Szacunek

osmy-marcaUległa, delikatna, irracjonalna, emocjonalna, skupiona na domu, dzieciach, mężczyźnie, który jest dla niej całym światem. Nie potrafiąca podejmować decyzji, niepewna, zagubiona, potrzebuje w swoim życiu dopełnienia jakie może uzyskać tylko w związku. Pełna sprzeczności i trudna do zrozumienia. Taka ma być kobieta w stereotypowym ujęciu.

Manify i manifestacje, walka o prawa wyborcze, równouprawnienia, walka o możliwość studiowania i podejmowania pracy w zawodach wcześniej zarezerwowanych tylko dla mężczyzn – przyniosła widoczne rezultaty. Dzisiaj nikt się nie dziwi widząc kobietę w pracy, jadącą samochodem, zakładającą konto i sięgającą po kartę wyborczą w dniu wyborów. Zmiany te są tak ogromne, że trudno nie uznać, iż kobiety weszły do świata wcześniej dla nich zamkniętego – pełnoprawnego życia obywatelskiego.

Po kątach jednak od czasu do czasu można spotkać stereotypowe myślenie. Spojrzenia pełne ironii, taksowanie wzrokiem kobiety jak towar, ocenianie jej przez pryzmat szowinistycznych dogmatów o wyższości mężczyzn. Ciągle niższe płace, ciągle gorsze możliwości zatrudnienia, ciągle próba zapanowania nad autonomią kobiety poprzez jej ciało, wieczna wojna reprodukcyjna, gwałt i poniżenie. Rzeczywistość kobiet zmieniła się bardzo, ale pozostaje jedna lekcja do odrobienia.

Tą lekcją jest wychowanie. Dziewczynki wciąż mogą być gorsze z matematyki czy fizyki, ciągle obciąża się ich cielesność i wpisuje w model słodkiego kociaka. Chłopców ciągle nie uczy się szacunku do koleżanek, tego, że kobieta mówiąc „nie” wie dokładnie co ma na myśli, nie uczy się też ich empatii. W nowym (współczesnym) świecie, gdzie kobiety mogą coraz więcej, ciągle są osamotnione.

Najpierw przez przyjaciół – bo stają się jakieś dziwne, mało dziewczęce, mało ciepłe, kiedy chcą robić karierę zawodową (i co gorsza jeszcze o tym powiedzą). Potem zostają same ponieważ mężowie i partnerzy nie zawsze dobrze znoszą konkurencję w domu. Równouprawnienie nie zawsze realne jest w związku. Na koniec potępia je społeczeństwo, zwłaszcza jeżeli mają czelność pozostawać bezdzietnymi. Kobieta która postanawia zostać w domu nie ma wcale łatwiejszego życia. Ponownie najpierw odsuną się od niej przyjaciele – bo za dużo czasu poświęca dzieciom i mężowi, potem spotka się z brakiem szacunku ze strony rodziny, że zaniedbała się i za dużo poświęca jej czasu, na koniec potępi ją społeczeństwo jako głupią kurę domową, która nie rozumie co to jest planowanie rodziny. W każdym wypadku i kobieta pracująca zawodowo, odnosząca sukcesy jak i kobieta pracująca w domu i opiekująca się rodziną zostaną zestygmatyzowane.

Ósmy marca: kwiatek, ciepłe życzenia, kilka miłych słów, program w telewizji o kobietach, może dwa słowa powiedzą w wiadomościach o manifestacjach kobiet, może pojawi się jakiś artykuł. I cisza. Wszystko wraca do normy. Stereotypy zaczynają działać i kobieta ponownie zanurza się w swoim świecie, gdzie powinna być interesująca ale nie wyzywająca, zadbana ale nie dbająca o sobie przesadnie, inteligentna i zaradna ale nie wpędzająca w kompleksy mężczyznę. Najlepiej, żeby była podporządkowana, jeżeli nie samemu mężczyźnie to stereotypom, najlepiej żeby znała swoje miejsce w społeczeństwie. Równouprawnienia tak, ale bez przesady. Równość tak, ale bez zaburzenia relacji i podziału płci.

