Zabawki

ZabawkiStary miś. Przekrzywiona pluszowa głowa. Czarne oczy świecące ciągle jeszcze czyjąś radością. Samochodzik odrapany, widać, że spadł wiele razy ze stołu. Pewnie mama albo tata podnosili wielokrotnie nie zauważając nawet ile jest zabawy w zrzucaniu zabawki ze stołu. Baletnica z porcelany, mała nóżka odgięta do tyłu. Wpatrzone oczy dziewczynki, która wiedziała, że nie wolno jej dotknąć cennej figurki. Lśniące koronki, lekko już odłupane. Zabawki. Nie ma już domu, nie ma już tego dziecka, nie ma już nas w tamtych czadach. Zabawki. Coraz nowsze, jak pokolenia. Lalka z porcelanową twarzą zastąpiona przez plastikową Barbi. Słodka blondynka, jak dorośnie będzie walczyć całe życie z  nadwagą. Ken nie przyjedzie swoim plastikowym samochodem. Domek dla lalek zmienia się w domek z kredytem hipotecznym. Dzieci bawią się dalej. Krok po kroku. W tablecie pięciolatek ogląda bajki. Miś nadal jest do przytulania.
Lalki, kolejki, klocki, zabawki, kolorowy tłum najpierw w rękach dziecka potem na śmietniku. Zabawek z dzieciństwa się nie pamięta. Tylko czasami te wyjątkowe, jak śmieszną małpkę, która miała zaróżowione policzki i miała pocieszyć po śmierci ukochanego pieska. Nie spełniła swojego zadania, ale pozostała na długo obok białej poduszki. Sny niedokończone, zapomniane jak zabawki.
 W zabawkach pojawia się historia naszych przemian. Od wyjątkowych i drogich, kupowanych od święta, po powszechne, na każdej ulicy dostępne na życzenie zachwyconego dziecka. Już tak powszechne, że straciły swój czar, magia ich wyjątkowości nie działa.
Lalki dla dorosłych, substytut dziecka, życia. Przytulanie marzenia. Lalki dla dzieci, natłok. Zabawki zmieniły się, tak jak nasz świat przyspieszyły. Mają krótką datę ważności. Można się nimi bawić do woli, do następnego dnia, gdy skończy się ich urok nowości. Potem trzeba szukać nowej zabawki. Dorośli bawią się gadżetami. Tak samo krótka data ważności, urok kończy się wraz z pojawieniem się na rynku nowego gadżetu.
Czasami zostaje nam przechowywana gdzieś na półce zabawka z dzieciństwa. Wraz z nią słowa, gesty, wspomnienia. Dom już nieistniejący. Zabawki to nostalgia, za dzieckiem, którym się było, za chwilą szczęścia jaka nam towarzyszyła gdy jeszcze wszystko było nowe. W ten sam sposób puzzle w Internecie przypominają te tekturowe rozsypane po podłodze. Chwile poszukiwania właściwego fragmentu, nim całość wyłoni się wreszcie. Potem kolacja, następny dzień, szkoła, matura, studia. Klikając w wybrany obrazek, wzór puzzli i ich ilość zabawa przypomina o sobie. Czas stracony, kawałek dopasowanego życia. Tutaj gdzieś jest.
Zabawki to wspomnienia. Czasami nawet kupowane dziecku, bardziej są dla siebie. Przecież każdy chce konika na biegunach, nie, to nie to pokolenie. Nie ważne. Szukanie w sklepie tego, co było, chociaż dziecko stoi już przy innej półce i dawno wybrało. Tylko, że to nie jest to, więc rodzic robi jeszcze jedną rundę nim odpuści swój czas miniony. Teraźniejszość wymaga by dostosować się do tego nowego człowieka. On już czeka na coś innego. Nie wiemy tylko tego, że sztafeta została przekazana. Teraz ten człowiek będzie szukał, już za chwilkę, będzie szukał swojej przeszłości. Dzieciństwo znika bardzo szybko. W muzeum zabawek siedzą cienie.
Antypowaga. Trzeba zająć się tym, co ważne. Trzeba dorosnąć. Powaga. Antypowaga. Zawsze można ratować się nowym samochodem. Wybór modelu, kolor, tapicerka. Zabawka nieco droga, ale warta wszystkiego. Na chwilę ten dreszcz jak przy nowej zabawce. Jak nowy tablet czy telefon. Zabawek nigdy dosyć. Odzyskana radość.
Zabawki. Ciągłe marzenia. Na szczęście pozostają nam ciągle marzenia.
Reklamy

