Śmiertelność

śmiertelność 2Istnieje takie dziwne przekonanie, że gdy człowiek umiera, zwraca się do boga. Oczywiście jest to przekonanie ludzi wierzących, ateistki i ateiści mogą tylko się zapytać dlaczego mają się zwracać do czegoś czego nie ma? Zawsze jednak zastanawiało mnie bardzo dlaczego niby przed śmiercią mam poczuć „potrzebę nawrócenia?”. W niemal każdej religii straszą mnie piekłem, wymyślnymi karami za to tylko, że mam ciało, że to ciało daje mi przyjemność. Jak popatrzeć na listę wykroczeń to jest ona iście kuriozalna, nie wiedzieć dlaczego, miłościwy bóg w wersji wielu wyznań, nie pozwala ludziom na spożywane wszystkich dostępnym im pokarmów, bardzo często ingeruje w ludzki wygląd i co najważniejsze niezwykle zainteresowany jest seksem. Świat miłości jest tabu, seks jest czymś złym, grzesznym i odrażającym, i nawet samo myślenie o seksie może prowadzić do boskiego gniewu. Zatem dlaczego miałabym się w godzinie śmierci nawracać i zacząć wierzyć w coś co chciało mi zabrać przyjemność z jedzenia, ubierania się, bycia sobą, czy tego, co najważniejsze: miłości?!

śmiertelność 115 grudnia 2011 roku zmarł Christopher Hitchens, myśliciel, pisarz, publicysta, jeden z ważniejszych filozofów nowego ateizmu. Jego śmierć była trudna, poprzedzona chorobą nowotworową, która w pewnym momencie zabrała mu to, co najbardziej kochał: mówienie, wykładanie, rozmowę. Nowotwór dotknął go bardzo, zwłaszcza, że umierając miał świadomość, że zostawia rodzinę, dzieci, tyle jeszcze spraw do zrobienia. „Śmiertelność” to książka/zapiski z jego umierania. Ateista, świadomy śmiertelności, przygląda się wnikliwie, co się z nim dzieje w godzinę śmierci.

„Śmiertelność” to książka wielka, pokazuje chorobę, próbę zachowania godności, gdy jest się już tylko chorującym ciałem i co najważniejsze, pokazuje jak można być sobą do końca. Książka Hitchensa jest przewodnikiem po umieraniu, pokazując nam niezwykłość życia, nawet tych ostatnich chwil, kiedy człowiek powoli zatraca się w chemii, w nieprzytomności, uświadamia nam, że to, co najważniejsze leży w tych chwilach, kiedy jeszcze możemy być sobą. Przede wszystkim „śmiertelność” ukazuje nam, że żadne religijne narracje, mity, bajki i opowieści cudnej treści nie zastąpią nam życia, nie wypełnią nam naszego istnienia. Świat nabiera znaczenia właśnie dlatego, że jesteśmy, że wchodzimy w relację z drugim człowiekiem, z inną istotą żyjącą, że się rozwijamy, rozmawiamy, budujemy siebie.

Wystarcza nam samo życie, a śmierć jest jego naturalną konsekwencją. Religie mają w sobie coś zwodniczego, odciągają nas od nas samych, od naszego życia oferując wizję piękną, acz dziwaczną egzystowania gdzieś poza sobą. Niektórzy tak w to wierzą, że zaczynają już za życia umartwiać się, negować siebie i własne potrzeby, zabijać postami własne ciało, tylko po to by dostać się do wyimaginowanego nieba. „Śmiertelność” uświadamia nam, że wystarczy nam nasze własne istnienie. Tu i teraz. Niezależnie od okoliczności, od tego, co się dzieje, w naszym własnym życiu znajdziemy wszystko. Ateiści i ateistki mogą tym samym więcej: wykorzystać to, co im dane do końca, mogą cieszyć się życiem, bez zbędnego i ciągłego oglądania się na tę wielką religijną filozofię śmierci i umartwiania. Ludzie niewierzący po prostu mogą żyć do końca, bez lęku, bez tego obezwładniającego przerażenia, co czeka ich po śmierci.

Ludzie wierzący zakładają, że ateizm jest przerażający właśnie dlatego, że nie daje im perspektywy przyszłości, życia po życiu. Hitchens pokazuje, niczym dobry stary Epikur, że ważniejsze jest to, co dzieje się tu i teraz. Ważniejsze jest nasze życie. Dlaczego mamy je tracić, umartwiać się czy trwożyć rzeczywistością, która powstała tylko w naszych rozmarzonych głowach? Dlaczego mamy tracić siebie, kiedy mamy to jedno jedyne życie i to jest ten niezwykły cud ewolucji, który pozwala nam na radość: że się udało, że jeszcze ten jeden dzień przed nami, że jeszcze kolejny moment otwiera się w naszym istnieniu. „Śmiertelność” jest jak medytacja, pozwalająca nam zrozumieć, że w śmierci nie ma nic złego, jest tak samo naturalna jak nasze życie. I tyle. Aż tyle.