Święta przemijają szybko. Specjalne dni i okolicznościowe wydarzenia nic tak naprawdę nie wnoszą, jeżeli nie zaczniemy raz jeszcze od przemyślenia kim jesteśmy i co oznacza nasze życie, jeżeli nie zadamy sobie raz jeszcze pytania co oznacza równouprawnienie. Jeżeli nie zaczniemy wychowywać młodych ludzi by szanowali się nawzajem nie pacząc na płeć ani kolor skóry, tylko dostrzegali się wzajemnie. Szacunek. W zasadzie wystarczy tylko szacunek.

Reklamy

Dzień kota

dzien-kotaDzień kota minął prawie niepostrzeżenie. Tak jak to z kotami ponoć bywa. Koty chodzą własnymi drogami, są niezależne, przywiązują się do miejsca nie do człowieka, bywają złośliwe, w zasadzie nigdy nie kochają tylko manipulują człowiekiem. Koty nie lubią też wody i piją mleko. Listę tych przesądów można by było pewnie poszerzyć o nie jedną kocią wyimaginowaną cechę. Koty miały być diabelskie – a w czarne koty w średniowieczu diabeł wchodził, zwłaszcza gdy chciał podejść do domostw człowieka, stąd pobożni ludzie przepędzali czarne koty ze wsi. W XVIII wiecznym Paryżu mieszczanie lubowali się w jedne zabawie z kotami: łapano ich jak najwięcej wrzucano do pojemnika i ten wpuszczano do ognia. Ponoć pisk zwierząt miał być tak zabawny, że rozrywka ta zyskała sporą popularność.

Współcześnie oczywiście nie jesteśmy ani zabobonni, ani tak okrutni, aby torturować zwierzęta. Myśliwi wcale nie urządzają sobie polowań na psy bezpańskie i te z obrożami. Programy odstrzału podejrzanie starych i chorych zwierząt wcale nie istnieją. W mieście nie ma pomysłowych żartownisiów wypychających karmę dla zwierząt szkłem, a o bezpańskie koty każdy dba jak o swojego kociaka. W zimie się je dokarmia i specjalnie dla bezdomnych kotów otwiera okienka w piwnicach. Tak wiek XXI odznacza się szczególną miłością do zwierząt.

Dzień kota to dobry dowcip w kalendarzu. Oczywiście zawsze znajdą się szalone mamuśki i tatuśkowie koci, którzy będą biegać za czworonogiem z obłędem w oczach. Nawiedzeńcy organizujący zbiórki i schroniska, zanoszący do lecznicy każde kulejące zwierzę. Jak wiemy koty są złośliwe i manipulujące ludźmi, dlatego szybko orientują się kto im w okolicy pomaga. Sąsiad dokarmiający kociaki znajdzie ich więcej na swojej wycieraczce. Koty wiedzą od kogo mogą wyciągnąć pożywienie. Tak samo zawsze znajdą sobie naiwnego, który wyda na ich leczenie sporo, a potem odda swoje łóżko.

Na szczęście są jeszcze tacy, którzy wiedzą: kot, pies i cała inna gawiedź to istoty bez duszy. Bóg tylko człowieka stworzył na swoje podobieństwo i obraz, a nie psa i kota, nie wspominając o innych płazach i gadach. Dlatego zwierząt nie wolno nazywać ludzkimi imionami, bo to profanacja godnej osoby człowieka. Dlatego też zwierzęta powinny znać swoje miejsce: w budzie na łańcuchu, przed domem, w zimnej piwnicy by wyłapać myszy. Zwierzę ma służyć człowiekowi do końca. A niezdatne do pracy nie znajduje już miejsca w domu. Ci mądrzy ludzie wiedzą też, że inni się mylą i grzeszą siedząc z kotem na kolanach i pielęgnując pieska jak dziecko. Co ludzkie ma pozostać ludzkie, a świat jest dla człowieka, w końcu Bóg nas tak stworzył i to jest dobre.