Zgiełk

zgiełkTumult, hałas, zgiełk. Narastające dźwięki. Mocne tony. Wyczuwalna agresja unosi się pomiędzy dyskutującymi. Awantura. Kolejna awantura. Na ulicy, dlatego, że jeden człowiek wszedł w drogę drugiemu, na jezdni, bo jeden kierowca wpadł na drugiego. W pracy kłótnia, bo ktoś nie zrobił swojego zadania. W szkole, na uczelni, w sklepie, w ławach sejmowych, w studiu telewizyjnym. Awantura.

Żyjemy w czasach wielkiego zgiełku. Czasami mam wrażenie, że nie rozmawiamy ze sobą, tylko od razu zakładamy, że mamy się pokłócić. W programach telewizyjnych i w różnych debatach (nawet tych akademickich) dobiera się tak przeciwstawnych rozmówców, o tak spolaryzowanych poglądach, że pozostaje jedna możliwość: awantura.

Kłótnia wkradła się do naszego życia codziennego, każdy powód może okazać się dobry, ważne by zaznaczyć swoje zdanie, wykazać się ciętością riposty, brawurowo dobranymi argumentami. Ważne, żeby postawić na swoim, pokazać jakim doskonałym jest się mówcą, jak potrafi się pięknie argumentować. Słuchanie drugiego nie jest cnotą, tak samo jak nie jest modne poszukiwanie trzeciej drogi pomiędzy naszymi poglądami, wypracowanie kompromisów coraz bardziej staje się przejawem słabości.

Rząd negocjuje z protestującymi, twarde stanowiska, nieugięte postawy. Z ludzi robi się wrogów. Istotne jest nie to jakie mają postulaty protestujący, ważniejsze jest jak sprawnie spacyfikować ich żądania. Ośmieszenie, pokazanie od jak najgorszej strony okazuje się ważną techniką. Cywilizacja kłótni w jakiej żyjemy uwielbia takie argumenty, w których druga strona zostanie wyśmiana lub skompromitowana.

Dyskusja polityków. Nie ważne jaki temat, ważne, że można wykazać odmienność myślenia i wyznawanych zasad. Nie ma możliwości na porozumienie. Koniecznie trzeba postawić na swoim. Wchodzenie sobie w słowa, przerywanie, dogadywanie, złośliwe wtręty i komentarze.

Hejt w sieci, mowa nienawiści. Nie ważne kto i po, co, istotne, że można się wyżyć, wykrzyczeć swoje zmęczenie, znużenie, czy niespełnienie. Drugi człowiek staje się gruszką treningową, w którą zawodnicy uczą się miarowo uderzać.

Żyjemy w zgiełku. Coraz trudniej jest nam rozmawiać. Coraz więcej fanatyzmu dookoła nas. W całej tej kakofonii dźwięków uwidacznia się jedno: zmęczenie i strach. Ludzie zaczęli się bać nowości, możliwości globalnego świata przerastają ich coraz bardziej. Zamiast skupić się na możliwościach wolimy walczyć z potencjalnymi zagrożeniami, definiując je w najsłabszych. Dlatego zamiast wykorzystać możliwość poznania innych kultur, wolimy siać nienawiść wobec Innych, uchodźców i obcych. Zamiast wykorzystać potencjalność jaką niesie w sobie spluralizowane społeczeństwo wolimy zamykać się w jednorodności nienawidząc nienormatywnych. Zamiast zobaczyć, że nasza lokalność coraz więcej zyskuje i się wzbogaca,  łatwiej nam widzieć we wszystkim spisek i narzekać na globalny rynek, kapitalizm, demokrację, liberalizm, lewicę, prawicę, i każdy pogląd jaki zdefiniujemy jako zagrażający.