Zastane światło

WIN_20200830_14_19_27_ProTrudno jest się z tym pogodzić. Ponad dwieście osób dryfuje na morzu u brzegów Europy. Nikt się nie przejmuje za bardzo ich losem. Dla wielu Europejczyków to tylko uchodźcy. Nie oni pierwsi i nie oni ostatni. Staliśmy się obojętni na los człowieka. Kwalifikujemy drugiego przez kolor jego skóry, przez przynależność etniczną, nadajemy mu kategorie: właściwy, obywatel, prawnie przebywający w naszym kraju, niewłaściwy, bez obywatelstwa, nielegalny.
„Zastane światło” Clifforda Geertza może na ten mrok nieco światła rzucić. Przede wszystkim Geertz w tym tekście ukazuje nie tylko różnorodność kulturową, nie tylko piękno wielokulturowości świata, ale również w jaki sposób badamy i w jaki sposób uczymy się spoglądać na inne kultury. Wszystko zaczyna się od tego, co chcemy zobaczyć w świecie, jak do niego podchodzimy. Czy nasze spojrzenie zamknięte jest w etnocentryczności, wówczas inny jest zawsze wrogiem, jest zawsze obcym. Czy może mamy otwarte spojrzenie na świat. Widzenia świata, tak jak innych ludzi można się nauczyć, wystarczy tylko przejść się ulicą, obserwować uważnie. Inny jest naszym sąsiadem, naszym znajomym, tak samo jak turystą który tak jak my spaceruje po mieście, czy migrantem czekającym na nowe możliwości nowej ojczyzny.
Geertz, zresztą nie tylko w tej książce, uczy nas, że nasza niechęć do Innego jest całkowicie bezsensowna. Inny nie przybywa do nas z nierzeczywistego świata, gdzieś z wyimaginowanej oddali, ale zaczyna się na granicy naszej skóry: to drugi człowiek, który może stać się bardzo bliski i bardzo obcy. Wszystko zależy od nas: czy chcemy zyskać – poznanie człowieka, jego kultury, zwyczajów, zawsze bowiem nas wzbogaca, daje nam nową lekcję życia. Czy może chcemy stracić – zamykanie się na drugiego człowieka zawsze zabiera nam kawałek siebie: zaczynamy się bać, żyć w świecie, gdzie inność i obcość zagrażają. Zamiast inspiracji dostajemy wówczas nienawiść: naszą własną nienawiść wracającą do nas.
„Zastane światło” to opowieść o świecie wielu kultur, wielu zależności i wielu postaw. To, co tę różnorodność jednoczy to same możliwości jakie ona daje. W świecie pełnym różnorodności cały czas coś nowego się wywarza, cały czas możemy doświadczać cudowności świata, jego wielu form, cały czas możemy przeżywać spotkanie i rozmowy, nowe relacje, zadania, nowe inspiracje.
Patrzę na książkę Geertza ze smutkiem. Za każdym razem gdy odwracamy się od uchodźców, gdy pogardzamy tak zwanymi mniejszościami, gdy odwracamy się od naszej własnej różnorodności tracimy: cząstkę siebie, cząstkę świata, możliwości by dostrzec bogactwo jakie płynie z różnorodności. Za każdym razem gdy ulegamy retoryce nienawiści i traktujemy uchodźców jako złych, niegodnych, wstrętnych umniejszamy nasz świat, niszczymy naszą moralność. Morze śródziemne przez naszą fobię i nienawiść stało się wielkim cmentarzem ludzi uciekających przed wojnami, okrucieństwem, terrorem i zmianami klimatycznymi. To nasza wielka wina i nasza wielka strata. Ci wszyscy ludzie nie tylko zostali potraktowani jak śmieci i wyrzuceni do morza, świadczą również o naszej utraconej etyce, są ofiarą naszej zbarbaryzowanej kulturą samozadowolenia. Zachwyceni sobą Europejczycy ślepną.
„Zastane światło” Clifforda Geertza to cenna lekcja różnorodności ale i antidotum na to szaleństwo nienawiści i obojętności, w jakim przyszło nam dzisiaj żyć.

