Śmierć, ryby i Hypatia

śmierć, ryba i hypatiaRyby umierają w ciszy. Krzyk zagłuszony przez rozpacz. Podobno Hypatia została ukamieniowana, tylko za to, że nie chciała zamienić nauki na wiarę. Dopóki się nie wie i błądzi idzie się drogą pytań. Jak się zaczyna wierzyć, wówczas kwestionowanie bytu najwyższego nie jest możliwe. Złudne założenie, że wiara da wszystko. Hypatia nie chciała zrezygnować z pytań i obliczeń. Dlatego dopadły ją zimne kamienie i gorące dłonie. Filozofka, ta zła, heretyczka płynąca pod prąd. Nikt nie usłyszał jej krzyku. Umierała w ciszy, zabita bólem, pogardą, złością na wszystko to, co inne. Nie wolno kwestionować prawd powszechnych, zwłaszcza gdy jest się kobietą.

Ryby umierają w ciszy. Przepalone trucizną ciała płoną od środka. Przed zatrutą rzeką nie można nigdzie uciec, nigdzie się schronić. Uciekająca przed dogmatyzmem Hypatia była jak poparzona trucizną. Dookoła niej gęstniał tłum, z roku na rok, coraz więcej fanatyków, coraz mniej ludzi, którzy chcieli dyskutować. Nie wolno wyłamywać się ze swoich ról, zwłaszcza, gdy sztywne ramy społecznych nakazów mówią jednoznacznie: MUSISZ. Śmierć to konsekwencja niezależności myślenia, filozoficznej drogi. Dowiedział się o tym każdy po Hypatii, kto śmiał iść inną drogą.

Ryby umierają w ciszy. Nikt z nas nie rozpoznaje ich krzyku. Do góry brzuchami, o ciałach napiętych od śmierci, rozpaczy, wypływając jak odpady ludzkiej ślepoty. Na zatrutych falach unoszą się tylko szeroko otwarte oczy. Gdyby Hypatię poddano próbie wody pewnie wypłynęła by jak czarownica. Gdyby poddano jej próbie ognia, pewnie leczyłaby oparzone ręce zimnymi słowami. Brak pokory dopełnia zbrodni myślenia. Trzeba zabić to, co inne, inaczej dyktatura nie utrzyma się w żadnej postaci.

Ryby. Nie ma ryb. Martwa rzeka. Trucizna która się rozlewa.

Hypatia, Arete, Antiochis, Nikobula, Filenis z Samos, Teano, Damo, Arigonte, Kleobulina, Myja,  Periktione, Potone, Julia Domna, Aspazja, Hipparchia z Maronei, Temista, Lasteneia z Mantinei, Aksjotea z Filuntu, Pandorsejon, Edezja, Teodora, Pamfilia z Epidauros.

Ryb nie ma. Martwo rzeka. Ziemia, która krzyczy. Świat, który niczego się już nie domaga.

Kto pamięta, kto wie, kto zna imię, kto rozpozna. Na dnie, gorzkie fale. Historię nie stworzyły ryby, nie jest opowiedziana dla kobiet.

Czas gra na niekorzyść. Tej śmierci jest coraz więcej. Woda coraz bardziej pali.

Ryby umierają w ciszy.

Jan Szkot Eriugena i szczurzy ogon

JH33.jpegPrawdziwy świat: trawa, słońce, drzewa. To, co istnieje jest tylko odbiciem doskonałości nieba: kostka brukowa, śmietnik, ciasna klatka schodowa. Prawdziwy świat: niebo, powietrze, deszcz na skórze. To, co dookoła nas to tylko przejaw: nagrzany chodnik, kanalizacja, rynny. Idee są ponad, daremne marzenie, konary drzew, szum liści, nieistnienie.

Szczur filozof miejski, co zgubił już dawno swój ogon, zawzięcie porządkuje swoje doświadczenia. Od zawsze tam i z powrotem, z łapami wbitymi w cegłę, zaprawę, beton. Urodził się przy śmietniku, wielkiej, bezpiecznej przestrzeni, gdzie ponad głowami ludzie produkowali swoje odpady. To takie szczęście, być nie widocznym i być zarazem. Manifestacja niebytu ma swoje kolejne poziomy. Szczur jest dla człowieka gdy ten dostrzeże go na brzegu śmietnika, szczura nie ma gdy człowieka nie ma, szczura nie ma gdy nikt nie widzi jak przemyka na dnie miasta: kanalizacji.

Z tym ogonem to było tak, że dzieci złapały go jeszcze w młodości, chciały podpalić, ale on ugryzł jednego i się wyrwał. Ogromny ból poczuł dopiero później, obcięli mu ogon, nie wie kiedy. Wie jedno dzieci tak mają, jak dorosną będą bardziej okrutne. Świat już tak funkcjonuje, że rozchodzi się kolejnymi piętrami w dół do niedoskonałego dna. Piętra najwyżej nieba, potem już tylko coraz duszniej od kurzu, samochodów i śmieci. Najniżej, ostatni krąg piekła, materia gęsta od odpadów i tego, co nieważne. Piwnice, kanalizacja, ścieki. Miasto jest jak wszechświat, sfera boska i ludzka, sfera ludzka i upadła, niebo i materia. Więc tak stracił ogon, do dzisiaj go boli, czasami jeszcze we śnie czuje to żelazo wbijające się w jego ciało.

