierzamy. Uzurpując sobie tym samym prawo do wiedzy, że wiemy jak ma być, jak ma wyglądać i życie i śmierć.

Tymczasem życie się toczy nie czekając aż je usensownimy. Pogoń za znaczeniami i wartościami odciąga nas czasami całkowicie od rzeczywistości. Zamknięci w kontemplacji tego, co nie istniejące możemy nie zauważyć tego, co się dzieje. Piękne opowieści o wartościach, po prostu są piękne. Ale jak wiele bajek, dają nam tylko historie jakie chcielibyśmy przeżyć, lub jakich bardzo się boimy. Katharsis dramaturgii, oczyszczenie jakie przychodzi wraz z opowieściami o pięknie, dobru, prawdzie i sensie. Tymczasem życie po prostu jest. Przypadkowe, tocz się swoim rytmem.

Przygodność, przypadek, jest. Życie po prostu jest. Jak ja, ty, nasza sympatia i antypatia. Dlaczego? Po co? To siedzi w naszej głowie. Nie ma znaczenia. Są tylko przypadkowe sploty, zdarzenia, które próbujemy kontrolować na siłę, starania by coś zrobić i słowa, które mają nadać treści ponad tym, co jest. Tymczasem życie toczy się nadal. Bez żadnego sensu, bez żadnej wartości. Przypadek się rodzimy i umieramy. Tyle. Kropka. Nie potrzebna do tego metafizyka. Po prostu, bez żadnej treści, kot siedzący w plamie słońca i spokojnie myjący łapkę.

Zegar

zegarOdmierza czas. Nauczyliśmy się żyć w jego rytmie. Nie mamy już poranka tylko punktualnie o 8 rano zaczynamy pracę. Nie mamy już południa tylko punktualnie o 12 możemy wyjść na kawę. Czas został uporządkowany. W starych zegarach wskazówki miarowo przesuwały minuta po minucie nasz czas.

W każdym domu jest zegar. Stoi na komodzie, biurku czy wisi na ścianie. W każdym domu wyznacza bieg czasu, porządkuje nasze zadania i może porządkować nas samych. W bezładzie porozrzucane kartki na biurku, czy naczynia w kuchni w pewnym momencie zaczniemy porządkować. Zegar nam pokaże. Już czas odpocząć, już czas skończyć obiad, już czas podać kolację. Już czas. Dłużej nie będziemy odpoczywać, pracować, spacerować, plątać się po domu. Już czas by przejść do następnej czynności. Już czas przebrać się, umyć, już czas ubrać się i wyjść, już czas zapomnieć starą kłótnię, już czas wybaczyć, już czas rozgniewać się, już czas umrzeć.

Czasami zegary są z historią. Złoty zegarek babci. Nosiła go całe życie i co rano nakręcała starannie śpiesząc się do pracy, nerwowo zerkając na dzieci, czy są już gotowe do szkoły. Teraz leży jak relikwia starannie zapakowany w szufladzie. Obok jedwabne chusteczki i dwie obrączki. Rzeczy mówią do siebie, opowiadają nam swoje historie. Szklane wieczko na pudełku po zegarku. Pudełeczko jest stare, kiedyś pewnie było pozłacane. Teraz nie pozostało na nim nic oprócz obrazka na szklanym wieczku – odmalowaną czarodziejską górą. Zegarek zginął, choć pewnie był piękny i zachwycał jako prezent. W domu pozostał ślad i nieobecność. Zegary nieistniejące.