Wszyscy jesteśmy uchodźcami

morales„Kryzys uchodźczy”, „problem z uchodźcami”, „fala uchodźców”, to najczęściej powtarzane określenia dotyczące wydarzeń z 2015 roku. Tylko, że to nie uchodźcy byli problemami a my wszyscy, ludzie Europy, którzy chcieliśmy udawać, że nie ma sprawy, że można żyć dalej tak jakby nikt umierający nie stał w drzwiach naszego domu. W 2015 roku wydarzy się kryzys naszej tożsamości i naszej moralności. Tożsamości ponieważ przestaliśmy być sobą, ludźmi współczesności, postępu, etyki, rozwoju Europejskiej kultury, moralności ponieważ zaczęliśmy nienawidzić ludzi w potrzebie i doznających nieszczęścia.
Książka Agusa Moralesa to jedna z moich ukochanych lektur. Wcale nie jest łatwa, miła i przyjemna, to nie czytadło to podusi. Ale to książka wspaniała i wielka, ponieważ pokazuje nam kim jest uchodźca: nie jest problemem, nie jest zagrożeniem, nie jest przekleństwem, nie jest niebezpieczeństwem, jest mną, tobą, każdym z nas. Jest taka scena, opisana przez Moralesa rozmawiającego z uchodźcami na wyspie Lesbos, w której stary człowiek, Syryjczyk staje na przed Moralesem i rozgląda się dookoła. Wyciąga rękę i kreśli szeroki znak, jakby wszystko chciał objąć. Potem prawie ze łzami w oczach przyznaje, że jego fabryka była większa od miasteczka w jakim się znalazł.
„Nie jesteśmy uchodźcami” to tekst, który udowadnia nam w sposób dobitny, że uchodźca jest takim samym człowiekiem jak my. To też ojciec, żona, dziecko, brat, siostra, to też artysta, osoba wykształcona, pisarka, dziennikarz, bizneswomen, aktywista, zwyczajny człowiek, nierób, zrzęda. Tutaj nie ma żadnego genu uchodźctwa, nie ma żadnej winy. Wojna wydarzyć może się wszędzie i w każdej chwili.
Moim zdaniem Europejczycy żyją od wielu lat w zaklętym kręgu dobrobytu i już zapomnieli czym jest walący się dom, ogień, wystrzały, bombardowanie, śmierć na ulicy, głód i gwałt. Należąc do tego elitarnego klubu ludzi bez troski o przetrwanie do dnia następnego uważamy, że nam się należy takie komfortowe życie, a innym nie. I tu nasz ogromny błąd i wina. Świat nie należy do nas. To, że wojna wybucha gdzieś poza Europą wcale nie oznacza, że nie jest to nasza wojna, tak jak susza i powódź. Świat to delikatny system wewnętrznych powiązań, dlatego nie wolno zamykać nam Europy i udawać, że uchodźcy powinni pozostać tam skąd przybyli. Problem leży w naszym egoizmie, w naszej świadomości zamkniętej na naszych i tylko naszych potrzebach.
Agus Morales strona po stronie pokazuje nam różne twarze uchodźctwa i uczy nas czy ono jest: utratą domu, traumą wojenną, suszą, załamaniem klimatu, fanatyzmem innych ludzi, czy chciwością nas samych. Równocześnie na stronach „Nie jesteśmy uchodźcami” Morales pokazuje, że pomoc uchodźcą to nie wyświadczanie łask a nasz obowiązek. Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy pracujemy na nasz świat. Bycie „u siebie”, bycie w „domu” to luksus największy. Dlatego ci, którzy go doświadczają powinni czuć się w obowiązku, by utracony dom innym ludziom pomóc odzyskać, również w ich nowej ojczyźnie.
Przed nami coraz więcej zmian klimatycznych, kryzys ekonomiczny, ekologiczny powoli staje się naszą codziennością. Być może nadejdzie kiedyś dzień, kiedy okaże się, że nasz luksusowy klub zadowolenia jakim jest Europa został tak bardzo zdewastowany przez zmiany klimatu, że i my ruszymy przed siebie w poszukiwaniu domu i bezpieczeństwa. Nikt nie jest uchodźcą, wszyscy jesteśmy ludźmi i jak pokazuje Morales, jesteśmy ludźmi, którzy mają prawo do bycia legalnymi niezależnie od okoliczności jakie nam towarzyszą. Nikt nie jest uchodźcą tylko my wszyscy nim jesteśmy, tak jak przybyli na te tereny nasi przodkowie tak jak docierają do nas dzisiaj ludzie z Bliskiego Wschodu i Afryki, tak jak kiedyś i my będziemy musieli wyruszyć. To jedna, wspólna rzeka życia.
Dzisiaj jestem uchodźczynią, jestem lesbijką prześladowaną przez nietolerancyjne społeczeństwo, jestem kurą znoszącą tortury w ciasnej klatce by dać innym kawałek mojego życia, jestem psem na łańcuchu marzącym obsesyjnie o jednym łyku wody, jestem osobą bez domu, nielegalnie przekraczającą granice, jestem kobietą uciekającą z domu przed oprawcą. Dzisiaj naszym najważniejszym zadaniem jest wyjście z ekskluzywnego klubu bezpiecznej Europy i spojrzenia na świat jako na naszą wspólną sprawę, gdzie drugi człowiek nie jest problemem a jest po prostu sobą. Polecam książkę Moralesa. Bardzo dużo może nas nauczyć.

„Bóg urojony”