Bez ogona, szczur miejski może tylko umierać, albo zostać filozofem. Że zawsze był żywotny, wybrał to drugie. Pociąg do metafizyki odziedziczył po przodkach. Praszczur i jego, Szczura bez ogona, i tych na górze ludzie bez ogona i litości. Więc sobie siedzi i patrzy w latarnie czując, że to odblask wielkiej gwiazdy, spogląda na rynny i parapety, widząc w tym wielkie odbicie kosmicznej materii. Świat musiał się tak ułożyć, by szczur poznał swoje miejsce, przeszedł całą drogę i wrócił do wielkiej ciszy. Przecież świat rozwija się po to, by wreszcie zamknąć w sobie całą mądrość i śmieci. Kosmiczna jedności i cisza. Jak się nie ma ogona to najbardziej marzy się o ciszy. O śmierci nie ma co marzyć, ta przychodzi sama.

Pomiędzy kolejnymi krawężnikami, piwnicami, kanałami przejściami przez i do, pomiędzy Durlstotherium Newmani, a Rattus, pozostają całe piętra, ulice i dzielnice. Gdzieś tam na końcu nic nie czeka. To nic jest pełne jego marzeń. On, Szczur Bez Ogona, wie to najlepiej, został filozofem swojego własnego świata. Nikt go nie słucha. Rodzeństwo rozbiegło się na wszystkie strony miasta, miasto rozlało się na wszystkie pola i lasy, świat spuchł i rozrósł się ogromnie. To jednak go nie przerasta. Szczury już tak mają, że się nie boją tego wielkiego, napuchniętego świata. To też ich świat, dopóki ludzie o tym nie wiedzą. Więc siedzi spokojnie i obserwuje, jak w kolejnych oknach zapalają się światła. Dzisiaj zacznie się kolejna batalia o przywrócenie dnia. Jutro zacznie się kolejne błaganie o powrót nocy. Ludzie sami nie wiedzą czego chcą. On wie. Wie, że to wszystko zamyka się w jednym, doskonałym uścisku. Materia dąży do ideału. Niebo tylko czeka, żeby pokruszyć ten beton. Słońce tylko czeka, by wypalić te miasta. On, Szczur Bez Ogona, posłannik bezimiennego boga, siedzi sobie spokojnie. Przecież i tak nikt nic nie usłyszy. Nie ma go. Jest niebytem. I tak jest dobrze.

Strzyżyk, wątpliwości i Pyrron

20220731_162103Waży zaledwie sześć gramów. Takie małe nic co śpiewa ukryte w konarach drzew. Można się zastanawiać czy Strzyżyk faktycznie jest czy go nie ma. Podobno jeżeli czegoś nie znamy to nie powinniśmy o tym opowiadać, tak w każdym razie nie jeden filozof się upierał. Pyrron szedł nawet jeszcze dalej, uważając, że trudno jest nam dotrzeć do istoty rzeczy, a skoro istota rzeczy nam umyka to skąd wiemy czy ona jest czy jej nie ma? Tak samo jak ze Strzyżykiem. Niby jest a jakoby go nie było. Sześciogramowy obywatel napowietrzny lasu może umknąć nie jednemu, zwłaszcza naszym oczom. Człowiek jest ślepy, więc lepiej niech się nie wypowiada. To czego nie ma może okazać się istnieniem.

W sześciu gramach zawiera się cała duma. Wprawdzie my nie widzimy, ale cicho sza, lepiej posłuchać Pyrrona niż się wygłupić. Maleńka główka i świecące oczy, ostry dziób i przytulone do ciała skrzydła. Strzyżyk ma największe na świecie nadzieje. Tak bardzo chce, że przerasta sam siebie, tak bardzo dąży i leci, że wznosi się powyżej marzeń. Wyczynowiec z dziobem wiecznie wzniesionym prosto w niebo, chmury, słońce. Gdy się ma sześć gramów można zupełnie inaczej postrzegać rzeczywistość. Świat staje się za mały dla człowieka, poprzerastany miastami, ulicami, wielką konstrukcją globalnej wioski. Z tej makroskali nic nie widać. Ze skali sześciu gramów nagle uwidacznia się cały ten absurd. Bo po co sadzić drzewa w doniczkach, na zabetonowanym placu, skoro można najzwyczajniej w świecie ich nie wycinać?

Nic nie można poznać. Nic nie można jednoznacznie przekazać. Nic nie można klarownie wypowiedzieć. Nic nie można zrozumieć. Człowiek już tak ma. Pogubi się sam w sobie. Więc poprosimy na chwilę zawiesić cały system machiny myślenia. Dla Pyrrona to ważne, wdech, wydech, na drodze do oczyszczenia umysłu. Zawisnąć nad światem. Marzenia o lewitacji i czystym sercu. Unoszący się w powietrzu ptak, ma to, czego człowiek nie ma nawet gdy próbuje zaprzeczyć sobie samemu. Ponad prawem zakorzenionych w ziemi, ponad przeciętnością, ponad życiem. Umieranie w locie. Z każdym strzepniętym oddechem, ciężkim podmuchem skrzydła. Nagle ciało robi się tak ciężkie, że sześć gramów znika. Dokładnie tak samo jak osiemdziesiąt kilogramów. Pyrron pewnie był bardzo ciężki od niepewności. Trwanie w zawieszeniu. Podobno nie wygłaszanie sądów, nie bawienie się w poznawanie świata daje wyzwolenie. Marzenie filozofa, gdy jemu na złość mały ptaszek przelatuje w nadpowietrznej odpowiedzi.

To jak jest z tym poznaniem? Mogę czy nie mogę dotrzeć do istoty sprawy? A może zawsze tylko widzę istotę siebie? Strzyżyk jest za malutki by takie kwestie rozstrzygać. Znosi go raz na lewą, raz na prawą stronę. Tak to już jest, gdy piórka utkane ze wspomnień poprzedniego życia, rozciągają się wzdłuż całego ciała. Lecieć tam i z powrotem. Drzewo życia. Aksis mundi po którym skaczą wiewiórki, na dole jeż i krople rosy. Nikt tutaj nie ma wątpliwości, wszyscy zdali się na siebie, pod łapkami, pazurkami, czuje się korę, wilgoć, ziemię. Arbiter doskonałości, strzyżyk widzi więcej. Pod drzewem nieśmiało siedzi człowiek. Wysuszona twarz i napięta skóra. Ludzie mają tyle kłopotów, a to z innymi a to z sobą samym. Obrót w pół, dalej w górę, ponad drzewo. Im wyżej tym mniej wątpliwości. Świat jest nasz wspólny, tylko nie wszyscy o tym wiedzą.