Dzień kota jest niewiele znaczącym wybrykiem. Tak jak dzień ziemi,  dzień kundelka (25 października), dzień psa (1 lipca), dzień leśnika i drzewa (pierwsza niedziela kwietnia). Ekolodzy świętują byle co, blokując przy tym rozwój miast i wsi, przykuci do drzewa wariaci.

Dzień kota już minął, dla niektórych zauważony z półuśmiechem, lub pogardą, dla innych bez kota. Tylko koty zostały: bezdomne, brudne, niechciane. Uciekające spod kół samochodów, próbujące znaleźć bezpieczne miejsce i cokolwiek do zjedzenia. Tak samo jak bezpańskie pieski, błąkające się ptaki, wiecznie brudzące parki i skwery gołębie. Cały ten zwierzęcy świat, który próbuje przeżyć pomimo rozwoju technologii, zanieczyszczeń, ludzkiej złości i buty, że to wszystko nam się należy. Cały ten zwierzęcy świat, który próbuje jakoś się odnaleźć w świecie, który człowiek tak skutecznie sobie podporządkował…

Człowieczeństwo….

fundamentyFilozofowie czasami są szaleni. Niejaki Diogenes miał chodzić z lampą po mieście i szukać prawdziwego człowieka. Podobno go nie znalazł. Inni jednak na tyle się tym przejęli, że zaczęli zastanawiać się nad istotą człowieka, nad samym człowieczeństwem. Z czasem poszukiwania przerodziły się w konstruowanie wizji jak człowiek powinien wyglądać, kim powinien być. Starożytna mądrość nauczyła nas na długie stulecia, że człowiek jest istotą rozumną, kolejni dodali, że godną, jeszcze inni, że bardzo ważną, właściwie najważniejszą na świecie. Mnogość teorii i definicji prowadzących do wspaniałych wizji. Czy jednak warto brać lampę do ręki? Czy można mówić o człowieku w kategoriach takich abstrakcji i uniesień?

Nie szukam człowieka ani człowieczeństwa. Tego pierwszego mogę spotkać jak tylko zacznę rozmawiać z tym, kto stoi naprzeciwko, tego drugiego po prostu nie ma tak jak pustych wartości i idei. Piękne konstrukcje i wspaniałe narracje nic nie dają, gdy drugi człowiek jest obojętny na nas a my na niego. Człowieczeństwa i człowieka nie ma, jesteśmy tylko my. Jednostkowe spotkania, indywidualne relacje, w których stwarzamy siebie dobrymi albo złymi, uczciwymi lub fałszywymi. By poznać siebie i drugiego człowieka nie potrzebuję wielkich teorii – wystarczy otwarcie się na tego, kto jest inny, tego kto na przeciwko.

Warto pamiętać o niebezpiecznych słowach i poglądach na temat człowieczeństwa, pustych teoriach dotyczących człowieka i jego powołania, zwłaszcza, gdy demagodzy współczesności próbują nam pokazać, co jest złego w świecie i w jaki sposób należy uleczyć naszą „duszę”. Specjaliści od wartości drżący, że zły zachód, konsumpcjonizm, lub technologia wykradną nam wrażliwość; nie dają nam spokoju wskazując właściwe zachowania. Będą dla nas budować normy i zasady, nie pozwolą nam rozmawiać o rzeczach niebezpiecznych i drażliwych, nie pozwolą spotykać się bez wyraźnego uzasadnienia sensowności spotkania, zadbają o każdy szczegół naszego życia, byśmy byli coraz lepsi, coraz bardziej człowieczy.

Nie szukam człowieka ani człowieczeństwa, tak jak nie słucham demagogów i głosicieli doskonałego porządku. Historia zna takich bardzo dobrze, tak samo jak mędrców wskazujących nam drogi postępowania. Piękne teorie, czasami aż za piękne z reguły prowadzą do utopi lub do totalitarnych systemów. Zwyczajne życie obejdzie się bez tych wszystkich wyrafinowanych konstrukcji, wystarczy, że nauczymy się szacunku do siebie wzajemnie bez oczekiwania, iż sprostamy wydumanym ideom.