DawkinsMoja kolejna ulubiona książka to „Bóg urojony”. Richard Dawkins w tej książce zaczął bardzo ważną dyskusję. Długo byliśmy przyzwyczajeni by nie krytykować ani religii ani wiary. Co więcej wiarę po dziś dzień wielu z nas uznaje za coś szalenie ważnego i cennego. Człowiek wierzący dzięki temu, że ma boskiego przewodnika rzekomo lepiej żyje i radzi sobie problemami. Blaise Pascal przyzwyczaił nas do myśli, że prawdy religii są tak odmienne od prawd nauki, iż nie należy tych pierwszych omawiać w sposób naukowy. Co wie serce, jak twierdził Pascal, nie wie tego, co rozum, a prawdy rozumu nie są dane prawdom serca. Ot takie wygodne założenie.
Tymczasem Dawkins rzucił wyzwaniem tym naszym starym przyzwyczajeniom. W centrum laickiego świata, w kulturze, gdzie świeckość stała się normą, ciągle krytyczne myślenie o religii wiązało się z czymś złym. Lektura Dawkinsa od razu stawia przed nami pytanie: a dlaczego? Co takiego daje wiara? Dlaczego nie mamy na religię i wiarę popatrzeć w sposób krytyczny?
Przede wszystkim religia to jedna z wielu instytucji jakie tworzą ludzie. Jako instytucja ma swoją strukturę, ma swoje zasady i wymagania, w wielu wypadkach – tak jak w wielkich religiach monoteistycznych – posiada hierarchiczne zależności i ma patriarchalny charakter. Co najważniejsze oddziałuje na ludzi formułując mocny aksjologiczny przekaz, oraz edukuje swoich wiernych już od najmłodszych lat. Dlatego wbrew Pascalowi i naszym przekonaniom wiara nie jest sferą prywatną, a jest tym, co wyuczone, narzucone nam we wczesnym dzieciństwie. Czy dziecko jest pytane czy chce chodzić do kościoła, bóżnicy czy meczetu? Czy ktoś malucha pyta czy może go ochrzcić? Jak może być dobra wiara skoro jest nam narzucana i to w tym momencie, w którym nie umiemy się przed nią obronić?
Miałam to szczęście, niezwykłe szczęście jak na nasze kulturowe warunki, że wychowałam się w domu ludzi niewierzących. Ateizm był więc dla mnie czymś naturalnym. Indoktrynacja to przemocowe narzucanie myślenia i wiary, już przez sam fakt, że religia dla dzieci z wierzących domów zawsze była obowiązkowa – niezależnie czy w szkole, czy w salce katechetycznej. Dzieci osób wierzących po prostu nie dostają wyboru i jeszcze im się wmawia, że to dla ich dobra. Indoktrynacja przed, którą trudno jest uciec. Czy człowiek chce czy nie, kapłani różnych wyznań mają swoje od wieków wypracowane metody by opowiadać o jedynej słusznej drodze postępowania, wartościach, jedynym bogu.
Krytyczne spojrzenie na wiarę jakie daje nam Dawkins to ważne narzędzie. Niektórzy krytykują jego książkę jako źle napisaną, z toporną argumentacją, bez głębokich filozoficznych rozważań. Dla mnie to jest właśnie siła tej książki, staje się bowiem odtrutką dla wszystkich tych, którzy mogą czuć się przytłoczeni i osaczeni religią czy tak zwaną duchowości. Co ważne, jest też początkiem debaty, czym jest sama religia, jak możliwy jest świat bez niej.
Ucząc nas krytycznego myślenia o religii Dawkins bierze się za wszystkie mity, jakie wytwarzają kapłani i obrońcy religijnego myślenia. Klasyka: religia daje nam etykę, duchowość, pocieszenie, chroni nas przed złem świata. Cóż to jednak za etyka, która pozwala na deprecjonowanie człowieka tylko dlatego, że kocha inaczej niż pozwala na to jego kościół, czy jest osobą niewierzącą? Cóż to za duchowość, która pozwala na klasyfikację istot żyjących i zwierzętom odmawia posiadania duszy? Czym zresztą ma być sama ta dusza i duchowość? Przyglądając się bliżej tym pojęciom ma się wrażenie, że to pojęcia puste. Cóż to za pocieszenie płynie z religii gdy straszy ludzi nieustannie piekłem, grzechem i nie pozwala cieszyć się naszym codziennym życiem, zakazując drobnych przyjemności, czy seksu? W jaki sposób chroni nas przed złem, skoro budzi w ludziach fanatyzm, nienawiść do innowierców i niewierzących, skazuje na cierpienie i nienawiść do samych siebie za wyimaginowane zbrodnie?
No dobrze, może nie jest to najlepsza z najlepszych książek, ale i tak polecam ją i lubię bardzo. „Bóg urojony” to taki dzwoneczek, który budzi naszą czujność i każe nam zadać sobie proste pytanie: czy to czego uczą nas od dziecka, czy to, czym przesiąknięta jest nasza kultura rzeczywiście jest takie święte i dobre? Być może wiele dramatów, nawet tych współczesnych nie rozegrałoby się gdyby nie religia i wiara? Proszę sobie wyobrazić, że rodzice i otoczenie nie uczy dziecka od samego początku życia, że jest bóg i dobry ksiądz, który zna drogę do boga? Ile dzieci być może nie zostało wydanych na pastwę księży, gdyby tylko wcześniej ich rodzice nie wierzyli święcie, że kościół to święte miejsce, a ksiądz to przecież duszpasterz? Czy nie żyłoby się nam lepiej, gdyby nie wmawiali nam całe życie jacy to jesteśmy słabi, grzeszni i źli? A wizja raju, życia po życiu, czy jest taka wspaniała, no cóż, bajki też są wspaniałe, magiczne zwierzęta i krasnoludki też są interesujące, ale czy to powód, by wierzyć w jednorożce?

„Dziękuję za świńskie oczy”

dziękuję za świńskie oczy„Dziękuję za świńskie oczy” – dziękuję za tę książkę. Na studiach filozofii miałam dwie miłości. Dwie sprzeczne ze sobą, pod pewnymi względami wykluczające się pasje: egzystencjalizm i ekoetykę. A że życie bywa absurdalne koniec końców zajęłam się filozofią kultury. Miłość to nie od pierwszego wejrzenia, ale okazała się trwała. I tak badając kulturę raz po raz zżymałam się na egoizm i antropocentryzm naszych przekonań. Gdzieś dla przyjemności czytany David Hume czy Marc Bekoff nie dawali mi spokoju. Aż tu nagle pojawiła się książka z prosiaczkiem na okładce. I od tego prosiaczka, od pierwszych słów, po kolejne opowieści o gołębiach, o smutnym maltańczyku, o zabitej żyrafie Dariusz Gzyra mnie zaczarował. Kompletny odlot. Książka szybciej przeczytana niż bym tego chciała. To ten rodzaj pisarstwa naukowego, który jest najcenniejszy: nieważne jakie się ma wykształcenie i poglądy, książka po prostu wciąga i nie puszcza, opanowuje nasze myślenie.

„Dziękuję za świńskie oczy” to opowieść o nas i o świecie jaki nas otacza, o naszym czasami nieświadomym, a czasami kulturowo zaprogramowanym ślepym postępowaniu, gdzie zjadamy fileciki, kurczaczki, gdzie przeganiamy gołębie i potrzebujemy kupić pieska dzieciom – równocześnie nie zastanawiając się co tak naprawdę robimy. Gzyra po prostu nas budzi. Po tej książce chodzi się już inaczej po własnym mieście, dzielnicy, uliczkach znanych od lat. Człowiek zaczyna zadawać sobie pytanie, czy na tej ulicy dziki kot znajdzie schronienie, czy na tym parkingu jeż przebiegnie bezpiecznie, czy na tym chodniku gołąb znajdzie schronienie.

