Śnieg

Pod biała pierzynką. Puchowo. Pięknie, bajkowo, dziecinnie. Śnieg, wszędzie śnieg, śnieżek sobie prószy. Robi się tak pięknie przed naszymi oczami, w naszych snach. Robi się tak cudownie. Więc w biel się otulamy i śnimy nasze wspomnienia o dzieciństwie, o rodzinie, o wszystkim tym, co dla nas piękne.biel

Biel kolor żałoby. Białe sari jest jak przekleństwo. Samotna wdowa. W bieli wszystko tonie, żal, samotność odrzucenie. Nie widać śladów, po których można dotrzeć z powrotem do domu. Można całkowicie się zagubić. Nie pomyśleć. Zatonąć. Gdzieś nasze życie nie jest już nasze. Żal wykruszył wszystkie dobre wspomnienia.

Biel kolor demonów. Przychodzą nocą. Śmierć jest biała. Biała skóra zniewolenia. Bieli trzeba się bać, jest w niej zatracenie. Nie można nic już zrobić, można tylko zostać podporządkowanym. Nagłe domaganie się by wszystko przestało istnieć, albo zaczęło istnieć na zupełnie inny sposób. Za sobą pozostawia to, co bezpieczne, kochane, bliskie. Dalej jest tylko zimno.

Biel to ślady wyraźnie widoczne. Każdy krok postawiony na śniegu jest jak wyrok śmierci. Głód ciągnie w pobliże jedzenia. A tam już czekają znudzeni życiem. Nie ważne sarny, jelenie, wilki. Legalne, nielegalne. Biel zagłusza odgłosy bicia serca, agonii, strzałów. Co nie poszło na komorę, będzie długo rozrywać ciało. Ślady krwi na śniegu krzyczą jeszcze głośniej. Życia nikt już nie zwróci.

Biel to zasypane ślady, urwane tropy. Był dom, nie ma domu. Było ciepło, nie ma ciepła. Wyrzucone, pozostawione, samo nie wie jak i kiedy, dlaczego. Było tak cudnie, wszyscy się cieszyli, była miska, kocyk, kolana. W bieli nie ma tropów. Coraz mocniej wieje. Rozwiewa pamięć. Każdy płatek śniegu jest jak wyrok. Zimno, coraz zimniej. Zamarza się z pamięcią o kolanach, o cieple. Skulone ciało przywiązane do drzewa jeszcze pamięta tamte zapachy.

Biel zapowiada hałas. Cała przestrzeń zajęta, gdy w szalonym pędzie, człowiek po człowieku, jeden obok drugiego, suną góra dół, jak w obłędzie. Biel zapowiada, że teraz człowiek będzie tutaj rządził. Szaraki mają zniknąć, przycupnąć gdzieś z dala od szlaków. Dziki mają się zakopać. Żadnemu zwierzęciu nie wolno wejść na trasę zjazdową. Świat nie jest już ich. Zbudowano miasta i tam nie ma dla nich miejsca. Zbudowano drogi i tam nie ma dla nich miejsca. Zbudowano trasy narciarskie i tam nie ma dla nich miejsca. Biel. Kolej na człowieka, jego radość, jego świat, jego widoki, jego góry, jego trasy.

Biel zapowiada samotność. Teraz na pewno dzieci nie dojadą. Zaspy za wysokie. Ręce za słabe. Pozostaje śnieg, dookoła śnieg. Jest pięknie. Jest bajkowo. Jest samotnie. Biel zapowiada utratę. Kiedyś jeszcze można było odśnieżyć, jeszcze można było iść wolniutko, wzdłuż płotu sąsiada. A teraz nogi nie te, wzrok nie ten. Śnieg wszystko przykrywa. Nawet wspomnienia, że w tamtym domu jeszcze jest. Stary człowiek.

Biel zapowiada strach. Z każdym krokiem jest coraz gorzej. Kule ślizgają się na niepewnej powierzchni. Nogi nie mają stabilnego oparcia. A ludzie przechodzą obok jakby nigdy nic. Nic im się nie dzieje, nic im się nie stało. Od dziecka przyzwyczajeni, by chodzić szybko i energicznie. Nawet nie zauważają, że można inaczej, o kulach, w śniegu. Ręce marzną bardziej, gdy zaciska się na oparciu plastikowej rączki i próbuje utrzymać równowagę. Trening w niechodzeniu od zawsze. Zimą jest jednak jeszcze trudniej. Normalsi tego i tak nie zauważają. Biegną tuż obok. Dobrze, że nie przewrócą.

Pod biała pierzynką. Puchowo. Pięknie, bajkowo. Śnieg, wszędzie śnieg, wszystkie odcienie bieli. Białego maltańczyka na śniegu, w mrozie łapki bolą. Biel wszystkie odcienie żalu.  