Współcześni specjaliści od dobra i właściwego sposobu bycia, wzniecają raz jeszcze strach wobec życia, złą jakie niesie w sobie postawa negująca humanizm i wartości. Demagodzy wolą rozprawiać o ideach niż o możliwościach jakie daje świat, problemach jakie w sobie niesie codzienność. Lepsze zmitologizowanie niż ogląd tego, co jest. Współcześni specjaliści od dobra i właściwego wymiaru życia czasami sami się boją tego, co mówią, dlatego pohukują coraz głośniej i otaczają się ludźmi tak samo jak oni niepewnymi i złymi na rzeczywistość w jakiej przyszło im żyć. Wielkie idee mogą przynieść zamknięcie na to, co od nich odmienne.

Dlatego nie szukam człowieka ani wzorców i ważnych wskazówek człowieczeństwa, wolę codzienność, brak jednoznacznych odpowiedzi, po prostu nie boję się życia.

Musimy zdać sobie sprawę!

mozemyMusimy zdać sobie sprawę, że w życiu jest tyle do zrobienia. Codzienność, jej drobne sprawy, absorbujące tak mocno, wymagają skupienia. Podany obiad, posprzątane mieszkanie, pies wyprowadzony na spacer, rozmowa z mamą, telefon do przyjaciółki, czyszczenie butów, herbata zrobiona za wcześnie, stygnąca na stole, gdy jeszcze trzeba skończyć maila. Do tego dochodzą obowiązki zawodowe, najpierw na studiach (studiowanie to przecież praca i to nie rzadko ciężka) potem w pracy. Czasami miło jest wyjść do kina, spotkać się z przyjaciółmi.

Musimy sobie uświadomić ile mamy możliwości. Choć nie zmieni się świata, to można uratować bezdomnego kota. Choć nie zmieni się ludzi, można pracując z nimi przekonać choć parę osób, by nie traktowali świata i zwierząt jako bezterminowo danych nam przedmiotów. Można rozmawiać, pertraktować, uczyć: uchodźców języka ich nowej ojczyzny, siebie że drugi człowiek jest ważny. Można zostać wolontariuszem/wolontariuszkom w hospicjum, stworzyć rodzinę zastępczą dla sieroty, pomóc zorganizować pracę dla bezdomnego/bezdomnej. Można bardzo dużo, zwłaszcza gdy potrafimy współpracować z drugim człowiekiem, kiedy otwieramy się na innych, zaczynamy działać, realizować to, co dla nas i dla nich ważne. I nie jest istotne jak duży będzie zasięg naszego działania, ważne będzie to, co chcemy zrealizować, na ile choć jedną osobę przekonamy, że warto pomagać, że nienawiść jest szkodliwa, a umysł otwarty zawsze daje więcej niż zamknięcie w skostniałych poglądach i przekonaniach.

Musimy zrozumieć, że bardzo dużo możemy dzięki luksusowi kulturowemu jakim jest wolność słowa, wolność zrzeszeń, wolność propagowania różnych idei, oraz wolność życia na różne sposoby. Ten kulturowy luksus powinno gwarantować nam państwo: trójpodział władzy, przestrzeganie prawa, trybunał konstytucyjny, wolne media, wolne zgromadzenia, istnienie stowarzyszeń, fundacji, wolny uniwersytet. Dzięki tym sprawnie funkcjonującym elementom człowiek może się rozwijać i realizować swoje cele, mierzyć dalej niż własne potrzeby.

Jeszcze nie tak dawno żelazna kurtyna oddzielała demokratyczne państwa od państw totalitarnych. 1989 rok stanowi symboliczny upadek tego podziału, co pociągnęło za sobą odzyskanie niepodległości i autonomii przez wiele państw bloku komunistycznego. Dla Polski, Czech, Słowacji, Ukrainy, dawnego NRD, Łotwy, Estonii i innych państw rozpoczęła się droga do kształtowania instytucji i prawa gwarantującego ludziom równość i pełne uczestnictwo w życiu swojego państwa.