Tytułowe stwierdzenie „dziękuję za świńskie oczy” jest jednym z najbardziej dramatycznych: to słowa grzecznego chłopca, który dziękuje za pamiątkę jaką dostaje po zwiedzaniu rzeźni. W tych paru słowach Gzyra uświadamia nam jedno: nauczyliśmy się nie widzieć krzywdy zwierząt pozaludzkich, wdrożyliśmy się do totalnej znieczulicy. Zwierzęta stały się dla nas towarem, niczym więcej. Nasze własne życie zostało podporządkowane tak mocno kulturowym wymaganiom i założeniom, że już nawet nie potrafimy dostrzec prostych powiązań między nami i innymi istotami myślącymi. Kultura oducza nas bycia sobą: zwierzęciem, empatycznym, rozumiejącym zwierzęciem. Wolimy te nasze kulturowe narracje, piękne opowiastki religii i mitu, lubujemy się w naszym rzekomo boskim pochodzeniu umacniając się na pozycji wyzysku i dominacji.

Książka „dziękuję za świńskie oczy” jest bardzo subtelnym tekstem. Bez wielkiej batalii i oskarżeń, tylko konsekwentne prezentowanie faktów: co robimy zwierzętom, dlaczego tak je traktujemy. Krok po kroku Gzyra prowadzi nas przez nasze kulturowe przyzwyczajenia i uprzedzenia, podsuwając zwierciadło. W odbiciu widać grzeczne dziecko, które jeszcze nie wie co je czeka, jeszcze nie ma uprzedzeń, jeszcze nie nauczyło się nienawidzić, tylko uważnie słucha co mówią mu inni. To grzeczne dziecko nim podziękuje za świńskie oczy i  oczy dowie się jak ważne jest jedzenie mięsa i jak wygląda „produkcja” tego „towaru”, jednocześnie zostanie nauczone by oddzielać to, co robi od myśli, że robi to z istotami czującymi. Przyjęliśmy kulturowe wzorce pozwalające nam na znieczulenie i oddalenie się od świata nam najbliższych istot żyjących, w ten sposób straciliśmy tę niewinność grzecznego dziecka. Czy można się zmienić? Naprawić nasze relacje ze światem, ze zwierzętami? Gzyra ani nie naucza, ani nie wchodzi w rolę guru snującego przed nami objawienia. Po prostu nas zachęca byśmy popatrzyli na świat zwierząt pozaludzkich raz jeszcze – nie uprzedzonymi oczami. I to w tej książce jest najpiękniejsze, że daje do myślenia.

Ta książka jest dla mnie szczególna, pozwoliła mi bowiem wreszcie spiąć te fragmenty i fascynacje, które gdzieś po drodze mojej pracy i życia rozsypały się dookoła. Kartka po kartce książka Gzyry prowadzi do tego, co cenne i autentyczne.

Cienie zapomnianych przodków

Są książki, które pozostają z nami na długo. O takich moich książkach w te wakacje będę pisać. „Cienie zapomnianych przodków” Carla Sagana i Ann Druyan to właśnie taka moja pierwsza z pierwszych. Pamiętam jaką ją czytałam, jednym okiem, bo drugie padło, w szpitalu, ze stoperami w uszach. Gdzieś dookoła mnie toczyło się zwyczajne szpitalne życie: jedna pani słuchała namiętnie Radia Maryja, inna się modliła, trzecia kłóciła się z wszystkimi jak popadnie a czwarta płakała, że nic jej już z życia nie pozostało. Ot normalka. W przerwach miłe moje towarzyszki opowiadały sobie z przejęciem co je boi i namiętnie oglądały blizny. Cudownie. Tymczasem Sagan i Druyan wyrwali mnie na sam początek naszej rzeczywistości. „Cienie zapomnianych przodków” to historia życia. Książka piękna i prosta w swym przekazie, moim zdaniem powinna być obowiązkowa, uczy bowiem każdego z nas, że jesteśmy tylko elementem pewnej biologicznej układanki zwanej DNA. Człowiek, pies, krowa, czy malutki jeżyk składa się z tych samych liter życia: adeniny, cytozyny, guaniny i tyminy. Bogów wymyśliliśmy sobie sami w rozpaczy, że jesteśmy tylko nic nie znaczącym elementem rzeczywistości. Tak samo jak wszystkie kulturowe opowieści, które mają nam dać nadzieję, na życie po życiu czy poczucie wyższości nad innymi istotami żyjącymi. Tak naprawdę jednak człowiek tak jak kot, czy mysz rodzi się i umiera w zwyczajnym cyklu życia, w przypadkowej strukturze trwania tego, co nazywamy światem.

Carl Sagan i Ann Druyan rozdział po rozdziale odczarowują dla nas rzeczywistość, uświadamiają nam, że nasza potrzeba dobrego samopoczucia i poszukiwanie sensu świata bywa bardzo niebezpieczne. Wmówiliśmy sobie, że jesteśmy czymś więcej niż zwierzęta z jakim dzielimy życie i ten świat, a przez to zaczynamy zachowywać się coraz brutalniej i coraz bardziej samolubnie. Odmawiamy zwierzętom posiadania nie tylko świadomości, ale i uczuć, nie tylko kultur ale i podstawowych zdolności. Ciągle spychamy inne istoty żyjące w marginalną przestrzeń i uprzedmiotowienie. Tymczasem różnica między mną a moją kotką na moich kolanach jest niewielka. Jej neurony i mózg pozwalają na rozwinięte reakcje emocjonalne i świadomość. Tak naprawdę największą różnicą między mną a moją Niunią jest to, że mogę być dla niej zagrożeniem.