Powitania

Dzień dobry. Cały dzień niech będzie dobry. Ten moment oto; to otwarcie tej relacji, rozmowy, może reszty życia, gdy człowiek się zakocha i już nie może odejść dalej.

Dzień dobry. Tylko na ten moment. Nie psuj mi dnia, nie zatrzymuj mnie na dłużej. Porozmawiajmy jak ludzie tylko tu i teraz.

Dzień dobry. Zaskoczenie. Tak nagle, dzień przerwany na dwie części. Przed i po. Może? A jednak? Pewnie?

Dzień dobry. Konwencja. Jakie dobry, gdy pada, gdy jest smutno, gdy nam się życie nie układa. Jaki dobry? Żaden dobry. Nie mów nic więcej do mnie.

Dzień dobry. Niechcenie. Jaki dobry? Gdzie dobry? Po co dobry? Dla mnie? Dla ciebie? Dla niego? Dla niej? A po co? Po co tyle gadać…

Dzień dobry. To znaczy radosny. Dobroć jest wtedy kiedy człowiek się śmieje. Taka witalność w jednym geście, w blasku oczu.

Dzień dobry. To energia. Jest dobrze jak się jeszcze chce, jak jeszcze można działać. Dobroć przekazana w słowach i gestach. Teraz możemy zacząć razem pracować, zmieniać rzeczywistość dookoła nas. Jest dobrze bo się dzieje.

Dzień dobry. To fundamentalna sprawa. Jedni wierzą w boga i dla nich dobro jest najwyższej natury. Inni mają po prostu przed sobą psa, królika, kota, jeża i tyle. Ale ta dobroć może mieć wówczas fundamentalny wymiar. To jak miska wody wyniesiona w lato do ogrodu dla spragnionego jeża.

Dzień dobry. I zostań ze mną. Chociaż na chwilę. Przełam ciszę. Powiedz cokolwiek. Popatrz na mnie. Niech będę dla ciebie ważna, niech będę dla ciebie cały. Tak tu i teraz na ten moment, nim porwie nas znowu samotność.

Dzień dobry. I nie mów nic więcej. Słowa nie są potrzebne, żeby się dogadać. Po prostu sobie pomilczmy nim pójdziemy gdzieś dalej. Po prostu sobie posiedźmy nim zobaczymy coś więcej.

Dzień dobry. Koniecznie. Tak tutaj. Może herbaty? Kawy? Konfitury z wiśni? Wszystko byleby tylko jeszcze trochę. Dobrze to być razem, jeszcze lepiej to być ze sobą na dłużej. Czas herbaty jest czasem bezcennym.

Dzień dobry. Podobno psy nie witają się w ten sposób. To raczej ruch ogona i obwąchiwanie. Mało to ponoć eleganckie. Tylko te oczy mówią całym ciałem, językiem świata tego. Gdzie byłeś? Dlaczego tak późno? Nie wyjdziesz już więcej?

Dzień dobry. Koty mają swoja godność. Delikatnie. Z głową przechyloną na bok, a potem to mruczenie i całe ciało mocno przytulone. Nie trzeba już nic więcej. Miłość całego świata jest w tym jednym dotyku.

Dzień dobry. Osobą bezdomnym się nie mówi, w milczeniu mija. Czasami wcale nie obojętnie.

Brak słów, wejść, wyjść. Człowiek w uniformie jak mebel. Ochroniarz, sprzedawca, ten tam bez płci, imienia i twarzy. Ludzie których nie ma. Powitania są dla tych których znamy, lub tych którzy wyłaniają się z anonimowości. Tłum się nie kłania.

Odmowa powitania, niezauważanie. Ostracyzm, usunięcie, odsunięcie, niedostrzeżenie. Pokazane plecy i brak jakiegokolwiek słowa. Złość potrafi być wielka.

Odmowa. Zakwestionowana obecność, człowiek, zwierzę, istota żyjąca. Po co nam konwenans jak i tak nie chcemy ze sobą rozmawiać. Uraza potrafi być zapiekła i wyżerać wszystko dookoła.

Dzień dobry. Gra. Konwenans. Wypada. Nie wypada. Tak trzeba. Tak się chce. Tak się potrzebuje. W spojrzeniu, w geście, wzruszeniu ramionami, uścisku. Dobry dla wszystkich, niektórych, nikogo. Czasami nawet bardzo.

Pocałunek

pocałunkiPodobno pierwsze są najpiękniejsze, a może te ostatnie, zdania są podzielone. Jedni na tak inni przeciwni. Podglądane ukradkiem, lub rozdawane pośpiesznie, gdy północ mija i wita się każdy z każdym. Jedni będą mówić inni tylko całować. Pocałunki tak samo łączą jak i dzielą. Nie ma tutaj równości ani sprawiedliwości.