Przejście w system demokratyczny było jednak okresem wymagającym: przestawienia gospodarki z planowania centralnego na system wolnorynkowy, przystosowania prawa, zmiany systemu instytucji, a co za tym idzie przystosowania mentalności obywateli, zbudowania nowego nastawienia do społeczeństwa, uświadomienia siły państw obywatelskiego, gdzie obywatele biorą wzajemnie za siebie odpowiedzialność. Ukształtowanie państwa obywatelskiego w latach transformacji było jednym z trudniejszych i ważniejszych zadań, gdyż to obywatelskość właśnie najbardziej wspiera rozwój państwa jak i samych obywateli.

Dzisiaj stajemy w obliczy smutnych wydarzeń. Jedna partia rządząca skutecznie podzieliła ludzi mową nienawiści i wizją zagrożeń jakie mają rzekomo płynąć ze strony demokracji i jej zachodniego modelu. Nie chodzi mi w tym momencie o krytykę samej partii rządzącej – w demokracji różne partie mogą wygrywać, różne programy wyborcze mają możność dotarcia do obywateli i zyskania ich aprobaty. Moim zdaniem problem leży w skutkach jakie pojawiają się w społeczeństwie odkąd rządzący zaczęli uprawiać demagogię nienawiści. Już podział na gorszy i lepszy sort Polaków, na nielojalnych lewaków i prawych obywateli kochających wszystko to, co polskie, na Polaków-katolików i innowierców czy ateistów. Te podziały powodują, że państwo obywatelskie przechodzi głęboki kryzys, a sami ludzie czują się coraz bardziej wykorzenieni ze swojej własnej ojczyzny.

Dlatego musimy jeszcze raz zacząć budować państwo obywatelskie, wzmocnić to, co udało nam się do tej pory wypracować. Wiece, zebrania, marsze, dyskusje powinny stać się naszą codziennością. Dopóki będziemy ulegać retoryce podziału obywateli, napiętnowania tych, których uznaje się nie w pełni Polakami, którym odmawia się prawa swobodnej wypowiedzi; dopóty będziemy narażeni na utratę możliwości jakie daje demokracja, będziemy zamknięci w ksenofobicznym świecie nienawiści. Debata publiczna, tak samo jak wolne media, tak samo jak ludzie wychodzący na marsz protestacyjny mają obowiązek domagać się odpowiedzi: o sposób procedowania ustaw (większość jednej partii w parlamencie nie może zabierać głosu mniejszym partią i ugrupowaniom, procedowanie ustaw dotyczy bowiem nas wszystkich), o kształt Trybunału Konstytucyjnego (czuwającego nad prawami wszystkich obywateli bez różnicy w ich poglądach politycznych czy światopoglądowych), o budżet (rząd nie rozdaje swoich pieniędzy a nasze – każdego podatnika).

Musimy stać obok siebie – obywatelskość na tym właśnie polega, że potrafimy działać wspólnie. Musimy podjąć odpowiedzialność obywatelską – nasza przyszłość zależy od tego, co zrobimy teraz, czy pozwolimy by wygrała demagogia i niechęć, czy może uda nam się zbudować wspólną drogę. Różnorodność jest pożyteczna i warto o nią walczyć. Tak samo jak wolność słowa i prawo do samorozwoju niezależnie od tego kim jesteśmy.

Dlatego dziękuję bardzo studentom za ich zaangażowanie, za chęć by wziąć głos w dyskusji. Państwa działania: tworzenie ruchów społecznych, manifestacji i wieców jest kluczowe. To właśnie Państwo mogą zmienić sytuację, to właśnie Państwo zmieniają świat!

Pomagam?

pomagamPodobno prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Podobno. Nie jest to moim zdaniem takie oczywiste. Wspieranie osoby w potrzebie może okazać się bardzo łatwe, wystarczy chwilę porozmawiać, podzielić się pieniędzmi, nacieszyć się faktem, że to nie my a ktoś inny jest biedny i nieszczęśliwy. I ta cicha satysfakcja, że oto zrobiło się coś dobrego, miłe połechtanie naszego ego. O wiele trudniej poznaje się przyjaciół w szczęściu, kiedy dzielimy się tym, co nam się udało. Prawdziwa przyjaźń może zacząć się właśnie od tego, co dla nas może okazać się najtrudniejsze: satysfakcja czy radość z faktu, że drugiemu człowiekowi się udało.