„Cienie zapomnianych przodków” to książka, która powinna być podstawową lekturą dla szkół średnich, bardzo dobrze przygotowuje nas bowiem do szacunku wobec życia innych zwierząt pozaludzkich. Pokazuje też, że różnice kulturowe to tylko pewna nabudowana na nasze życie, siatka pojęć i symboli, która w żaden sposób nie usprawiedliwia przemocy czy nienawiści względem drugiego człowieka. Tak jak ze zwierzętami pozaludzkimi łączy nas z innymi ludźmi subtelna więź DNA.  Nauczyliśmy się poprzez różne kulturowe opowieści, dzięki religii nienawidzić drugiego człowieka za kolor jego skóry czy za to w jaki sposób zachowuje się na co dzień. Przez to wynaturzamy nasze własne pochodzenie i istnienie. Człowiek jako zwierzę pośród innych zwierząt, istnienie pośród innych istnień, jest zwyczajnym, przygodny organizmem. Ani nasze wiersze, ani nasza muzyka, ani nasze przekonania czy religia nie stanowią o naszej wyjątkowości.

Gdy dojdzie się do ostatniej strony książki i z żalem odłoży na półkę, można już tylko jedno: cieszyć się samym faktem istnienia. Człowiek, jak jednodniowa ważka, unosząca się w przypadkowym kierunku dostał tak wiele: przekonań, idei, zadań, przyjaźni, miłości i nadziei. To ogromna szkoda, że ciągle wolimy marnować czas na nienawiść, gdy dookoła nas tyle cennego się dzieje. To nasze życie, przemija sobie spokojnie, jak każde inne istnienie. I w tej bezcelowości, w tym skromnym istnieniu jest po prostu najpiękniejsze.

Obrus

To trauma która ją zmienia. zgwałcona kobieta całe lata zmaga się z jej skutkami: choroba, stres, czasami tak silny, że przeradza się w depresję czy inne choroby psychiczne. Do tego poczucie wykluczenia. Codzienny koszmar wspomnień. Jak z tym żyć?!

Przemoc domowa, dom jest dla nas przestrzenią mityczną, chcemy wierzyć, że jak zamykamy drzwi do naszego domu to już wszystko się zmienia, to już jest dobrze, że już złe za nami. A jak katem jest mąż lub ojciec? Dziecko ponoć ma kochać swoich rodziców i to bezwarunkowo. Jakież oburzenie gdy ich nie kocha. A co z ojcem który nie kocha, bije, pije, znęca się, gwałci, molestuje? Jak ma dziecko potem normalnie żyć?

Przemoc domowa jest przestępstwem. Koszmar codzienności, gdzie cały czas kobieta jest kontrolowana, obserwowana, katowana, gwałcona. Kat odbiera wszystko pewność siebie, godność, wdrukowuje przekonanie, że to ona nic nie jest warta, że to jej wina, że powinna się bardziej postarać, to jej wina. Ile kobiet tak żyje, z tą winą przerzuconą na nią. I ta obojętność społeczeństwa, niezrozumienie sąsiadów i rodziny. I jeszcze ksiądz który napiętnuje gdy będzie chciała się rozwieść, sąsiedzi oplotkują, że zła kobieta męża zostawiła.

Nie umiem o tym pisać. Tutaj nie ma żadnych normalnych słów, żadnych obrazów do przekazania.

Przy stole, przy białym obrusie starannie wypranym i wyprasowanym siedzi ona – jej skatowane życie, jej udręczenie, jej utracone nadzieje, jej zraniona miłość, jej rozpadające się ego. Przy białym obrusie siedzi ona – samotna kobieta. Nikt nie chce jej pomóc, za oknem życie, utracona przeszłość. Przed nią tylko obowiązki ma być czysto, schludnie, ładnie, ma być tak jak on chce. Nic się nie liczy. Każdy dzień to próba przetrwania. Siniaki, złamania, obrażenia wewnętrzne, krwotoki. Kiedyś i tak ją zabije. I ona już to wie. Ale nic nie może, na nic już nie ma siły. Skazana na śmierć naszą obojętnością.

Nie potrafię o tym napisać. Właśnie sobie uświadomiłam, że nie. Tu nie ma słów. Tutaj jest tylko trauma. Żal. Przemoc domowa to przestępstwo. Gwałt to zbrodnia. Nie rozumiem, jak gwałt może mieć przedawnieni? Ofiara żyje z nim całe życie.

Lato

Jest wiele drobnych, łatwych do zrobienia rzeczy, których możemy się podjąć, żeby pomóc zwierzętom, ale dwie są nie do przyjęcia: bezczynność i obojętność. Doszliśmy do punktu, w którym miarka się przebrała – powodujemy zbyt wiele niepotrzebnego bólu i cierpienia.” Marc Bekoff.

Lato, jak co roku, robi się ciepło, lenistwo wisi w powietrzu, nawet jak człowiek ma wiele do zrobienia. Jak co roku wielu z nas już wyobraża sobie wakacje. Wielu siedzi w pracy i odlicza dni do czasu wolnego. Wycieczki zaplanowane, marzenia rozwijają się w najlepsze. Pakowanie walizek. Dopinanie grafiku. Klucze zostawione u sąsiadki z prośbą by podlewała kwiatki. Przygodę czas zacząć.

Koty i psy pozostawione za nami będą tęsknić. Ich marzenia nie obejmują – nasze marzenia. Pół biedy jak wrócimy po nie i odbierzemy je od sąsiadów, rodziny czy z hoteliku dla zwierząt. Prawdziwe nieszczęście zaczyna się dla tych, które zostają całkiem za człowiekiem, za domem, za bezpieczeństwem. Przywiązane przy drzewie, lub wyrzucone jak zbędny śmieć na drodze.