To co z tym zawieszeniem? Redukcja. Epoche. Zawiesić by nie odczuwać rozczarowania. Nie sądzić, by do nas nie wróciło. Nie wartościować, by nas nie przewartościowało. Mieć mądrość, której inne Zwierzęta nie dają nam tak łatwo. Jeszcze nauczyć się ich języka, jeszcze próbować zrozumieć, jeszcze… człowiek zawsze ma jakieś jeszcze, a świat nie czeka na nasze wątpliwości, tylko zamyka kolejne drogi. Lasy płoną. Globalne ocieplenie jak piekarni zagrzewa wszystko.

Co może sześć gramów? Co poradzi na to wszystko malutki ptaszek? Czas do wymierania, kolejka jest już gotowa, projekt cywilizacja i postęp ustalił priorytety już dawno temu. Kto się będzie przejmował wątpliwościami Pyrrona czy śmiercią Strzyżyka. Dla jednych trele to cały świat, dla innych nic.

Bardzo małe nic.

Zostają same piórka.

Konik morski i Georg Berkeley

20220717_141028Wygięcie, przepływa, opływa, dookoła, kręci, muśnięcie. Leniwe. Piana. Woda. Cisza. Dookoła. Ciało samo unosi się na wodzie. Konik Morski. A może nie konik. Dlaczego konik? Konie mają grację a i owszem, ale czy mogą tak bez przerwy unosić się na wodzie? Karol Gustaw czy Adam Jerzy? A może Eleonora? Sam nie wie. Już tak ma jak wszystkie dookoła niego. Konik Morski to bardzo niepewne swego stworzenie. Nie wie jak ma na imię i nie może zdecydować się na to, które mu się podoba. Tak samo jak nie wie za bardzo czy istnieje.

Podobno istnieć to być zauważonym, ale czy ktoś widzi jak pośród toni morskiej unosi się niesiony własnymi wątpliwościami? Czy ktoś, kto nie ma imienia może być dostrzeżony? Więc wysiłkiem niezwykłej woli, przypływem jakiejś dziwnej tęsknoty prosto z fali oceanów zaczyna się obracać i zastanawiać. Jestem? Widać mnie? Kim jestem?

Dostrzec, ale co? W tej toni zanurzony, nie pewny. Wierzy, ale potrzebuje dowodów. Uwielbia słowa ale boi się ich dźwięków, zanurzony w myślach, które jedna po drugiej odrywają się i wirują dookoła jego umysłu. W peruce zsuniętej na czubek głowy i bezładnie zatopiony w sobie samym. Jak to jest możliwe, że widzę stół, ręce, swoje własne dłonie i nie widzę świata? Cały wszechświat. Co kryje las, pola, łąki, co kryją rzeki, morza, oceany? Niepokój filozofa, który boi się zamknąć oczy. Sen jest bezkształtnym niewidzeniem, oderwaniem się od samego siebie i od świata. George Berkeley szacowny biskup i filozof co bał się zasnąć.

Konik z morskiej piany, ulepiony z własnych wątpliwości i marzeń. W sumie, to już się zdecydował. Po co mu jedno imię, po co tak się ograniczać.? Stworzy cała kolekcję siebie i własnego ja. Autoportret z wody, zasłonięty pośrodku zsuwającego się w noc księżyca, w plamie bolesnego od patrzenia słońca. Unosząc się na falach, już postanowił z mocą całego swojego życia, że nie da się sprowadzić tylko do jednego słowa. W sumie jest jak ten, którego nie widzą, a to on obserwuje. Może więc z nich zadrwić, może ich wyśmiać, ale będzie dla nich łaskaw. Nie zajmie wszystkiego sobą.

Dziwne stworzenia nocy, wielorakie stworzenia dnia. Pośrodku całego tego życia, zgiełku i zmiany, kakofonia zastygła w nagłej pewności, że nie jest tak łatwo być sobą, tak szybko można samego siebie utracić, samą siebie oszukać. Bycie tym, który patrzy, filozoficzne brzemię, wziąć na siebie obraz świata. Konik morski nie jest już taki bezczelny, nie zamierza ferować wyroków, woli spokojnie się unosić, płynięcie za, zwłaszcza jeżeli jest za kim, może być niezwykle inspirujące.

Pytając samego siebie konik morski już wie, że jest tylko sobą. Jak piana znikająca na falach, jak muszle wyrzucane na brzeg, nieistotne choćby było ich wiele, podnosi się je z roztargnieniem by zaraz potem o nich zapomnieć. W tym też sensie Gustaw, Albert, albo Amaranta. Αμαραντος, niezatarty, niewygasający, dla oczu zawsze obecny. Piękno ciała. Gracja głowy. Jedwabista obietnica istnienia na zawsze. Tylko, że George Berkeley i tak wie swoje, ani on, ani jego ręce, ani Konik Morski zwany Amarantą nie będzie istnieć bez tej ostatecznej obietnicy spojrzenia. Dla George Berkeley była to nadzieja boskiego spojrzenia. Dla świata było to tylko marzenie. Morska fala prz elewająca się wzdłuż drobnego ciała. A może percepcja zaczyna się nie od spojrzenia a od dotyku? Dla Konika Morskiego same fale przebiegające wzdłuż jego ciała, samo dotknięcie i zanurzenie w wodzie, staje się już dziełem zbawienia i widzenia. Więc po co męczyć oczy, jeżeli wszystko można poczuć. Ciało jest takie podatne gdy tyle wody dookoła.