Pomoc to fundamentalne zjawisko dla społeczeństwa, gdzie każdy może uzyskać wsparcie. Prawie każdy. Gdy myślimy o pomaganiu z reguły kojarzymy je dobrze: oto człowiek, który ma kłopoty, jest chory, uzyskuje wsparcie od innych ludzi. Pomaganie kojarzymy z działaniem na rzecz drugiego. Czasami zapominamy, że pomoc może być jedną z najtrudniejszych rzeczy jakie przyjdzie nam dokonać.

Z jednej strony pomaganie może mieć wymiar litości. Wówczas ofiarowana pomoc staje się źródłem satysfakcji pomagającego i może nie brać pod uwagę potrzeb tego, komu się pomaga. Takie pomaganie może wiązać się z uprzedmiotowieniem drugiego człowieka, gdzie przestaje się liczyć on sam, jego krzywda, a zaczyna on być obiektem budowania naszego ego.

Z drugiej strony pomaganie może wiązać się z ubezwłasnowolnieniem albo uzależnieniem. Najuboższym najłatwiej pomóc ofiarując im pieniądze na doraźne zaspokojenie potrzeb, gdzie bułka ma zastąpić pracę. Najtrudniej jest jednak pomóc tak, by człowiek sam zarobił na swoje potrzeby. Bieda może wciągać w bezwład, choroba może prowadzić do utraty samodzielności, pomoc może umacniać te negatywne skutki, spowodować, że ten komu pomagamy nie będzie już potrafił działać samodzielnie. Ten rodzaj pomocy widoczny jest zwłaszcza w działaniach skierowanych na rzecz państw ubogich, lub dotkniętych kataklizmami – dobry Zachód pomaga krajom trzeciego świata, zakładając, że ludzie nie potrafią poradzić sobie sami. Wezwanie byłej ministry finansów Nigerii Ngozi Okonjo-Iweala by nie wspierać charytatywnie a inwestować w Nigerii mówi wiele. Ludzie często nie potrzebują przysłowiowej rybki a wędkę, nie litości a pracy, godności jaką mogą uzyskać z samodzielności.

Pomaganie jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, trzeba bowiem zdać sobie sprawę z tego, co faktycznie potrzebuje drugi człowiek, trzeba pamiętać jak łatwo można upokorzyć, zawstydzić, odebrać poczucie godności gestem pomocy. W pomaganiu najważniejsza jest jego realność. Pieniądz włożony do wyciągniętej ręki może nakarmić tylko jednym posiłkiem, uśmiech skierowany do samotnej osoby może być odebrany jako początek – gdy my tymczasem nie mamy zamiaru bardziej się angażować. Pomaganie jest odpowiedzialnością za to, by ten kto jest w potrzebie przestał w niej być, ponownie stał się samodzielny. Realność pomocy nie mierzy się w jednorazowy geście a w długofalowych skutkach. Do tego jednak trzeba systematycznego działania, wsparcia skonsolidowanych ze sobą ludzi pracujących na rzecz zmiany położenia innych. Realność pomagania to współpraca i wzajemność tych, którzy mogą pomóc i tych, którzy tę pomoc mogą otrzymać. Realność pomagania zaczyna się wówczas kiedy możemy powiedzieć, że drugi człowiek już nas nie potrzebuje, już może o nas zapomnieć i żyć własnym życiem bez ciągłej wdzięczności.

Dlatego dzisiaj idę na spacer – w mieście pełno jest ludzi z czerwonymi serduszkami WOŚP. Ma sens pomoc która będzie oddziaływać lata.