W miejscach kultu i modlitwy, słuchać wrzask i miarowe kroki maszerujących na wroga.

Zgiełk wypływa ze strachu przed nowoczesnością. Wolimy krzyczeć na innych niż ich zrozumieć, wolimy się pokłócić niż zakwestionować nasze własne racje, wolimy tworzyć własne mity i je bronić, niż słuchać opowieści innych.

Strach rodzi izolację. Żadna awantura, najgłośniejszy krzyk nie zmienią faktu, że odcinając się od Innych, od współczesności, sami najwięcej tracimy. Niepotrzebne nerwy, niepotrzebne awantury, niepotrzebne zatrute słowa. Hejt wszechobecny. A wystarczy tylko się otworzyć, przez chwilę zawiesić własne przekonania, zadać sobie jedno pytanie: czy to ja mam rację? Czy to ja mam mieć rację?

Współczucie

WspółczucieStarsza osoba przechodząca przez ulicę powolnym krokiem, z mozołem, laska stuka o ziemię. Człowiek śpiący na ulicy, wykusz kamienny wysłany gazetami, stara kurtka naciągnięta na głowę. Gołąb przytulony do okna zimą. Zamknięte oczy. Pierwsza reakcja to współczucie. Tak samo jak na widok oczu psa w azylu, czy migawek z wojny w telewizji. Reagujemy emocjonalnie, podstawowe doznania, to takie naturalne.
Współczucia trzeba jednak się nauczyć, zobaczyć w drugim jego samego. To wcale nie jest takie łatwe i takie oczywiste. Zaczyna się od bajek o biednym kopciuszku, porzuconej sierotce, zaczyna się od gestów jakie robią rodzice. Bardzo łatwo zostać obojętnym, wytrenować się w tym by nie zauważać. Bardzo łatwo sobie wszystko wytłumaczyć, przecież na pewno bezdomny wybrał taki los, pomoc społeczna zadziała, namówi go na nocleg w bezpiecznym miejscu. Bardzo łatwo wytłumaczyć sobie, że przecież nie jesteśmy w stanie przygarnąć każdego psa czy kota błąkającego się po ulicach. Bardzo łatwo lajkować, udostępniać posty, bardzo łatwo odpisać od podatku jeden procent na organizację charytatywną. Sprawa załatwiona, sumienie uspokojone.
 Pytanie tylko co z człowiekiem który jest przed nami. Ile razy zrobiliśmy zakupy starszej Pani, która mieszka nad nami? Ile wolnych popołudni poświęciliśmy na pracę w ośrodku dla bezdomnych zwierząt? Ile razy tłumaczyliśmy naszemu dziecku, że gdy inni śmieją się z kolegi ono powinno go bronić?
Współczucie zaczyna się od relacji, współodczuwania, współbytowania, kiedy uświadamiam sobie istnienie drugiego człowieka, kiedy Inny niezależnie od tego kim jest staje się kimś konkretnym o kim myślę, dla którego realnie próbuję coś zrobić. Współczucie jest zaangażowaniem, niezależnie od tego, czy jesteśmy bardzo zmęczeni po naszej pracy, czy bardzo chcemy wierzyć, że inni zrobią to za nas. Współczucie zaczyna się dokładnie wtedy kiedy przestajemy być obojętni, kiedy nasze działanie nie jest na pokaz, ale dla drugiego.
Współczucia trzeba się nauczyć tak samo jak rozmowy. Słuchanie, próba rozumienia, poszukiwania sposobu wyrażenia myśli. Tak samo jest ze współczuciem. Poszukiwanie jak dotrzeć do Innego, żeby go nie upokorzyć, żeby nie pokazać mu naszej wyższości nieopacznym gestem. To szukanie sposobu jak pomóc, żeby nie skończyło się na kliku słowach, czy jednorazowej przysłudze. To umiejętność wsłuchania się w Innego.
Współczucie zaczyna się od uważności, nakierowania myśli na tego, kogo spotykamy na naszej drodze. To ten moment, w którym podejmujemy decyzję, że jednak nie przejdziemy obok. I ten moment właśnie jest szalenie trudny. Jak bowiem zacząć tę relację? Co zrobić, żeby okazać życzliwość, zrozumienie czy pomoc? I nie ma tutaj jednorazowej recepty, jednego modelu, który można zastosować spokojnie. Tak jak z rozmową, za każdym razem niesie nowe sensy.
Współczucie – emocja zdawać by się mogło maturalna – a jednak szalenie trudna do zrealizowania. Bardzo łatwo pomylić je z chęcią dowartościowania naszej własnej osoby, z sentymentalizmem, czy potrzebą zamanifestowania naszych własnych możliwości. Współodczuwanie zaczyna się wtedy kiedy zadajemy sobie pytanie co jest ważne dla Innego? Jakie on ma znaczenie? Kim jest? Współbytowanie, odkrycie podmiotowości.
Współczucie bardzo łatwo przemienić na tanie slogany i kilka postów, bardzo łatwo nim skrzywdzić i upokorzyć, bardzo łatwo też nie zrobić nic z obawy, że zrobimy to źle, lub w nadziei, że inni to zrobią. Współczucie zaczyna się wtedy kiedy naprawdę zaczynamy się starać. Jest trudem