Mątwa, Pitagoras i oceany

20220717_141023Na piaszczystym dnie. Wygodnie rozpostarta Mątwa. Ona wie, od dawna wie. Filozofowie próbowali zgłębić istotę świata, a ona sobie spokojnie na to wszystko spoglądała od zawsze. Jeden – doskonały punkt, wszystko w sobie zawiera, jak jej ciało. Mątwa jest pitagorejską jedynką, punktem startowym, a przynajmniej takie ma o sobie mniemanie. Za wysokie? Jest pyszałkowata? No cóż, jej DNA pamięta o wiele więcej niż sam Pitagoras. A może to ona stworzyła pitagorasa? W końcu jedynka to matka wszystkich liczb, a ona jest tu na dnie sama. Jedna. Jedyna. Piękna. Jeszcze jest. Nieskamieniała.  

Dwa, prosta, forma jednowymiarowa. To jak droga, mątwa startuje falując całą sobą, tnie wodę zachłannie w jedną stronę. Do światła a potem z powrotem ukryć się w ciemności. Taka droga do i droga od. Po linii prostej można poruszać się bez końca, bez końca odkrywając nowe znaczenia tego samego życia, tej samej rutyny towarzyszącej nam od zawsze. 

Trzy, forma dwuwymiarowa, pojawia się przestrzeń. Człowiek pochłonięty swoim sprawami nie docenia co ma, jest niewydarzonym tworem ewolucji. Co innego mątwa, ta smakuje wodę, każdy jej odcień, każdy jej znak. Unosić się powolutku, obracać dookoła własnego ciała. Tak po prostu, jakby się już nie było. Chwila w której się jest i już znika. Sztuka nieistnienia, gdy dookoła pojawia się nowe życie. 

Cztery, formy trójwymiarowe. To cały ocean. Wielkie akweny możliwości. Zaplątana w życie mątwa, daleka od swojej przeszłości i przyszłości, w wielkim teraz. Ocean jest teraźniejszością przelewającą się dookoła niej, w niej, w jej umyśle. Oczy osadzone tak mocno, wpatrzone w każdy szczegół. Obliczenie świata zajęło trochę i mątwie, i Pitagorasowi. Ale się opłacało. Od tego czasu mątwa już wie, że świat nie jest takim łatwym zadaniem, zwłaszcza, że woda nie wyczerpuje wszystkiego. To tylko jej świat. To, co poza nim staje się niewiadomą. Lepiej nie liczyć dalej, bo tam rozciąga się wieczność, nad którą nie da się zapanować. 

Na brzegu oceanów ludzie rozstawili swoje domy, rozlali swoje miasta. Wielkie obliczenia i poszukiwanie złotej liczby dały moc. Pitagoras nawet nie wiedział ile się wydarzy gdy uruchomi myślenie człowieka. Wolałby jego uczniowie przysięgali tajemnicę wiedzy. Nie dało się jednak tego zatrzymać, wszystko popędziło z coraz większą siła. Prawa matematyki zaczęły pęcznieć jak pewność człowieka, że dzięki sobie może zrozumieć wszystko.  

Na dnie, przy piasku, mątwa, nie oczekuje już niczego. Ona tam trwa od początku istnienia. Jest jedynką, ukrytym w wodzie Arche. Heraklit dobrze to sobie wykoncypował, że z wody wszystko się bierze. Problem w tym, że za jedynką po falach rozsiał się cały wszechświat myślenia i liczb. Obliczenia i misterna konstrukcje. I po co to wszystko? Plastikowa torebka opadająca na dno łatwo może zabić, oblepić, wypełnić. Świat liczby i wiedzy spada śmietniskiem przed oczami mątwy. A ta spokojnie sobie siedzi.  

Jedynka to początek. Nauka o świecie 

Dwójka to rozwój. Korzystanie ze świata. 

Trójka to nadmiarowość. Mieć, mieć. Wszystko dookoła posiadać. 

Dziesięć. Pomijając wszystko inne, dziesięć jest pełnią. Konsumpcyjną, zaśmiecającą wszystko pełnią.  

Miasta rozrastają się siecią, splątane, nadmiarowe, niepotrzebne. 

Mątwa na piaszczystym dnie, czeka aż to wszystko na górze się uspokoi. Ludzie są tacy śmieszni, przychodzą, odchodzą, liczą, przeliczają, medytują, kupują, spalają się, spalają świat, a potem znów ich nie ma. Mątwa poczeka, przeczeka, już ona dobrze wie, że nie warto angażować się gdy liczby i obliczenia szaleją. Nowe prawa zawsze w końcu się łamią i lądują tuż obok niej, na dnie morza. 

Parmenides i świnia

20220710_163635Wielka droga. Wszystko się ze sobą łączy. Wszystko ma ten sam wymiar. Poranek – jeść. Słońce poza skórą – jeść. Noc bez księżyca i powietrza – jeść. Krok po kroku. Od dnia w którym czuło się jeszcze obecność, do dnia, w którym nic się nie poczuje. Byt jest jeden, doskonały, wieczny. Świń jest wiele, morze ciał, kopyt, poprzycinanych na żywca ogonów, przytłoczonych na ziemi w klatkach porodowych. Rozciąga się na każdą stronę. Wielość jest niezauważalna. Byt jest jeden. Człowiek. Niebytu nie ma. To, co dla człowieka niewygodne nie istnieje.