Dwa słowa o edukacji

dwa-slowa-o-edukacjiNie lubię słowa edukacja, tym bardziej dydaktyka. Nie lubię słowa wykład, choć kocham wykładać i pracować ze studentami. To, co zachodzi między ludźmi gdy spotykają się w sali wykładowej, kiedy zaczyna się ten szczególny moment nauki – to relacja. Edukacja i dydaktyka zakładają po cichu, że oto ex cathedra przekaże się wiedzę, czasami bezimiennej grupie, która na koniec otrzyma ocenę za dobrze zrobiony test. Edukację i dydaktykę próbuje się też często wymierzyć w rytm parametryzacji i ramowych wymogów ustalonych w ministerstwie. Tak edukacja i dydaktyka podlegają pod instytucjonalne wymogi, gdzie obowiązują ramy działania i stosunku do wykonywanego zawodu.

W nauce jednak najważniejsza jest relacja. Starożytna paideia oznaczająca kształtowanie człowieka, w rozmowie, spotkaniu, kiedy uczeń i mistrz mogli razem poznawać i razem zmierzać do prawdy. Dzisiaj trudno o mistrza, kto mógłby nim być skoro nauka rozwija się tak szybko, iż potrzebne są całe zespoły badawcze i współpraca interdyscyplinarna. Dzisiaj nie ma już ucznia, który nic nie wie i czeka aż włożona będzie mu do ręki lista lektur i pojęć do zrozumienia. Tak naprawdę dzisiaj spotyka się człowiek z człowiekiem, ten który zajmuje się już jakiś czas nauką i ten który dopiero zaczyna ten proces. To relacja wspólnotowa.

Relacja może być symetryczna oparta na partnerstwie, może przybierać nie symetryczne formy, kiedy jedna ze stron dominuje, kiedy podporządkowanie staje się elementem gry pomiędzy ludźmi w nią uwikłanych. Relacja paidei, osób spotykających się by szukać wiedzy, rozwijać ścieżki prowadzące do niej niesie w sobie skomplikowanie. To jak dialog, którego trzeba się nauczyć poznając rozmówcę, to jak przypadkowe spotkanie podczas którego należy szybko ocenić, co możemy wnieść do rozmowy, a co leży poza naszym zasięgiem.

Relacja pomiędzy wykładowcą a studentem jest zmienna, w rozpięciu pomiędzy tym kto akurat przekazuje widzę. Rozmowa, w której student może całkowicie przełamać swoją jak i wykładowcy ignorancję. Spotkanie podczas którego dowiadujemy się czegoś o świecie i czegoś o sobie samych. To wzajemność wydarzająca się wtedy, kiedy zaczyna być dla nas ważny drugi człowiek.

Nie lubię ani słowa edukacja, ani dydaktyka, zacierają sens spotkania jakie może nam się wydarzyć. Czasami o ósmej rano w sali wykładowej spotykamy się sami sobie nie wierząc, że już wstaliśmy, tak samo nie wyspani i tak samo zmęczeni. Czasami o siódmej wieczorem z niechęcią siadamy na przeciwko, wolelibyśmy bowiem już spotkać się z przyjaciółmi, a nie męczyć kolejny temat. Czasami jednak zaczynamy rozmawiać, odsuwać porę dnia, troski, możliwości, niespełnienia. Zaczynamy żyć innym życiem, problemami, docierając niekiedy w głąb siebie, czy odkrywając kawałek nieznanej nam rzeczywistości. Czasami po prostu jesteśmy wobec siebie. Taki moment w życiu, kiedy jeszcze spokojnie można porozmawiać, wziąć książkę do ręki, zaczarować na moment rzeczywistość – jeszcze na chwilę, dzięki nauce swobodni od codzienności.

Bardzo lubię się spotykać. Po prostu usiąść naprzeciwko drugiego. Rozmawiać. To uczy nas wzajemnie.