Buty

butySystem mody jest tym, co nie rzadko steja się dla nas szalenie ważne. Jak się ubrać, jakie buty do jakiej torebki, sukienki. Podobno kobiety uwielbiają buty, kolekcje niezliczonych butów wylewają się modnymi fasonami z półki. Szalone buty MacQuina, o fantazyjnych, kosmicznych kształtach. Kolory. Kolorowe ptaki przemierzające ulice. 

A co jeżeli mamy je zniszczyć? Peter Singer, współczesny australijski etyk, zadaje nam proste pytanie: czy obserwując kogoś kto tonie poświęcimy nasze drogie, cudowne buty, nasze wymarzone ubranie by ratować tonącego? Oczywiście, już to widzę, wielu z nas uniesie brew i odpowie, jak to? Przecież wiadomo ludzkie życie jest najważniejsze. Oczywiście wskoczę do wody by ratować. Nie ważne ubranie. 

Nieważne? 

Problem w tym, że nie jest to pytanie abstrakcyjne. Codziennie podejmujemy takie decyzje. Czy zjem kurczaka czy kotlet sojowy? Czy kupię buty ze skóry, czy może wybiorę te robione z produktów nie zwierzęcych. Czy ogrzeję mój dom energią odnawialną czy nie? W zasadzie nie uświadamiamy sobie na codzień ile podejmujemy decyzji, które rujnują czyjeś życie. Zwierzęcia siedzącego całe swoje istnienie w klatce, nie znające normalnego życia poza hodowlą, człowieka pracującego w niewolniczych warunkach tylko po to by nasze ubranie kosztowało jak najmniej i tym samym było opłacalne. 

Buty. Torebki. Ubrania. Co sezon powinny być nowe, moda pędzi nieubłagalnie a my nauczyliśmy się traktować ją jako konieczność i zobowiązanie. Nadążyć za modą, wyprzedzić modę. Wybić się  lub dopasować, być tak jak inni, lub stać się wyjątkowym/wyjątkową. Nawet już nie zadajemy sobie pytania po co? 

Nieważne? 

Eksploatujemy matkę gaję, czerpiemy z pracy innych i nawet tego nie zauważamy. Skonfrontowani z oczywistym pytaniem, czy uratuję tonące dziecko odpowiemy: ależ to oczywiste po co takie spekulacje,  nie widząc, że nasza ekologiczna bawełna powstała w miejscach gdzie rozwija się malaria ponieważ pola uprawne nie są zabezpieczane przed komarami. Na naszym trawniku nie znajdziemy chwastów, nie widząc, że jeże i inne drobne zwierzęta umierają od chemikaliów, którymi wypalamy chwasty. Mamy czyste sumienie, wiemy, że uratujemy dziecko, gdy będzie tonąć, wiemy, że mamy kompas moralny, który każe nam wybrać co jest dobre a co złe. 