Wakacje to czas podróży, w światy nieznane. Rządni nowości pędzimy przed siebie i chcemy jak najwięcej smaków, zapachów i krajobrazów dla siebie. Wszystkie strony świata stoją przed nami otworem. Będziemy próbować owoców morza, nowych rodzajów wędlin, nowych dań kuchni regionalnych. Media społecznościowe zapełnią się fotografiami naszych obiadów, kolacji, zachodów słońca, opalonego ciała na plaży. Egzotyczne potrawy kiedyś miały swoje życie. Teraz na talerzu zapełniają nie tyle nasz głód co potrzebę nowości.

Lato pełne niespodzianek. Cyrk, a może safari, lub przejażdżka na słoniu – wszystko zależy od naszej zasobności i wyobraźni. Ta ostatnia nie sięga jednak za kulisy przygotowanego dla nas spektaklu. Ból słonia tresowanego by człowiek mógł na nim usiąść i poczuć satysfakcję z przygody, czy cierpienie niedźwiedzia tresowanego godzinami, by wdzięcznie pomachał nam łapą. Tego nie widzimy, oczekując rozrywki. W końcu cały rok pracowaliśmy na nasze wymarzone wakacje i teraz nikt nie ma prawa nam ich odebrać.

Lato, kolejne lato, wabi nas obietnicami jakie sami przed sobą składamy, że będzie pięknie, kolorowo, że zapomnimy o całym świecie. I dotrzymujemy tej obietnicy, nie pamiętamy: o naszych pupilach, ukochanych zwierzaczkach, czekających z desperacją, aż wróci ich normalność, o bykach z korridy, które trzeba obejrzeć, nim szaleni aktywiści zamkną wszystkie przedstawienia, o pozamykanych w zoo zwierzętach pozbawionych schronienia i spokoju, o umierających w papugarniach kolorowych ptakach, o zanieczyszczonych plażach, na których w naszych plastikowych odpadach duszą się zwierzęta. Nie pamiętamy o zniszczonym morzu, gdzie wielkie połowy naszych morskich przysmaków rujnują całe ekosystemy. Nie pamiętamy o całym świecie, pędząc do przodu za naszym marzeniem, by być gdzie indziej i na chwilę oderwać się od samych siebie.

Na szczęście lato szybko przemija. Będziemy mogli wrócić bezpiecznie do domu i nadal nic nie zauważać. Jeszcze tylko kilka zdjęć, kilka podpisów, kilka pocztówek i znów powróci rutyna – nic nie widzenie.   

Bajka

Dawno, dawno temu były sobie bajki. Splatały wszystko w sensowną rzeczywistość. Można było spać spokojnie, nawet jeżeli śniły się koszmary, zawsze można było wierzyć we wróżki czuwające nad nami. Za siedmioma górami, za siedmioma morzami rozciągał się teren dzieciństwa. Dla nielicznych szczęśliwców naprawdę cudowny, pełen miłości i ciepła. Kraina wspomnień, gdzie każde słowo ma znaczenie, każda opowieść pokazuje coś nowego.

Bajki są jak przyczajone za liśćmi łopiany skrzaty, zgredki i kosmate trolle. Wpisują w nasze myślenie marzenia, które czasami lepiej by się nie spełniały. Zwłaszcza, że przebudzenie się z magicznego snu może nas wiele kosztować. Ukłuta wrzecionem księżniczka nic o świecie nie wie. Będzie tak samo zagubiona jak każda nie wyedukowana dziewczynka. Jaś lepiej żeby nie ratował Małgosi, lepiej niech się nauczy sama walczyć z wiatrakami. Bella niech tak nie kocha bestii, ona tak naprawdę nigdy się nie zmieni. Kopciuszek niech nie czeka na macochę i jej życzenia, niech lepiej od razu sama zacznie sprzątać swoje życie. Bajki, jak złośliwe gnomy, zbyt często podrzucają nam złudne przekonania, że możemy czekać na innych by przeżyć nasze życie, że dobrze jest mieć obrońcę, dobrą wróżkę, która nam pomoże, niż samemu wziąć się za to, co nas boli.

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma morzami, żyły sobie bajki. Pełne światy wróżek, czarownic i czarodziejów, sierotek, co zawsze znajdują drogę ucieczki, magicznych zwierząt, które potrafią rozpoznać dobrego człowieka. Dawno, dawno temu bajki opowiadały o pięknych księżniczkach i zaradnych królewiczach, których drogi zawsze na końcu łączyły się szczęśliwie. Dawno, dawno temu żyły sobie bajki, które nie bały się opowiadać o czarnym lesie, złych królowych, zagubionych dzieciach i utraconej miłości.

Bajki są jak ukryte smoki. Siedzą w ciemnościach i czekają na nasze myśli. Piękne księżniczki stają bezradnie wobec rzeczywistości, zwłaszcza gdy wspaniały książę coraz bardziej je rozczarowuje. Zła wiedźma przypomina sobie jak była kiedyś zwyczajną dziewczyną, tylko życie rzuciło na nią czar i nikt nie dał jej szansy, by wypłakała się w spokoju. Jednorożec w blasku księżyca już nie stoi, wybiegł za daleko w przyszłość, do świata gdzie do zwierząt się strzela, a nie pielęgnuje i podziwia. Mały kominiarczyk i dziewczynka z zapałkami nadal pracują, tylko na dzieci z trzeciego świata nikt nie zwraca uwagi.