Książe pocałował księżniczkę i ta obudziła się z pięknego snu. Mógł dalej pozwolić jej śnić, ale on się uparł, żeby ją jednak pocałować, wyrwać z marzeń, z jasnych przestrzeni, po których wędrowała od dzieciństwa. Teraz już jest dla niego, nie może już uciec. Przywiązał ją do siebie, nie przejmując się, że czego innego chciała, nie słuchając jej marzeń. On, liczy się tylko on, a ona niech się cieszy, że już jej marzenia rozpierzchły się na wszystkie strony świata. Ma tak być i koniec. Pod powiekami pozostały jej tylko jeszcze wspomnienia, do których boi się zajrzeć.

Księżniczka pocałowała żabę. Miał być piękny królewicz, a znów nie wyszło. Dwa lata i dwa miesiące, a potem znów tylko żaby rechoczące obleśnie w stawie. Chciała wielkiej miłości a tu tylko dwa lata i dwa miesiące. Ciągły żal i niezrozumienie. Zawsze tak samo najpierw tęcza a potem obojętnienie. Jakby nic się już nie działo, nawet na nią nie patrzy, nie słucha jej, nie wie już jaki ona ma kolor oczu i jaki jest jej ulubiony kolor. Nic nie wie. On nic o niej nie wie.

Piękna pocałowała Bestię. Jeszcze przed chwilą tańczyli, a teraz ona w jednym geście ratuje, nie da mu się obsunąć, zrujnować resztki życia. Da mu całe swoje. Niech on wykorzysta jej życie, niech jej zabierze. Piękna jeszcze się łudzi, że robi coś wielkiego, że zaraz będzie książe i szczęście. Ale ono nie nadchodzi. Jest tylko smutek, który coraz więcej żąda, jest tylko rozczarowanie, które coraz więcej wie o niej. Jeden siniak, drugi siniak. Piękna pocałowała bestię. I jeszcze raz, i jeszcze raz, kolejna i kolejna piękna. One ciągle wierzą, że wszystko się może zmienić.

Gerda pocałowała Kaja, zdjąć złe zaklęcie, niech odzyska serce. Jak człowiek dorasta widzi czasami za dużo. Może lepiej było dać mu zamrozić serce do końca. Może królowa śniegu wiedziała lepiej i przejrzyściej. Gerda chciała walczyć do końca, tylko sama za bardzie nie wiedziała o co rozgrywa się jej bój. Więc teraz siedzi, na schodach prowadzących do domu. Jest już bardzo zmęczona. Dookoła za dużo z jej życia przycupnęło i się na nią patrzy. Czasami wydarzenia mają taki matowy kolor, czasami ciągle robi się zimno. Może lepiej było zostawić Kaja tam gdzie się schował.

Pocałunek. Jeden pocałunek na szczęście, odczarowanie losu, w policzek, w czoło, w nos. Kochankowie i ich pocałunki. Niezmiennie to samo od samiusieńkiego początku tego świata. A potem pozostaje księga niezapisanych wspomnień i marzeń. Zawsze można coś do niej dopisać.  

Spotkanie

spotkanieKoniecznie chcesz, nie chcesz, trzeba z rodziną, znajomymi, towarzyskie obowiązki. Wypada, nie wypada, zagadnąć, grzecznie, ręka, buźka, i niech się nikt nie wyłamuje. Spotkanie, obowiązkowo na święta, nieodwołalnie w sylwestra, bez żadnej dyskusji bo imieniny, urodziny, sto jeden dat i rocznic. Stadni, przecież jesteśmy towarzyscy.

Celebrowanie. Odludki, odmieńcy, samotnicy, dziwoludki, wypaczeńcy, smutni czegoś, depresyjni, maniakalni, zasmuceni, lepiej niech się nie wychylają. Takich leczyć. Wiadomo jak jest towarzystwo musi być radośnie. Niech przykleją uśmiech, uśmieszek, dobry humor wypożyczą. Niech nie marudzą, niech nie gmerają, niech się nie zamykają.

Grzywka w prawo, uczesane, rozczesane, kolczyki, krawaciki, uprasowane, pachnące, od święta, od wielkiego dzwonu, specjalnie na okoliczność. Trzeba się pokazać z wybiglowanym uśmiechem, z pewnością siebie, z doskonałym zdrowiem, z cudnymi opowieściami i samymi dobrymi przeżyciami.

Jak się nie ma do kogo to milczeć o tym. Jak się nie chce to nie przyznawać. Jak się nie potrafi to markować. Jak się straciło to udawać. Jak się przechorowało to nakłamać. Musowo dobre i wspaniałe, niech inni wiedzą, co ludzie powiedzą.