Parmenides się martwił, że nie ogarnie wielości. Różnorodność od dziecka wydawała mu się przerażająca. Te ciągłe wybory czego ma się uczyć, co zjeść, gdzie iść, z kim rozmawiać, kogo pokochać, kogo nienawidzić. Dlatego Parmenides bał się nieustannie przytłoczony nadmiarem rzeczywistości. Ucieczka w czyste istnienie dawała mu choć na chwilę nocą spokojnie pooddychać. Oczywiście dopóki nie wyszedł na taras. Gwiazd było za dużo. Tak jak ludzi w mieście. Za dużo. Za dużo.

Oddech. Jeden po drugim. Bicie serca. Uderzenie za uderzeniem. Żyje. Jeszcze żyje. Na skórze wypalone znamię wciąż boli, przypomina, że się nie wie, że nic z tym nie można zrobić. Dociśnięte pręty wplatają się w życie i miłość. Na chwilę oczy dziecka zwracają się do matki. Obie leżą obok siebie. Jedna obok drugiej. Duża i mała. Bezbronność rozdziera je na pół nim jeszcze przyjdą i je przetną. Matka zostanie sama z pamięcią. Dziecko zostanie samo z pustką. Naturalna kolej rzeczy, gdy się nie ma nic oprócz ciała i nienawiści innych. Zwyczajne życie gdy zostało się mięsem. Niebytu nie ma. To znaczy, że nie ma tego, co uznane za nieważne. Człowiek wykasował dostojeństwo życia świni, odebrał jej bycie sobą. Świni nie ma. Bicia serca nie ma. Oddech zamiera z bólem. Zjadanie. Przepisy na doskonałą wieprzowinę. Smakowita szynka i kiełbasy. Świni nie ma na talerzy nawet gdy jej uwędzony pysk sterczy nad stołem jako ozdoba smakosza.

W filozofii jest coś przerażającego. Mężczyźni, mędrcy, wielcy tego świata, przesypujący pomiędzy palcami słowa. Przesiewanie co jest warte a co nie. Rozsądzanie co jest a czego nie ma. Wyrokowanie co oznacza bycie  a czym jest niebyt.

Parmenides bał się nocy, dookoła cisza poprzerywana odgłosami miasta, ciemność rozbita płomieniem pochodni. Ktoś na ulicy, człowiek albo pies. Na wsi jeszcze gorzej, pulsujący rytm życia wypełniający skronie. Ptaki o poranku, kiedy człowiek chce myśleć, a świat się budzi z soczystą chęcią do życia. Dlatego Parmenides wolał uciec w spekulację, w bezpieczny świat, który wygłuszył mu wszystko dookoła. Krzyk zarzynanej świni boli do tego stopnia, że lepiej rzeźnie zamknąć za murami miasta. Krew śmierdzi, posikane ze strachu ciało wierzga i jest rozstrajające. Dlatego lepiej nic nie czuć i zbudować system: hodowla-rzeźnia-sklep. Obojętność pomaga zorganizować wszystko tak, by nikt nie poczuł się niekomfortowo. Im dalej od strachu Parmenidesa tym bliżej do naszych sterylnych czasów z plastikowymi tackami na których ułożono kawałki trupa. Elegancko nie nazywamy śmierci i niebytu. Lepiej mówić o szyneczce z pieca lub babuni. Brzmi swojsko i miło. Nie ma już samotności, bólu, śmierci.

Stary mistrz Parmenides pouczał nas byśmy pewnych tematów po prostu nie ruszali. Niebyt jest niebezpieczny. Może okazać się pełen treści. Skazane na nieistnienie życie, może okazać się pełne bicia serca, neuronów, krwi, ścięgien, mięśni, myślenia, miłości, przerażenia, głosu, niepokoju, spojrzenia, które nie przemija, utkwione w jeden punkt. Ciało powieszone na haku, głową w dół, poderżnięte gardło. Niebyt jest pełen tego, co zostawiamy na zewnątrz sterylnego, czystoludzkiego świata. Lepiej się nie zagłębiać w to, co robimy innym. Można oślepnąć z bólu gdy się człowiek dowie. Można zamilknąć w rozpaczy gdy się zrozumie ile istnień i od jak dawna. To paraliżuje. Lepiej jak Parmenides udawać, że nie ma, niebytu nie ma, tamtych istot nie ma. Swojska nazwa, zapach przypraw, cienkie plasterki, które gładko układają się dookoła melona. Sztuka zajadania, kulinarna rozkosz. Pod warunkiem milczenia o tym, co rozdziera, zarzyna, krwawi, umiera. Parmenides niezmiennie uczy nas jak się oszukać.

Św. Augustyn i Karaluch

JH17.jpegIdzie sobie. Lezie. Pełźnie. Przebiega z nagłym szmerem. Rozrasta się w czujnym spojrzeniu do rozmiarów niemożliwych. Karaluch. Wyzwanie rzucone światu. Podobno to właśnie te istoty, które mają najmniejsze poważanie mają największą moc przetrwania. Pozostaną po nas owady. Kolorowe figlarne i czarne przysadziste pancerze, czułki, odnóża.

Co widzi karaluch? Czy karaluch brzydzi się człowiekiem? W sumie z perspektywy karalucha jesteśmy całkiem nadmiarowi, a do tego pchamy się wszędzie i za nic mamy zasady dobrego wychowania. Homo sapiens staje na drodze i mówi to moje. Potem betonuje, buduje, przecina korytarze jakimi podążały  całe pokolenia. Wprawdzie potrafi zrobić rozkoszne miejsca, gdzie pachnie pięknie pleśnią, kurzem, gdzie wilgoć i ciemność pozwalają spokojnie uwić sobie gniazdko, generalnie jednak człowiek jest zbędny. Przyjaznych miejsc byłby o wiele więcej bez bałaganu człowieka.