Naprawdę? 

System mody uwodzi, potrzeba nowości staje się podstawowa. Posiadanie modnej torebki wprowadza nas w doby nastrój. DlaczegoNauczyliśmy się szukać szczęścia poza nami, to, co zewnętrzne, jak ekstrawaganckie buty kupione na przecenie mają przynieść nam spełnienie. W sobie coraz rzadziej szukamy warunkowania zadowolenia. Idziemy od nowości do nowości zapełniającej nam życie. Odszukanie w sobie spokoju, zapewnienie sobie spełnienia nie poprzez to, co zewnętrzne ale przez naszą własną świadomość jest niezwykle trudne. Wymaga skupienia. Zrozumienia siebie. Wymaga odcięcia się od tej ciągłej presji by podążać za innymi.  

Kolorowe ptaki przechodzące obok nas na ulicy, moda, ubiory, kolory, zawrót głowy, kolejne sezony. Jest pięknie, jest ciekawie. I dobrze, świat kolorowy może nas bawić. Problem tylko w proporcji. W zamykaniu oczu na skutki. Świat nie dla wszystkich jest kolorowy, nie każdy człowiek korzysta z tego przywileju posiadania. Nieznośna lekkość bytu bywa niebezpieczna. 

Czasami zmiana zaczyna się od rzeczy małych. Moje buty są dobre przez kolejne sezony, zwierzę, które się rodzi nie jest towarem, który ma mi dostarczyć mięsa na obiad, skóry na rękawiczki, człowiek który się rodzi nie jest po to by dać nam półdarmowe produkty. Krok w bok, poza modą, poza sezonowymi odkryciami, jest jeszcze coś więcej. 

Czy skoczę do tej wody? Uratuję to istnie?  

Wiosna

wiosnaOczekiwania. Wiosna. Kwitną kwiaty. Świeżość dookoła. Cykl życia. Świat budzi się raz jeszcze po zimowym letargu. Teraz będzie słońce, ciepły wiatr, ożywczy deszcz, teraz będzie dłuższy dzień, nowe możliwości, nowe życie. Wiosna. Pełnia możliwości.  

Czasami czekamy na wiosnę jak na zbawienie. Z wiosną ma przyjść odmiana. Myślenie magiczne współczesnego człowieka. Magia pór roku i ich symbolika. Z wiosną odradza się życie, cykl świata rusza raz jeszcze w kierunki spełnienia. Wiosna zakłada nadzieję, przyszłość, życie. Nowe pisklaki, nowe kwiaty, nowe, ożywcze, wyzwalające. W tej magii wiosennej zapominamy o jednym; zima też nie była martwa, też dawała nowe możliwości, tak samo jak jesień czy lato. Symbole rządzące naszym myśleniem czasami nas zwodzą. Wszystko zależy od nas samych, pąki na drzewach mogą być tak samo piękne, jak bezlistne drzewa rozmyte w zimowej mgle, jak butwiejące jesienne liście. Wiosna nie jest nadzieją, to tylko nasze marzenie, by życie pozwoliło nam przeżyć raz jeszcze młodość. Tak pragniemy raz jeszcze poczuć brak zobowiązań, rozstać się z naszym obecnym ciałem i wrócić do tego z przeszłości. Chudsze,  zdrowsze, szybsze. Tak pragniemy by świat zwrócił nam szczęśliwe chwile. Jeszcze raz się spotkać, jeszcze raz zakochać, jeszcze raz przeczytać po raz pierwszy ukochaną książkę.  