Ach święta i po świętach. Ach wakacje i po wakacjach. Wielkie wydarzenia, noworoczne dzwony, światła, gęste od ludzi powietrze. Imprezy, radosne bale, wielkie zgromadzenia. Tak bardzo na tak. Wszyscy chcą, każdy bardzo potrzebuje. A jak nie to niech ucieka, nie mówi, nie denerwuje.

I tak spotkania, nieskończony korowód, i tak okazje, ciągle i nowe, i stare. Radośni, rozochoceni. Bal, niech żyje bal. W ciszy nie można. Samotność jest chora. Niechęć niemożliwa. Przecież każdy, każdemu, oj tak nieustająco.

Spotkania. Bez słów, tylko moje myśli, twoje zrozumienie, tylko chwilę posiedzieć, bez niczego, ot tak. To się zdarza tak rzadko w tym ciągłym zabawianiu, rozgadaniu. To się zdarza tak sporadycznie, gdy nagle zrozumienie. Czasami. Jak dwie myszy, które przycupnęły w kącie. Jak dwa ptaki, które w przelocie dotknęły skrzydłami. Nie od święta, w codzienności, bez wielkich starań i niezwykłych okoliczności. Czasami, bardzo rzadko, człowiek spotka człowieka, ot tak po prostu. Jak tylko zauważy, tak na moment, jak tylko uda mu się dostrzec, tak bezpośrednio. Jak tylko nie da się porwać paplaninie, radosnemu bieganiu, ciągłemu wydarzaniu. Jak dwa koty, obok siebie, w tą samą stronę patrząc, jak dwie słowa spadające gdzieś obok.

Czasami, niezwykle rzadko, człowiek spotka człowieka, człowiek spotka psa, kota, siebie, drugiego, innego. To jest niezwykłe bo codzienne. To jest niemożliwe bo wymaga skupienia na innym, tak bez warunkowo, dostrzeżenia obecności. Ten jeden moment, kiedy ktoś po prostu jest. Tak bardzo rzadko, ale jednak to jest możliwe.

Spotkanie. Takie zwykłe spotkanie.

Mgła

mgłaJest bardzo romantycznie. Świat wyłania się z miękkiej perspektywy. Nie widać nic więcej, tylko fragmenty porozrzucane w naszej wyobraźni. Otula, uspokaja. Nic już nie widać. Nic już nie słuchać. Poza naszym domem, poza naszym głosem nie ma niczego. Mgła rozlała się dookoła. 

Na płótnie, rozlane gęstnieniem farby, konary drzew i ptak uchwycony w locie. Mgła jest bardzo malarska, pozwala na usunięcie tego, co będzie przeszkadzać w odbiorze, pozwoli pokazać tylko to, co naprawdę nas zachwycaResztę można usunąć, wolnym ruchem ręki. Biel miesza się z odcieniami szarości. Czuć zapach poranka. Mgła o poranku zawsze pozwala marzyć. 

Na drodze, przylepiona do czoła, gęstniejąca w powietrzu, każe się domyślać, czy to na pewno właściwy kierunek, czy rzeczywiście tak dobrze się żyje? Kroki w mgle zależą od naszej pamięci. Ciało z reguły wie, kiedy ma się zatrzymać, tylko my uporczywie dążymy do celu, nie oglądając się za siebie. Potrzebujemy osiągnięć, więc nie jest ważne co znajduje się dookoła. Liczy się sam ruch, a przestrzeń i ludzie dookoła nierzadko mogą po prostu zniknąć.  

W ogrodzie mgła zamyka nas w kokonie. Tam na wyciągnięcie ręki jest coś naszego, ale nie chce nam się zastanawiać. Bezdomny kot i zimowy jeż już się układają w swojej samotności. Nam nie chce się już wychodzić. Lepiej pozostać w domu, świat niech się troszczy sam o siebie. Żyje, przeżyje, głodne, nie głodne, a co nas to obchodzi. W środku jest ciepło i przyjaźnie. Na zewnątrz nie trzeba wychodzić, jest przecież tak zimno i wilgotno.  

W mieście natęża nasze zmysły. Mgła pomiędzy ulicami, domami, zaciera kontury, może zmylić przechodniów. Pół biedy gdy się zna miasto. Obcy w mieście to obcy w naszym świecie. Gdy przychodzi do nas ze swoimi możliwościami zawsze można przywitać go radośnie. Niech zostawi, niech coś da, niech się podzieli. Gdy przychodzi do nas ze swoim brakiem, lepiej niech nie podchodzi, mógł zostać tam, gdzie jego dom się rozpadł. Nie potrzebny jest. Zagubiony. Nie umiał już dłużej opłakiwać swojego utraconego życia, to teraz niech się gubi w naszym mieście, naszych zasadach, niech się zagubi pośród naszego życia. Niech pozostanie niewidoczny.  