Bajki, skradzione opowieści z innego świata, zakorzeniające w nas strach, oczekiwania, nadzieję, pewność, potrzebę opieki, czy ucieczki. Niekiedy zbyt mocno modelujące nasze myślenie, zbyt przekonywujące, że miłość zawsze zwycięża. Opowieści z dzieciństwa bywają też niebezpieczne, zwłaszcza, gdy przekonują nas, że nic się nie da zrobić, że można liczyć na inny świat, ludzi, przeznaczenie. Na szczęście wyrastamy z bajek i możemy iść w swoją stronę. Na szczęście nie każda dziewczynka gubi się w ciemnym lesie i czeka, aż ktoś inny wskaże jej drogę. Na szczęście pojawiają się nowe bajki i nowe nieszczęśliwe zakończenia…

Proste równanie

Matematycy wiedzą o tym najlepiej, równość oznacza relację równoważności, w równości musi być symetryczność. Jeżeli mówimy, że y jest równe x zakładamy od razu, że między nimi zachodzi symetria. W świecie społecznym oznacza to jedno, że żadno y nie jest większe ani mniejsze od x. to idealny model, gdy dziecko uczy się tego równania na matematyce nie wie jeszcze, że w swoim życiu, w społeczeństwie trudno będzie znaleźć takie x które będzie całkowicie, symetrycznie i relacyjnie równe y. W naszym życiu codziennym x zawsze, chociaż trochę różni się od y.

W 2016 roku na zlecenie UNICEF został przeprowadzony eksperyment, sześcioletnia aktorka została najpierw przebrana w ładne dziecięce ubranko, a potem w takiej stylizacji „zadbanej dziewczynki” grała zgubione dziecko. Od razy ludzie zaczęli do małej Anano podchodzić, pytać ją o rodziców, o to czy się nie zgubiła, dlaczego jest sama. Gdy Anano weszła do restauracji znaleźli się ludzie, którzy zaprosili ją do swojego stolika, inni w tym czasie dzwonili po policję by udzielić zgubionemu dziecku wsparcia. Ta sama aktorka w następnym akcie eksperymentu została wystylizowana na kloszardkę. Miała brudne ubranie i została wystylizowana na zaniedbane dziecko. Została postawiona na tej samej ulicy na której chwile wcześniej ludzie śpieszyli jej z pomocą, weszła do tej samej restauracji w której tak czule się nią zaopiekowali gdy była wystylizowana na zadbane dziecko. I co się okazało? Otóż mała Anano jako zaniedbane, biedne dziecko nie doczekała się pozytywnej reakcji. Wręcz przeciwnie. Ludzie zaczęli przeganiać ją z restauracji a na ulicy nikt się nią nie zainteresował.

Jedna mała dziewczynka, jedno miasto, ci sami ludzie. A jednak, zadziałał mechanizm plemiennej identyfikacji „naszym” dzieckiem możemy się zająć, „innym”, „cudzym” już nie. Świat równości zniknął wraz z przekonaniem, że mały człowiek przed nami nie należy do naszej grupy społecznej, do naszego środowiska. Stygmat inności spowodował, że los tego człowieka stał się dla nas obojętny. Wystarczy bieda, by człowiek został w społeczeństwie niedostrzegany, wystarczy bezdomność by osoba była niedostrzegana, wystarczy być migrantem by narazić się na bycie nielegalnym człowiekiem. Równość jest tylko na papierze. Nasze przekonanie, kto jest taki jak my, kto ma takie same prawa i kogo możemy traktować w ten sam sposób jak traktujemy nas samych czy naszych najbliższych wiąże się z naszymi założeniami kulturowymi.  Proste równanie Karen jest taka sama jak Karima w świecie relacji międzyludzkich po prostu nie zachodzi. Jeżeli Karen urodziła się w Londynie w dobrej dzielnicy, albo jest córką nauczycielki i maklera z Oslo, jej status społeczny, możliwości ekonomiczne, a przede wszystkim uczestniczenie w prawach dziecka, czy możliwość skorzystania z praw człowieka jest zupełnie inne niż dziewczynki urodzonej w obozie dla uchodźców, czy w wiosce pod Aleppo. Ta druga może nigdy nie dowiedzieć się, że przysługują jej jakiekolwiek prawa i że ma jakiekolwiek możliwości. Stygmatyzacja Innego może bardzo mocno oddziaływać na człowieka, który w ten sposób został przez nas zakwalifikowany.

A równa się b, co oznacza, że b równa się a. Piękna logika symetrii. W społecznej rzeczywistości bardzo często nie ma miejsca na symetrię. Widać to w języku i codziennym postępowaniu, gdzie ukryta dyskryminacja kształtuje nasz obraz rzeczywistości.

Równość oznacza zniesienie hierarchii, założenie, że to, co dotyczy mnie dotyczy również drugiego człowieka. Taka postawa oznacza jednak bardzo wymagające podejście do nas samych i drugiego człowieka. O wiele łatwiej jest kierować się stereotypami, o wiele prościej jest podążać za schematami podpowiadanymi nam przez kulturę. Co więcej, warunkowanie kulturowe może sprawić, że pewnych nierówności nie będziemy dostrzegać, pojmując je jako „naturalną kolej rzeczy”. Najlepiej nie dostrzegać: nierówności, drugiego człowieka, tego, kto nam przeszkadza, zaburza nasz spokój, naszą wizję świata. Najlepiej niech żebrzące dziecko wyjdzie na zewnątrz, niech bezdomny człowiek nie siedzi na naszej ulicy, nie przebywa w naszej dzielnicy. Najlepiej by uchodźcy pozostali dalej niewidoczni, pozamykani w murach naszej obojętności. Najlepiej nic nie widzieć.