Dokąd?

bez-tytuluŻyjemy w zacieśniającym się świecie wielorakich powiązań. Kultura rozciągnęła sieci polityki, ekonomii, języka, wzorców zachowań, oplatających nas ciasno. Wahania na giełdzie w Nowym Jorku odbiją się na rynkach Europy. Odkrycia nowych stanowisk archeologicznych w Afryce zmienią nasze myślenie o człowieku. Wojny toczone wszędzie na świecie spowodują napływ uchodźców w bezpieczniejsze rejony. Zatrucie środowiska spowoduje klęski żywiołowe…

Co oczywiste, żyjemy w świecie wielowymiarowym, różnorodności kulturowej, wielu postaw, modeli życia, wartości. Niestety żyjemy też w świecie, który coraz bardziej się radykalizuje. Tak jakby ludzie nie radzili sobie z wielością możliwości, tak jakby zaczęła boleć ich różnorodność.

Nacjonalistyczne głosy, mocne słowa, programy polityczne, w których budowanie murów na granicy, odsyłanie migrantów poza państwo stało się normą i coraz silniejsze zyskują poparcie. Budowana z takim staraniem demokracja zaczyna sama zmieniać swoje oblicze dając się zaczarować ideologii i demagogii.

A przecież różnorodność kulturowa nie zniknie, tak samo jak konieczność kooperacji i współpracy z innymi ludźmi. A przecież we współczesnym świecie z globalną ekonomią i polityką, z możliwością uprawiania nauki w interdyscyplinarnych ośrodkach, czy tworzenia sztuki w wielu wymiarach ciągle tworzą się nowe możliwości, ciągle rozwijają się zależności i powiązania.

Dlaczego zatem ludzie się boją – bo tylko strachem można wytłumaczyć tę ogromną agresję przeciwko innym ludziom i kulturą? Dlaczego ludzie tak bardzo się radykalizują, że wybierają polityków o agresywnych programach politycznych i radykalnych wykluczających poglądach?

Świat wielowymiarowej otwartości kulturowej jest światem niezwykle wymagającym. Żyjąc we współczesnym świecie człowiek nie tylko ma wiele możliwości, ale też musi im sprostać. Konieczność nieustannego rozwoju, ciągłej zmiany, wyboru tego, co słuszne, czy dla nas ważne, z równoczesnym brakiem jednoznacznych odpowiedzi i autorytetów dla wielu okazuje się nie tylko męczący ale i przerażający.

Do tego dochodzi paląca potrzeba zrzucenia niepowodzeń czy błędów na obcych. W retoryce agresji innych jest za dużo, są źli, swą odmiennością godzą w poczucie jedności wartości i świata. Innych trzeba się pozbyć. W retoryce agresji innym może stać się uchodźca, uciekający przed terrorem we własnym domu, imigrantka poszukująca możliwości nowego życia, ale również feministka, czy ateista. Innym może być każdy kto nie mieści się w wyimaginowanym my, uświęconym mitem narody, religii czy tożsamości.

Kto boi się inności we współczesnym świecie? Ludzie o zagrożonej tożsamości, ci którzy do końca nie wiedzą kim są, dlatego muszą z całych sił osadzić swoje myślenie w ideach, które będą nazywać tradycją – nie zdając sobie sprawy z tego, że sami dla siebie tę tradycję tak naprawdę tworzą. Nacjonaliści będą opowiadać historię o jednym homogenicznym narodzie, zagrożonym przez obce kultury. Narodzie tak cennym, że wymagającym poświęceń najwyższego rodzaju. Mizogini będą opowiadać historię bez kobiet, w której za kulturę i postęp odpowiada mężczyzna. Fanatycy religijni wskażą na swoje kościoły jako na źródło nie tylko jedynej wiary, ale również jedynych wartości i człowieczeństwa. Ksenofobia zamykająca ludzi w swoich małych wspólnotach. Wspólnotach z których wyszliśmy już dawno temu, tworząc porządek i prawo międzynarodowe, rozwijając naukę i wzajemne relacje.

Pytanie czy dzisiejszy świat, coraz bardziej radykalizujących się głosów ma jeszcze raz zamknąć nas w ciasnocie kilku idei? Czy jeszcze raz mamy zacząć ze sobą walczyć tylko dlatego, że inaczej myślimy, mówimy, tylko dlatego, że inaczej opowiadamy swoje historie? Czy rzeczywiście warto?