W nas samych mgła tężeje. Gęstwa. Nikt nie przekroczy. Nasze ego schowane pod wieloma warstwami ciepłej pierzynki samozadowolenia. We mgle bardzo łatwo się zgubić, jeszcze łatwiej o wypadek. Nie wiem, gdzie idę, nie wiem na co natrafiają moje kroki. Takie bez ładu, tam i z powrotem, łażenie we mgle.  

Pomiędzy nami, mgła jest jak usprawiedliwienie. Nic już nie muszę. Przecież nie słyszę, nie widzę, nie czuję. To nie ja jestem bita przez męża za ścianą, to nie ja jestem płaczem dziecka na ulicy, to nie ja przemykam pomiędzy domami ze spuszczonym ogonem, to nie ja umieram na poboczu potrącona przez samochód, gdy biegłam do mojego lasu. To nie ja. Nie ma. We mgle wszystko ustaje. Również wyrzuty sumienia. 

Sen

senŚni bez kontroli, wolny fala za falą. Sen jest jak ucieczka, rzeczywistość zostaje zamknięta poza jakąkolwiek świadomością. Robi się spokojnie, bezpiecznie, robi się groźnie i przerażająco, jest nudnie, jest niezwykle, kolorowo, czarnobiało, jak i jak nie. Sen płynie czasami całe noce, czasami jeszcze dłużej. Śnienie.

Obudzić się jest sztuką, zwłaszcza gdy się ucieka w marzenia, w kolorowe wydarzenia, w to, co poza nami. Lepiej jest śnic z otwartymi oczami, wówczas rzeczywistość tak nie atakuje. Otulenie marzeniem, snem, tym, co poza. Codzienność bywa taka męcząca, taka niepotrzebna i tak ograniczająca.

Sny na jawie. Jak przetrwać nudne spotkanie, niepotrzebne rozmowy, niechciane wizyty, konieczne do zrobienia sprawy. Jak się wyspać gdy ciągle ktoś coś chce. Ucieczka w świat, którego kolory inaczej pachną, inaczej się dotyka świata, na swój sposób. Sny na jawie oddychają naszą niechęcią do rzeczywistości. Lepsze ja staje się bardziej obiecujące. Można sobie pomilczeć i oddalić się od tego, co niechciane.

Nie przesypiać, oto jest wyzwanie. Przespać życie czekając na coś co ma nadejść, jest tuż, już obok, więc czekać na to warto. Tylko, że nie nadchodzi. Milczenie. Ucieka to co obok, ucieka to, co przed nami. Przespane życie jest jak wygodne lekko przetarte kapcie. Nie trzeba za dużo się namyśleć, natrudzić, wystarczy cały czas wmawiać sobie, że i tak nic od nas nie zależy i spać dalej. A że ktoś prześladuje kogoś, a że wymagania i możliwości są ciągle spiętrzone, to można przełożyć, prześnić i powtarzać sobie, że to nie od nas zależy, że jeszcze nie, że to nie nasza sprawa.

Oniryczny świat naszej wygody, wewnętrzne migracji byle jak najdalej od kłopotów i zobowiązań. Wówczas sen jest kamienny jak współczucie czy odrzucone możliwości. Wszystko i tak ma kręcić się dookoła nas i dla nas. Jak jest inaczej to po prostu trzeba odwrócić oczy i milczeć. Niech inni rozwiązują co i tak nierozstrzygalne.

Sen, śnienie, marzenie na jawie. Oczy otwarte. Widzenie tego, co się chce. Podpowiedzi wyobraźni. Tak pięknie się śni i tak ładnie się przesypia. Czasami najlepiej tak właśnie postępować, zwłaszcza gdy się chce unikać. Niektórzy od samego początku wolą nie widzieć, nie słyszeć, nie dyskutować. Jeszcze inni uczą się przez całe życie miłej sztuki uniku. Ci co krzyczą, coś chcą, gdzieś ciągle biegają wprowadzają tylko ferment w świat uśpionych.  

Śni się pięknie, zwłaszcza na jawie, gdy życie krok po kroku odchodzi od nas i staje gdzieś indziej. Zasypia się tak spokojnie, gdy inni za nas ciągle próbują coś zmienić, coś zrobić. Oniryczne światy naszego ja, które nie potrzebuje by go niepokoić. Uśpione sobą, własnymi pragnieniami i marzeniami, nasze ja, małe centrum wszechświata siebie. śpi spokojnie uśpione własną miłością. Gdzieś tam na zewnątrz może i coś umiera, ale nasze życie śniąc odpuściliśmy tak samo jak życie drugiego. Nie nasza walka, nie nasza troska, nasza miłość własna.

Niektórym bardzo chce się spać.