Tęsknota za tym, co było bywa jednak bardzo zwodnicza. Po pierwsze zapominamy, że młodość wcale nie jest szczęśliwa. Jak każdy okres w naszym życiu ma cierpienie i radość. Po drugie za bardzo gloryfikujemy nowość, pierwsze spotkanie wcale nie jest najpiękniejsze. Czasami o wiele wspaniale jest nasze bycie z drugim człowiekiem po wielu latach. Radość, że jeszcze potrafimy się przyjaźnić, szczęście, że jeszcze nam na sobie zależy. Jeszcze przyjaźń, jeszcze miłość, może być ważniejsza niż to pierwsze zauroczenie. Po trzecie zapominamy, że to my wytwarzamy symbole. Wiosna po prostu jest. Tak jak każda inna pora roku. Kos śpiewający za oknem po prostu jest, tak jak każde inne zwierze ludzkie i nieludzkie. Codzienność nie wymaga upiększeń. Nie wymaga ciągłej afirmacji, że oto wydarza się coś nowego, wyjątkowego, czy wspaniałego. Zaakceptowanie codzienności może nam dać o wiele więcej niż ciągłe trwonienie naszego czasu i naszych marzeń o nowych możliwościach i nowych wspaniałych chwilach. 

Owszem wiosna jest piękna, zapachami i barwami, naszą radością, wiarą, że nadchodzi wspaniały czas. Owszem wiosna ma w sobie siłę i może na nas oddziaływać. Rzecz w tym, że w pozostałych porach roku też odnajdziemy i piękno i możliwości. Wszystko zależy od nas. Rzecz w tym, by czekając na wiosnę nie przegapić zimy. 

Wiosna, ta piękna wiosna. Spalone jerze i wszystkie te małe zwierzaki, których nikt nie bierze pod uwagę wypalając trawy (bezsensowy Armagedon dla wszystkich roślin i zwierząt jakie niszczy ogień). Porządki w ogrodzie, ścinane drzewa by doświetlić nasze rabatki, kolejne dziuple lęgowe dla ptaków przestają istnieć. Sezon polowań można zacząć. Tak wiosna jest piękna, tylko dla kogo? Może się okazać, właśnie na wiosnę, że pies czy kot kupione dziecku w prezencie pod choinkę, zacznie przeszkadzać. Jeszcze chwila a zacznie się lato, sezon urlopowy, co z tym rosnącym zwierzakiem zrobić, gdy nie jest już słodką kulką? Wiosna to zapowiedzi nowych możliwości, pytanie tylko jakie sami stwarzamy, dla siebie i dla innych. Czasami wyrok zapada powoli, by skonkretyzować się w dniu wyjazdy na wakacje. Pies zostaje. Na ulicy. 

Owszem wiosna jest pełna nadziej. Szczeka w schronisku dla niechcianych zwierzaków, mruczy bezdomnym kotem, który wreszcie znalazł plamę słońca by porządnie się wygrzać, śpiewa ptakiem który szuka miejsca dla siebie w tym, coraz mocniej ludzkim świecie. Wiosna jest pełna możliwości. Kwitnie, rozwija się, cieszy. Jest. Tylko jak długo jeszcze? To zależy od nas. Od tego, czy dostrzeżemy otaczający nas świat.       