Zegarek na rękę tak jak zegarek w komórce uwięził nas w czasie, dał nam prywatne poczucie czasowości. Pełna kontrola i punktualność naszych kroków, myśli i postępowania. Na wszystko jest odpowiednia pora. Jest czas narodzin, miłości, nienawiści i śmierci. Zegarek na ręku eliminuje bezczas. Nie-miejsce i nie-czas gdy nagle wszystko znika. Nie-pora. Tylko, że życie lubi nas zaskakiwać, wpraszać się w nie-porę, jak kot który nagle pojawi się w naszym życiu. Znajda podrzutek, małe kocię, którym nikt oprócz nas się nie zajmie. Chcemy-nie chcemy kociak siedzi już na naszych kolanach i domaga się miłości. Nie jest na czasie i jest nie w czas. Ale nie mamy wyjścia już nas znajda wzięła w posiadanie.

Nie-czas jak nie-miejsca, to wyłom w naszym uporządkowanym życiu, zerwanie uderzeń zegara. Czas się rozmywa, przestaje istnieć. Uporządkowane życie się zmienia. możemy wówczas czuć się zaniepokojeni. Przecież miało być inaczej, mieliśmy już dawno siedzieć w samochodzie i jechać do pracy a tu staruszka sąsiadka opowiada, że znów bardzo bolało ją w nocy. Ma takie smutne oczy. Jest sama. Odejść tak nagle i nic nie powiedzieć to wcisnąć ją jeszcze głębiej w jej samotność. Rozmawiać z nią dłużej. Tylko jak? Jesteśmy nie w czasie i nie w miejscu. Biegniemy dalej. Samotność rozciąga się poza naszymi czasowymi miarami. Dopada nas bez żadnej zapowiedzi i przygotowania. Dom pełen rodziny i przyjaciół nagle pustoszeje. Kto ostatni umiera ten się najdłużej zatrzymuje w tym trwaniu poza czasem.

Czas zniesiony, zakwestionowany, czas rozbity. Miłość która wierzy, że będzie wieczna. Chwila tak długa, że wypada poza tykanie zegara, poza skrupulatnie naliczane minuty. Można tak iść i iść trzymając się za ręce. Nie ma czasu i nie ma miejsca. Czasami tylko ludzie patrzą podejrzliwie, niepokoi ich zwłaszcza stara miłość. Miłość której nic już nie czeka.

Czas utracony. Ten tu i teraz czas odbieramy sobie wiarą, że ciągle jeszcze mamy przyszłość, w przyszłości lokując marzenia, życie wieczne. Religie skrupulatnie wymieniają nam formy życia po życiu, piętra nieba i piekła. Każda religia po kawałeczku zabiera nam teraźniejszość namawiając do nieuważności wobec czasu i zachęcając by się nie przejmować teraźniejszością. Liczy się tylko przyszłość i bóstwo które na nas czeka. Zaświaty to nasz czas utracony: tu i teraz.

Czas odzyskany. Bolesna świadomość, że jeszcze jest tyle do zrobienia. Fakt, że nie zdążę. Fakt, że jest tego dnia i tej nocy za mało. Fakt, że jeszcze tu jestem. Czas odzyskany w każdym zamkniętym projekcie, dobrze zrobionym działaniu, wychowanym dziecku, spełnionej obietnic, namalowanym obrazie, napisanej książce, wymytej podłodze, uratowanym psie czy kocie, w spełnionej przyjaźni, zamkniętej opowieści. Nie doceniamy czasu, nie doceniamy tego, że się kończy. Nie doceniamy, że to my możemy poprowadzić nasze opowieści, nadać im koniec.

Czas odmierzany. Zegarek cały czas dookoła godzina po godzinie nakłada na nas kolejne chwile.

Drzwi

drzwiDrewniane, z ciężką klamką i kołatką. Stalowe, metalowe pachnące nowoczesnością, w jasnym wnętrzu, w świecie nowoczesności. Dwuskrzydłowe, szeroko otwierające, gościnna gwarantowana, każdy przejdzie. Antywłamaniowe są jak napis na furtce ogrodowej „zły pies” i nie chcą wpuszczać nikogo. Akustyczne mają zniwelować dźwięki z zewnątrz. Drzwi do domu, mieszkania, pokoju, ozdobne i proste z historią i pachnące jeszcze nowością.