Karaluch, pan świata jest poza dobrem i złem. Ludzie zamartwiają się całkiem niesłusznie, że nie znają granic świata, nie wiedzą czym jest dobro i kto je stworzył. W swoim wypolerowanym pancerzu karaluch wie bardzo dobrze, że dobro nie wzięło się z nieba, nie spadło nagle na nas, dobro to mozół realizowanych zadań, powtarzalność czynności, możliwość przejścia z prawej na lewą stronę. Zło jest nieistnieniem dobra, dlatego ma postać wielkich przestrzeni zalanych betonem, domów, dróg, autostrad. Był las nie ma lasu, była łąka nie ma łąki, było życie jest cień, strach, niewola, marginesy, odpady. Zło jest niebytem, zła się nie stwarza, dobry świat dał tylko ziemię i niebo. W całe to dobro świata zło wżarło się gwałtownym wycinaniem, karczowaniem, wypalaniem, torturowaniem. Było sobie życie a pozostał żal, strach, cisza. Koszmarna cisza w lesie po polowaniu. Koszmarna cisza wiosną, po opryskach pól. Przerażająca cisza świstu samochodów, motocykli, kosiarek do trawy, pił ścinających drzewa. Poziom decybeli stwarzających ciszę.

Czym jest dobro i skąd się wzięło to, co nazywamy złem? Karaluch wie aż za dobrze. Niesie na swoim pancerzu, ma to pod nogami, wpisane ma w całe swoje życie. To bycie nie byciem. Niezauważanie. Tępienie. Zagrożenie. Tam pod podłogą, tam pod ziemią, tam gdzie nikt nie dostrzeże, tam gdzie nikt nie wygoni.

„Wstrętny robal”, bycie insektem. Świadomość, że nie jest się na miejscu, zrozumienie wypalone podskórnie „jesteś zły”, „jesteś nikim”, „nie ma cię”. Zło jest brakiem dobra. Brakiem zrozumienia. Brakiem szacunku. Brakiem świadomości. Zło rozlewa się stygmatem, wskazaniem, nazwaniem, odruchem wstrętu, odebraniem praw, uznaniem bycia niemoralnym, zgniłym, nie tym, którym się być powinno. Brak dobra zaczyna się w przekonaniach, niechęci, wstręcie, nie słuchaniu, ślepym podążaniu za tym, co krzyczą inni, w wierze, że to ja wiem, a tamten nie wie. W zawłaszczaniu, w świadomości, że to do mnie należy prawda i moralność, a do tamtych nie. Zło to brak domu, wspólnej przestrzeni, miejsca, gdzie się jest u siebie, sobą.

Zło rozgniata, pozwala zdeptać, zgnieść, wyrzucić zabić. Każdy karaluch, każdy robak to wie. Każdy karaluch ma tę lekcję przerobioną aż za dobrze. Każdy karaluch to zna, nawet ten w ludzkiej skórze.

Herder i żaba

JH22Ile razy można pocałować żabę? W zasadzie, jeżeli jest księciem to jeden pocałunek powinien wystarczyć. Ale jak ten książe w tej żabie głęboko się skrywa, to może drugi, trzeci pocałunek go wywoła? A co jak ten książe nigdy się nie pojawi? Dwadzieścia pocałunków? Czy żaby lubią być całowane? Czy żaba może nas pocałować?

Johann Gottfried von Herder zafascynowany był bajkami, opowiadaniami, tak samo jak i ludowymi podaniami. Pan filozofii i pastor w jednej osobie chyba nigdy nie wyrzucił z siebie dziecka. Dlatego próbując zrozumieć, jak człowiek mówi i dlaczego, pytając o to kim jesteśmy kochał czytać bajki i zbierał porzekadła. W języku tkwi klucz do zrozumienia człowieka, ale czy żaby też?

Odwieczny dylemat, człowiek mówi, mówi, mówi a żaba tylko znieruchomiała udaje, że jej nie ma. Odwieczny to problem żaba rechocze, kumka, skrzeczy a człowiek nic, siedzi nad stawem i się gapi jak głupi. Więc żaba już nie wie jak tego wielkiego idiotę namówić, żeby przesunął się choć trochę i dzieci jej nie płoszył. Co by zakumkała, to człowiek, jak cymbał wielki – nic. Tylko siedzi i się tępo gapi w wodę. Czy on ją w ogóle widzi?

Książe! Też coś! Każda żaba wie, że pocałowany człowiek nie zamieni się w żabę. Już tak ma, można go pocałować, szturchnąć, naskrzeczeć na niego a on nic. To tak jak z filozoficznymi przypowiastkami. Wedle Herdera tylko człowiek ma język, tylko człowiek przez to może tworzyć kultury. Zwierzęta są nie me i pozbawione przez to myślenia. A co z dziećmi? A co z osobami z niepełnosprawnością intelektualną? Herder tylko marszczył czoło i mówił o różnorodności form zachowań. Ucieczka w teorię zawsze wydała mu się tak bezpieczna. W końcu każdy człowiek to wie, są głębokie pytania i głupie odpowiedzi. Żaby na odwrót, wiedzą, że są durne pytania i głębokie odpowiedzi. Grunt to nie zamykać się w świecie pojęć i ludzkiego myślenia. No bo jak ktoś kto nie rozumie rechotania może pojąć tajemnice świata?