Nuda

20190310_115954Nuda. Znudzenie rozciąga się w nieskończoność. Najpierw człowiek czuje jako opadają mu powieki, nie jest w stanie chwili
dłużej uczestniczyć w spotkaniu, oglądać filmy czy czytać książkę. Znudzenie ogarnia, obezwładnia, staje się
wszechmocne. Słowa i obrazy odpływają, znika treść, nasze ciało takie ciężkie zapada się w sobie. Sen. Ciężki sen
znudzonego człowieka. Martwota. Pustak. Nic. Po prostu nuda.
Istnieją dwa rodzaje znudzenia. Pierwsze związane z czymś, a drugie wypływające z nas. To pierwsze to znudzenie
sprowokowane. Nudna książka usypia jak nic, nudne spotkanie, nudny człowiek bolą znudzonego, zwłaszcza, że dobre
wychowanie nie pozwala nam przerwać rozmowy i uciec przed nudą. Więc często brniemy przez znudzenie, dajemy się mu
pochłonąć, próbując zachować pozory zainteresowania. Na nasze nieszczęście istnieje typ nudziarza niezważającego na
ofiary swego zachowania.
W drugim przypadku znudzenia – wypływającego z nas dotykamy głębszego problemu. Kim jest bowiem człowiek, który się
nudzi pozostawiony sam sobie. Dziecko domagające się by z nim się bawić, sfrustrowany dorosły, który cały czas
potrzebuje kogoś obok, cały czas potrzebuje coś z kimś robić. Znudzenie – pustka jaka się w nas pojawia. Ciągła potrzeba
zaspokojenia, niech ktoś przyjdzie, niech ktoś coś zrobi, zajmie się nami, zaoferuje nam zajęcie, zabawę, działanie. Ta
ciągła pustka czekająca na wypełnienie, ten niepokój, że nic się już nie zmieni i pozostaniem sami w naszych czterech
ścianach domu, świadomości, niespełnionych potrzeb i marzeń.
Znudzenie. Przydarzyć się może każdemu, zaczyna być jednak problemem, gdy staje się naszym wewnętrznym stanem.
Znudzenie wypływa z bierności. Człowiek który sam nie potrafi się niczym zainteresować, stworzyć swoje światy, sam sobą
się zająć, wypełnić czas – bierne oczekiwanie, że z zewnątrz napłyną treści, inercja, oczekiwanie na bodziec, na
wydarzenia. W tym sensie nuda może stać się chorobą bierności, braku zainteresowania światem, czy brakiem
kreatywności. Martwota wyobraźni, pustka myśli, jałowa świadomość.
I może w zbudzeniu nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że osoby które są znudzone, oczekują na wybawienie z zewnątrz
łatwo poddają się zewnętrznym wpływom. Ludzie sugestii, ludzie cudzych poglądów, przekonań czy potrzeb. Potrzeba
zabicia nudy może być tak wielka, że otworzy na każdego człowieka i jego poglądy. Znudzony człowiek nie ma siebie w
pełni, nie potrafi poradzić sobie z sobą, potrzebuje zabawy, gry, zewnętrznych treści, idei bo sam je nie posiada, nie umie
wytwarzać.
Twórczość, działanie, bieg myśli, stan w którym człowiek nie potrzebuje by mu podpowiadać zainteresowania, kształtować
jego myśli. Wyobraźnia. To fenomeny naszej świadomości, tak modnie dzisiaj nazywane kreatywnością, to właśnie one
blokują nasze znudzenie. Człowiek, który nie posiada tej możliwości by dla samego siebie, dla samej siebie stać się
opowieścią, narażony jest nie tylko na znudzenie ale i cudze narracje.
Nuda może być niebezpieczna, tak jak oczekiwanie, że pojawi się ktoś, kto zmieni nasz świat, tak jak oczekiwanie, że
wydarzy się coś co dostarczy nam cudzonych przeżyć. Zewnętrzna sterowalność. W znudzeniu możemy po prostu nie
zauważyć, że to my sami możemy uczynić każdą chwilę ciekawą, że to od nas samych zależy czy będzie interesująco
upływał nam czas czy nie. W znudzeniu możemy nie zauważyć, że nasze życie składa się tak naprawdę z rzeczy małych.
Pozorne są wielkie chwile i wydarzenia ciekawe – znudzony człowiek może je zresztą przegapić zamknięty w swojej inercji
– tak naprawdę to od nas przecież zależy czy chwila będzie trwać szczęśliwie czy nie. Podczas nudnego spotkania jest
przecież tyle do przemyślenia… ☺

Ja

jaMoje kochane, najwspanialsze Ja, tak wrażliwe, tak mądre, tak piękne. I przede wszystkim tak wyjątkowe. Moje ja. Jak pięknie brzmi moje imię, zwłaszcza gdy wypowiada je drugi człowiek z czułością lub podziwem. Jak wspaniale wygląda moje imię i nazwisko w druku, na pasku ekranu, gdy mogę wypowiadać się w telewizji. Jak cudownie gdy inni o mnie mówią, cytują, komentują, jak wspaniale gdy grono moich przyjaciół się poszerza. To takie urocze jak wszyscy pamiętają o mnie, o moich potrzebach, moich urodzinach, moich ulubionych kolorach, kwiatach.