Całkiem normalnie

całkiem normalnieJest całkiem normalnie bo jest co ma być. Właśnie tak nie inaczej. Zrobione w odpowiedniej koleinie, wydreptane. Tak jak mama, babcia, prababcia, tak jak tata, dziadek, tak jak wszyscy z rodziny, dookoła. Nie do pomyślenia by było inaczej, całkiem niemożliwe by zmienić, przemyśleć, zaplanować.

Norma, linijka, waga, cyrkiel, odmierzanie, odliczanie, dwa gramy więcej, trzy centymetry mniej. Norma jak miara wszechświata, wyznacza dokładnie to, co powinna. Jest nieskazitelna, czysta, pełna, najpewniejsza. Dopracowana w każdym szczególe, dla każdego. Królestwo wielkich kwantyfikatorów i obiektywnej prawdy i ideałów.

Nieustępliwość gdy wierzy się w to, co normalne. Walka by trwało to, co uznane za właściwy porządek, boskie prawa, stworzenie podług zasad i reguł doskonałego świata. Nie wolno przegrać, nie wolno się cofnąć. Za wszelką cenę, nie dopuszczać innych do głosu, nie pozwolić na manifestację przeciwległej strony, wyplenić wszelką inność. Niemożliwe, złe, obrzydliwe jest to, co odbiega od normy. To norma lśni jak złote marzenia, dlatego nie można jej zbrukać.

Jest jak ze złota, z drogocennego kruszcu. Normę się kocha, dla niej poświęca wszystko. Nawet można w tej miłości to normalności nie zauważyć jak bardzo zabija się własne życie. Przykrawa, rąbie, docina, byleby tylko sprostać. Ostra dieta, żarliwa modlitwa, odrzucenie wroga, wyrzucenie dziecka z domu, odcięcie się od starych przyjaciół. Byleby tylko podołać, nie iść na żadne ustępstwa, żadne kompromisy. Dostosowanie do normalności, życie „wedle” uznaje za świętą normy. Brak dyskusji. Milczenie i krzyk. Każdy, nawet najbliższy może być uznany za wroga jeżeli tylko śmie kwestionować oddziaływanie tej jedynej, cudownej normy.

Drobiazgowość. Trzeba dopracować każdy szczegół. Nie wolno nic poluzować. Jak się chodziło na ósmą w niedzielę na mszę to się będzie chodziło nadal. Nawet jak już nie można, nawet jak się osuwa, cofa, nie chce. Wątpliwość są jak plaga, życie normalne usuwa je nagminnie. Nieustępliwość. Trzeba podążać za tradycją, nieustępliwie. Rodzina to rodzina. Nawet jak się kocha całe życie inną osobę, to i tak norma upcha nas w jeden jedyny właściwy model. Można zaprzeczyć sobie, nienawidzić siebie, ale nie zrezygnuje się z normalności. Konsekwencja. Jak się urodziło tu i nigdzie indziej, to właśnie tu się pozostaje. Nawet jak niesie człowieka daleko, to nie, trzeba wypierać, negować. Normalni ludzie kochają tylko to, co dostali w pakiecie przy narodzinach. Dom, rodzina, ojczyzna, religia, model postępowania. Norma zamyka w obrazie jednego rodzaju. Nie ma nic więcej. Dom ma być taki jaki został stworzony w modelowym przekazie nieistniejących wartości. Rodzina ma być taka jaką opowiedzieli herosi prawdy. Ojczyzna ma być tym, co naznaczone na mapie jako majność, granice są nieprzekraczalne. Pojechać, zwiedzić, zobaczyć, że inne jest gorsze i wrócić. Ziemi ojców się nie porzuca. Placówka. Negocjacje, zmiany, dążenia, przemieszczenia, transgresje, dialogi, eksperymenty, nowe tożsamości płoną na stosie świętego oburzenia.

Normalność, norma, pewność, że właśnie tak a nie inaczej się postępuje. Klatka nasza powszechna, zasznurowane oczy i usta, pozamykane umysły, ściśnięcie i sprowadzenie wszystkiego do jednego, podporządkowanie, niewola, poświęcenie, zatracenie. Zamknięcie, zabetonowanie, wykluczenie – siebie.

Zmęczenie

zmęczenieSię siedzi. Tak troszeczkę, na pół świadomie, na pół w ogóle, wszystko jest na pół. Oczy też pozostają półprzymknięte, jak żaluzje przez które razi słońce. Jakoś wszystko się rozchodzi, rozłazi. Te pół słowa nawet nie wiadomo czy są wypowiadane.

Zmęczenie nie przychodzi raptownie chociaż nagle może zostać odkryte. Ono zaczyna w nas się rozsiadać, zjadać od środka, coraz bardziej zatrzymywać wszystko, co dookoła. Potem nie zostaje już nic oprócz konieczności. Jak jeszcze na początku praca sprawiała przyjemność to potem jest już tylko to: rozsiadłe przygniecenie.