Dzisiaj żab tylu nie ma. Człowiek nadal siedzi nad jeziorem i się gapi. Nic nie zrozumiał, nie chciał nigdy ustąpić, nie pozwoliłby dać przestrzeń dzieciom żaby, jaszczurki i ważki. Johann Gottfried von Herder pozostawił po sobie przekonanie, że język to myślenie, myślenie to racjonalność, a racjonalność to człowieczeństwo. W zafascynowaniu nauczył nas szukać tego, co przeszłe, bajek, podań ludowych, językowych zabytków. Zapomniał tylko dodać, że czas też poszukać innych języków, nie tylko tych ludzkich. W jego systemie to jeszcze się nie mieściło, w naszym dzisiaj to ciągle budzi zdziwienie. Tymczasem żabich opowieści robi się coraz mniej. Nie spisywane, nie zauważone, bez fascynacji jakie to nie kryją się w nich tajemnice. Język jest kluczem do zrozumienia narodu, język jest też kluczem do zrozumienia zwierzęcia. Tylko zabrakło poszukiwaczy i kluczników. A żaby, jak to żaby, one powtarzać się nie lubią.

Raz dana była nam szansa. Jeden pocałunek i książe się nie pojawia. Może to i dobrze, zamieniona żaba w człowieka może nie byłaby taka piękna? W bajkach kryje się pewien stary błąd, za bardzo chcemy we wszystkim widzieć nas samych. W żabie księcia, jakby sama żaba nie była wystarczająco piękna i interesująca. W łabędziu kochankę, tak jakby sam łabędź nie był dość cenny i wartościowy. Żaby to wiedziały, skacząc po mokrych kamieniach i uciekając przed ludzką zachłannością. Dzisiaj żab tylu nie ma, człowiek zabrał im ich czas, skazał na wymieranie. Skażonym powietrzem człowiek może oddychać, żaba nie. Dlatego żaby umierają, one nie potrafią kłamać.

Pocałunek poszedł na marne. Książe się nie pojawił. Została żaba. Jej wspomnienie, jak potężny plusk wpadającego do wody ciała. Człowiek usłyszał tylko plusk. Potem rechotanie. Ile w tym było treści i co dokładnie to znaczyło? Pocałunek tafli wody. Odpowiedziały tylko świerszcze. Czas zabrany ziemi. Coś dookoła nas nieustannie umiera. Słowa, słowa, jak osad pozostają na dnie wspomnień. Żaby już wiedzą, że ten świat przestał być dla nich. Człowiek nie posunął się ani o centymetr.

Locke, herbata i świnia

JH16Niektórych osobników z rodzaju filozof można podzielić na dwa odrębne gatunki: paranoików i flegmatyków. Ci pierwsi, jak Kartezjusz będą miotali się nocą i zastanawiali czy „moja ręka jest moją ręką”, potem w upiornym niepokoju zrobią wszystko by udowodnić, że jednak świat istnieje. Ci drudzy, jak John Locke będą spokojnie siedzieć i pić herbatę. Skoro piję herbatę więc jestem. I niby o co chodzi? Paranoicy mają jednak tendencję by wszystko pokomplikować. Uwaga, to ja filozof, więc wiem, że nic nie wiem, dlatego wiem i opowiem. Flegmatycy dalej piją swoją herbatę, wiadomo assam może być słodkawy, nic jednak nie orzeźwia tak jak delikatna nutka bergamotki. I wprawdzie nie każdy lubi Earl Greya to i tak ta herbata ma w sobie coś tajemniczego i kojącego zarazem.

John Locke miał zaufanie, pewnie do świata, może do samych ludzi? W każdym razie nie bał się tak bardzo czy jego ręce są jego rękoma, gdy sięgał po herbatę. Przerażała go bardziej fanatyczna wiara, pozwalająca zabijać, tak samo jak wojująca ślepota nie pozwalająca w innym dostrzec drugiego. To czy świat istnieje nie budziło w nim wątpliwości, świat do niego krzyczał kolejnymi wojnami i śmiercią. Czasami po prostu wystarczy otworzyć oczy i się rozejrzeć. Neurotyczne skupienie się na sobie nigdy nie daje zbyt dobrych wyników.

Niektórzy Locka posądzali o zbytnią prostotę i naiwność. Jak tak można nie kompilować? Przecież człowiek zawsze musi rozwijać, utrudniać, pogmatwać. Nie wystarczy samo myślenie, potrzebne jest jeszcze Wielkie Myślenie, rozwiązanie Prawd Ostatecznych stawiane za punkt honoru. A tak po prostu zająć się sąsiadem, który w kapciach wyszedł przed dom i szuka drogi powrotnej, czy chorą znajomą, której już nikt nie przynosi zakupów, to przychodzi najciężej. Lepiej się snuje Wielkie Opowieści i dociera do Nieskończonej Prawdy. Tam w teorii jest bezpieczniej.

W Chinach świnia oznacza szczęście i dobrobyt, w Europie długo kojarzona była i z dobrobytem, i z zepsuciem. „Brudna świnia”, „gruba świnia” to obelgi. Tymczasem świnia jest. Tak zwyczajnie. Udomowiona 7/6 tysięcy lat temu leży sobie spokojnie i ziewa. Ziewa jak jest śpiąca. Leży jak jest zmęczona.

Spokoju nikt nie docenia, tak samo jak zwyczajności. Oczekiwanie na Wielkie Momenty i Przełomowe Sprawy to gorączkowe życie. Ma się dziać. Ale po co i dlaczego? Świnia sobie leży i myśli. Była już w ogrodzie, przekopała grządkę, teraz czeka na jedzenie i drapanie za uchem. Kto nie lubi drapania za uchem, albo głaskania po pleckach? Spokojne życie. Tylko czasami tam, na końcu wspomnień, w tym ciemnym zakamarku, którego nie da się zamknąć żyje jeszcze krzykiem. To krzyk za dziećmi, za kolejnymi dziećmi, to krzyk za stratą miłości, bliskości, to krzyk do śmierci, krzyk do zamknięcia, klatki, niemożliwości chodzenia. Czasami tylko tam w ciemności jej pamięci pojawiają się te straszne wspomnienia. Potem biegnie na oślep aż usłyszy ten głos. Człowiek potrafi być koszmarem. Człowiek potrafi też wszystko naprawić. Świnia uratowana od rzeźni. Wykupiona z transportu. Chiński znak szczęścia wypalony na jej skórze. Przestała być numerem. Doczekała się zbawienia.