Żyją dialektyką. Drzwi dzielą i łączą. Szeroko otwarte są jak oczy wpatrujące się w przestrzeń, prowadzące do tego, co przed nami. Szczelnie zamknięte są jak spokój, tutaj nikt nie wejdzie, domostwo zostaje obronione. Stoją na granicy, odzwierciedlają wnętrze domu i odbijają zewnętrzny świat. Jest w nich chłód poranku i ciepło domu. Odbijają nerwowe pukanie, wygłuszają szczekanie psa sąsiada, nie przepuszczają na zewnątrz miauczenia kota. Drzwi są tu i tam równocześnie. Nie miejsce i miejsce najważniejsze w domu.

Nie wolno witać się w drzwiach, przesądni będą uciekać w głąb korytarza byleby tylko ręka nie spotkała ręki w przejściu. Dlaczego? Przesądy nie są racjonalne, nie dają się też prosto uzasadnić. Po prostu nagle ludzie zaczynają wierzyć, że jak podadzą sobie ręce w drzwiach złe licho może przemknąć się w ich geście. A tak wystarczy się cofnąć, wpuścić gościa do domu i już niebezpieczeństwo zostaje zażegnane. Taka ułomność naszych myśli. Wiadomo demony i wiedźmy boją się żelaza, więc nad drzwiami umieszczona podkowa przynosi szczęście i odpycha złe moce. Framugi pomalowane na biało tak samo odstraszą złe moce, zachęcać będą te dobre do nawiedzenia domu.

Żyją naszym życiem. Drzwi uczestniczą w naszych rytuałach i w naszej codzienności. Małżonkowie wchodzący po raz pierwszy do wspólnego domu. W szarmanckim geście posiadania pan młody wnosił zgodnie z tradycją, niczym element ekwipunku, swoją właśnie poślubioną żonę do domu. Gest patriarchatu, wiadomo kto rządzi i czyje jest miejsce. Mężczyzna posiadający. Zwyczaj się zmienił, wchodzą teraz razem i biorą w posiadanie wspólnie ich dom – drzwi otwierające na to, co nowe. Wynoszenie trumny, trzy razy stukanie na progu. Zmarły się żegna z domem w którym żył i umarł. Życia już nie ma. Do tego codzienna rutyna otwierania i zamykania drzwi. Nasze życie przechodzi przez nie miliony razy. Nawet nie zauważamy jak przechodzi obok nas, nawet nie czujemy klamki w dłoni. Po prostu otwieramy – zamykamy. Dialektyka codzienności, powitań, pożegnań, wymykania się z domu o poranku by nie obudzić reszty domowników, powrót i oczekiwanie. Kot przed drzwiami, już wie, że to nasza pora powrotu z pracy. Pies nerwowo tuptający, już wie, że zaraz tu będziemy.

Czasami dookoła naszego domu krążą wspomnienia. Drzwi są łącznikiem. Jakby się świat nie zmieniał, jak bardzo byśmy nie różnili się od naszych zmarłych, przeszłych pokoleń, poprzedników – łączy nas jedno, tak samo zamykamy i otwieramy. Życie mijające w drzwiach. Odmierzające każdym skrzypnięciem, każdym otwarciem kolejne godziny, kolejnego życia. Przemijamy wchodząc i wychodząc w pośpiechu załatwiając swoje sprawy. Odchodzimy coraz dalej od czasu naszego dzieciństwa, od naszego rodzinnego domu, od pierwszych drzwi, które otwieraliśmy razem z rodzicami, z ukochaną/ukochanym, z naszymi dziećmi, z naszymi marzeniami. Otwieramy, coraz szerzej otwieramy nasze drzwi. Na progu czeka nasza przyszłość. Wykorzystane i te niezauważone szanse. Zamykamy nasz dom, zamykamy się. Stary człowiek, który przestaje interesować się światem. Drzwi zamknięte.