Robi się. Się robi. Raz po raz. Te same gesty. Automat. Nasze ręce dają się wyćwiczyć, tak samo nogi. Znacznie gorzej z głową, ona nie raz pozostaje nie dostosowana. Jeszcze jej się coś marzy, gdy ręce i nogi znają już swoją powinność, palce automatycznie zaciskają się na klamce, kierownicy, poręczy, automatycznie uderzają w klawiaturę, automatycznie zaciskają się na ścierce, pielusze, prasowanym ubraniu, półce by podtrzymać. Głowa jeszcze nie wie, ale ręce od samego początku tak. Tak to wygląda, tutaj nie ma ucieczki.

Zmęczenia nie tak łatwo jest się pozbyć. Godzina przesiedziana w fotelu nie wystarcza, zwłaszcza gdy na kolanach książka do korekty, dziecko to nakarmienia, kot ciągle chory, listy nie napisane, wspomnienia nie opowiedziane, przeszłość i przyszłość rozbiegają się po pokoju jak pająki. Wyrzuty sumienia, że się siedzi, jeszcze siedzi.

Się chodzi. Dwa kroki w bok, nóż, kuchenka, cebula. Się chodzi nieustannie dwa kroki w tył, miska z wodą, czajnik, pokrywka. Się nieustannie do przodu i w tył. Jeszcze ta plama na blacie, jeszcze te grzyby rozsypały swoje zasuszenie, jeszcze sól na górnej półce unosi się nad wszystkim. Jeszcze ten spodeczek, nie taki, nie w tym miejscu. Się chodzi nieustannie, dwa kroki i potem zwrot. Się przypomina, się odpływa, się ulatuje.

Zmęczenia są w liczbie mnogiej. Nie tak, że jest jedno. One sobie przychodzą do człowieka całymi stadami, jak dzikie koty, które wyczuły jedzenie, jak ptaki które zlatują do rzucanych im ziaren. Zmęczenia malutkie, codzienne, zwyczajne, one przychodzą nieśmiało, prawie na paluszkach. Takie nie widzialne. Potem toczą się te już nażarte naszym życiem, wlewają się żalem, że akurat tak się to wszystko potoczyło, że akurat tak to wszystko wygląda. Są jakieś takie nieustępliwe. Krzyczą.

Się żyje. Powolutku. Pomalutku. Troszeczkę w domu. Troszeczkę w pracy. Się żyje, nic w zasadzie wielkiego nie robi. Tylko się je, oddycha, śpi, wstaje, wychodzi, przychodzi. Ciało już to dobrze wie. Tylko ta głowa. Z nią zawsze pozostają kłopoty. Ale i tak się żyje. Tak troszeczkę, tak jeszcze. Się.  

Obiad

obiadKrzesło do krzesła, stara to opowieść. Byli co tydzień. Tyle się działo. Poplamiony obrus, lampa nad stołem do dzisiaj kołysze się od śmiechu. No więc stare meble mają dobrą pamięć. Wszystko w nich pozostaje. Ale proszę Pana i dziękuję za przepis, świetny ten torcik, kiedy ona wróci, już się rozstali, niemożliwe, Pan na pewno nie wie co mówi, moja kochana, takie to zabawne, nie, nie mów, nic już lepie nie mów.

Dookoła stołu zgromadzenie jak co tydzień wielkie. Krzesła tłoczą się jedno, obok drugiego, nogi stołu drżą od uginających się opowieści. Talerze z białym wzorem wytłaczanych różyczek pobrzękują z daleka. Zaraz się pojawią, na obrusie, dookoła rąk, palców, obrączek, pierścionków, sztućców, mankietów, nieuważnych nadgarstków i gestów dłoni.

Obok okno wychodzące wprost na drogę. Słychać stukot kopyt, toczące się koło po bruku, słychać silnik, drobne kroki, pomarszczone dłonie, czuje się już jesień w powietrzu. Przy stole wygodnie zasiadają: on pan fotel, ona pani krzesło, on malutki jeszcze tak taboret. Kot przemknął lat tyle temu, że nikt nie pamięta. Lampa dawno zdołała się przepalić. Dziura w suficie i podłodze. Bąba przeleciała pokazując na długie miesiące gwiazdy. Potem już nic nie zostało. Okno nie wychodzi, stół zastał się gdzieś w ciemnościach.

Jak co tydzień, cała rodzina się spotyka, przyszli też znajomi i przyjaciele, krewni i wspomnienia. Obiad zawsze jest taki ważny, tyle można opowiedzieć. Stół pręży się statecznie podtrzymując konwersację, krzesła podstawiają kolejne tematy do rozmowy. Fotel w kącie zasnął już dawno, wiadomo jest już za stary, kot już go od dawna nie drapie.