Czasami uda się uratować świnię, czy inne zwierzę, z wielkiego transportu śmierci, z wielkiego przemysłu cierpienia. Czasami uda się stworzyć azyl dla zwierząt takich jak Magda, Maciek, Józia, i Krzysiek. Świnie którym przywrócono ich bycie sobą. Czasami udaje się rzecz wielka, przekonać kogoś by nie zabijał, nie uczestniczył w cierpieniu. Czasami zdarza się wielki dzień i można wyleczyć, dać dom, uspokoić, przynieść ukojenie. Czasami świat działa tak jak powinien, bez Wielkiego Myślenia i Prawd Ostatecznych.

Tak to już jest ułożone, dlatego może John Locke nie przejmował się za bardzo, czy świat istnieje. Zakładał, że skoro widzi zieloną barwę to znaczy, że łąka przed nim jest zielona. Świnia doskonale wie, co dla niej dobre, zna bardzo dobrze swoje możliwości, potrzeby, rozumie, że nie ma nic przyjemniejszego jak się przytulić i być z tym kogo się kocha. W spokojnej filozofii, bez Wielkiej Prawdy i Wszechogarniającego Niepokoju. Tak sobie posiedzieć na słońcu i cieszyć się tym, co jest. Niczym więcej. Byleby tylko człowiek na to pozwolił, nie zepsuł, nie wepchał się swoimi potrzebami i ideami, wówczas wszystko układa się pięknie. Czasami jednak wydarza się to, co piękne i szczęśliwe, i wtedy trzeba wchłonąć całym/całą sobą to co jest. Tak po prostu.

Leibniz i owca

Leibniz i owcaWięc było tak, najpierw bóg Leibniza zaczął się nudzić a potem odkrył, że na wszystko dobra jest matematyka. A może to Leibniz zaczął się nudzić spoglądając na swoje stare książki. Tego nie wiadomo, jedno jest pewne, że najpierw coś się stało, mucha usiadła na parapecie, służąca rozlała wodę w kuchni, za oknem ptaki umilkły zdjęte żałobą za odchodzącym latem. Gdy zrobiło się już całkiem cicho Gottfried Wilhelm Leibniz podrapał się po nosie i zaczął pisać. Coś przecież trzeba robić, nie można tak całe życie uciekać przed sobą.

Łączące się ze sobą monady nie mają okien, a mimo to świat działa. Cegiełki życia układane jedna obok drugiej, jedna na drugiej, program zapisany w genach, monadach, alfabecie życia. Owca doskonale to wie, czuje to z każdym przegryziony źdźbłem trawa. Owce są mądre, bardzo mądre, wiedzą doskonale kiedy się je zabija.

W zasadzie to Leibniz lubił swoje życie, przecież jego bóg był zdolnym matematykiem, ba nawet najlepszym, dlatego wyliczył najlepszy z możliwych światów. Bóg nie mógł się pomylić, dlatego Leibniz od dziecka delektował się smakiem jabłek, cieszyły go pękate, rozlewające się od pierwszego kęsu gruszki. Wszystko było dokładnie takie jak być powinno. Ta cisza za oknem nocą, to rozlane w przestrzeni milczenie. Tak, było dokładnie tak, jak chciał tego jego matematyk. Pod oknem nie może nikt przechodzić tupiąc obcasami. To by zakłóciło ten spokój sfer i nocy.

Niematerialne monady, są jak program powołujący do życia kolejne pokolenia. Owce rodzą się za każdym razem takie same: mądre i dumne z tego, że są owcami. Zaprojektowane życie. Chwile spędzone obok mamy, a potem długa droga donikąd. Każda owca milczy o swojej własnej śmierci, wie, że dopóki obok jest człowiek ona nie ma siebie. Jej ciało, jej złote runo, jej życie. Wszystko zaprojektowane w maszynerii życia, w której człowiek rozpanoszył się ze swoimi prawami i poczuciem własności. Owce są za mądre by uciekać, by protestować, wiedzą, że człowiek je ukradł z ich własnego życia. Projekt monady monad, wszystko już zostało wybudowane, łącznie z rzeźnią.

Filozof uśmiechał się spokojnie. Najbardziej prosta substancja wymaga spokoju, dojrzewa sobie w kosmosie i czeka aż jej przydział na życie zostanie aktywowany. Obliczenia mądrego boga snują się długą pajęczynom harmonii przedustawnej. Gottfried Wilhelm Leibniz urodził się jak się miał urodzić, tak samo jak owca w nieznanej mu zagrodzie, tak samo jak nieznany mu rzeźnik i kucharka. Wieczorna kolacja pachnie wybornie, któż pogardziłby tak smakowitą baraniną. W harmonii świata bóg i Leibniz spotykali się przy stole. Owce rodziły się nadal w ciszy, te nie miały tak dobrego boga, w świecie człowieka bóg zawsze jest dla niego. Dla owiec pozostaje trochę trawy i przerwana opowieść o tym, czego się już nie dowiedzą. W najlepszym z możliwych światów śmierć nie jest tak istotna, jak i cierpienie zwierzęcia. W końcu to filozof i człowiek siada do stołu, bezimienne życie znika z każdym kęsem. Jest tak jak ma być, jak chce on-człowiek, najwyższa harmonia wielkiego wymierania. Owce po to są anonimowe by strzyc, mordować, odzierać, wypiekać, wyprawiać w największym spokoju z góry zaplanowanego świata.