Dokoła domu cisza. Gęste i lepkie liście od jesiennego deszczu. Tyle, że to było tak dawno temu, nikt już nie pamięta. Drzewa nie ma, domu nie ma, stare meble już nie pamiętają. Została tylko ta dziura w dachu przez którą widać gwiazdy. Czasami na nie parapecie nie usiądzie wróbel. Czasami na nie obiedzie pojawi się nieproszony od dawna gość. Czasami pośrodku lata przypomina się stara bieda zima. Jeszcze tylko dwa słowa, dwa spojrzenia. Jeszcze jedna chwila.

Obiad, to takie ważne wydarzenie, przyjdą na niego wszyscy, których nie ma. Deszcz lepki robi się od tamtej jesieni. Nie odpowiada na dzwonienie do drzwi nikt.

 

Herbata

herbataAleż proszę, bardzo proszę, serdecznie zapraszam. Herbata jest jak deklaracja, pokojowa deklaracja, można spokojnie siedzieć i troszeczkę sobie porozmawiać. Nie nawałnica, nie najazd, nie awantura z ostrymi wyzwiskami. Herbata jest od umiarkowanych nastrojów, spokojnych słów i statecznego myślenia. Po to jest herbata, nie prawdaż? Żeby tak właśnie sobie troszeczkę posiedzieć i porozmawiać, tak trochę powspominać, po marzyć, grzecznie zagadnąć o plany, nieco wplątać własnych przemyśleń w proste słowa. Po to jest herbata prawda, żeby ludzie mogli tak po prostu porozmawiać.

Złoty napar, liście skurczone od schnięcia na słońcu. Ktoś je dla nas zbierał, ale to nas mało obchodzi, przecież zapłaciliśmy, za cały proces od posadzenia rośliny po finał, to, co gorące w nasze filiżance. Powoli przesączona esencja. Przy herbacie jest dobrze posiedzieć, robi się ciepło i od razu chce się porozmawiać.

Konwencja. Nie chcemy się sami przed sobą przyznać, że tak lubimy i że tak potrzebujemy te wszystkie rytuały. Zaparzenie herbaty może być sztuką, zwłaszcza gdy drobne ręce wprawnie nalewają wodę, przelewają jedno do drugiego z naczynia do naczynia. Nie ważne co w co. Ważne kto i jak. A może na odwrót nie ważne kto ale co się dzieje. Permutacja natury, transformacja materii, chwila oderwania dla człowieka. Może i jest w tym troszeczkę napięcia, zwłaszcza gdy wszyscy czekają, ale na tym polega mistrzostwo by nie zważać, na to co dookoła, by spokojnie robić swoje. Rytuał parzenia herbaty rozwiewa wszelkie wątpliwości, potrzebna jest nam cisza.

Jasny, klarowny, o ciemnobursztynowej barwie. Od razu pobudza poetów i filozofów. Trzeba jednak na nich bardzo uważać, nie wolno dać się zwieść łądnym słowom, zwłaszcza gdy płynną tak gładko. Myślenie wymaga albo prostoty albo odwrócenia, porządku wszystkiego, za to nie potrzebuje gładkich słów i niepotrzebnych ozdobników. Dlatego trzeba uważać artyści i myśliciele lubią nas zwodzić, zwłaszcza gdy siedzą przy herbacie i wąsy im się moczą. Za dużo cukru, za dużo cytryny, za dużo esencji, za dużo sensu, za dużo znaczeń, za dużo siebie. Picie herbaty ma to do siebie, że może stać się nie potrzebne. Przesycenie.

Ależ proszę, bardzo proszę, serdecznie zapraszam. Na talerzyku są i Magdalenki Prosuta i drobne czekoladki wyniesione prosto z dzieciństwa mojej mamy. Dzisiaj nikt nic takiego nie robi. Ale na czas herbaty podają się same, jak na przyjęciu królika, gdzie szalony kapelusznik sam z siebie sprzedaje cudze marzenia. Alicja wprawdzie tu nie zagląda, ale my możemy ciągle o niej pomarzyć, uciec tak jak ona do zaczarowanego ogrodu, odbiec od codzienności, odciąć się od przewidywalnego świata.

Ależ proszę, bardzo proszę, serdecznie zapraszam. W czajniczku ze złamanym sercem herbata, taka w sam raz, do picia teraz albo nigdy, z temperaturą i natężeniem właściwym do bólu każdego sprawdzonego zdania. Jest. Teraz właśnie jest, już się od nas nie odwraca. To nasza godzina. Nasza herbata. Nasze, to jedno nasze życie, ciągle jeszcze tu jest, jeszcze można je wypić.