Moje ja, grunt, żeby się rozwijało. Mam mieć wykształcenie, mam mieć pieniądze, pozycję. Trzeba zadbać o siebie, zrozumieć siebie i zagwarantować sobie odpowiednie życie. Za ja idzie moje, moja, mój. Mój dom, moja praca, moja rodzina, mój pies, moja dzielnica, moje poglądy. Ja jest ważne, moje tym bardziej,  posiadanie umacnia.

W ja i moim jest coś bezwzględnego. W kulturze egocentrycznej Zachodu najważniejsza jest jednostki. Jeszcze w XIX wieku opresyjny system trzymał ludzi w gorsetach i przyporządkowywał do odpowiedniej grupy społecznej, zawodowej, narodowej. Wiek XX uwolnił nas niemalże całkowicie od poczucia przynależności. Narodziła się era jednostkowości, gdzie moje ja stało się nie tylko najważniejsze ale stało się wręcz obowiązkiem. Mamy zadbać o siebie, znaleźć siebie, rozwinąć siebie. Nawet w przestrzeni popkulturowej dowiadujemy się, że „jesteśmy tego warci”, i że „mamy być sobą”. Ja stało się obowiązkiem, razem z indywidualizmem i konsumpcjonizmem – ja bowiem ma być zadowolone, pewne siebie i zaspokojone w każdym aspekcie.

Z jednej strony świat się zawęził do moich potrzeb i mojego punktu widzenia, a z drugiej stał się zagrożeniem – co zrobić z ja, które jest nieświadome, wręcz głupie, albo z tym, które się nie rozwija? Świat indywidualizmu, mojości, jest światem niezwykle wymagającym. Trzeba cały czas się rozwijać, cały czas chcieć, cały czas działać, cały czas nadążać. Moje wspaniałe, kochane ja nie może być znudzone, bezczynne, ono musi się wykazywać, błyszczeć towarzysko, działać. W kapciach, wieczorem, z kotem na kolanach, tak, ale pod warunkiem, że z mądrą książką. Tak po prostu posiedzieć nic nie robiąc nie wypada. Działalność na rzecz innych, tak, jak najbardziej, moje kochane ja powinno się wykazać zaangażowaniem społecznym, albo przynajmniej dobrocią.  Ale już samotna kobieta ratująca trzy bezdomne kociaki i próbująca poskładać pieniądze na codzienne wydatki jest niezauwżalna. Pomniki postawimy świętym, wybitnym jednostką, które przekonały nas albo odpowiednim heroizmem, albo wyjątkową postawą i wielkością. Musi za tym iść doniosły czyn, wielka postawa. Mała, codzienna, żmudna praca, nic nie znaczące dla ludzkości gesty. Jedna emerytka, jeden pies czy dwa koty. Stara wariatka.

W świecie współczesnej egomani moje kochane ja ma głos. Mówi, komentuje, dyskutuje, przejmuje się, poświęca wiele czasu i energii by rozmawiać i rozprawiać. Cały czas prezentując co ma do powiedzenia, bo przecież ma i to dużo. Oczywiście wszystko co powie nasze kochane ja jest bardzo ciekawe, oczywiście na wszystkim się znamy. Wysiew blogów, vlogów, własnych stron niezliczona. Tak wiem, pisząca te słowa, też się zapomina i pisze, pisze, gada do kamery, prezentuje, komentuje. Tak wiem, Hańderek też swoje ego dopieszcza, moje kochane ja, w kolejnej odsłonie. Opowiemy, zgodzimy się lub się nie zgodzimy, skomentujemy. Ilość lajków i wyświetleń. Po dobrym dniu sen błogi. Ja zadowolone śpi spokojnie.

We współczesnym świecie, gdzie jednostkowość stała się wartością samą w sobie, gdzie indywidualizm jest obowiązkiem, bardzo niemodne stało się bycie po prostu dla innych. Wolontariusz w hospicjum, który nie wpisuje sobie do CV działalności charytatywnej, człowiek, który po swojej pracy jedzie do sierocińca uczyć dzieci, do przytuliska dla bezdomnych zwierząt, pomóc w ich opiece, osoba, która do domu przynosi kolejnego potrzebującego leczenia kota, psa, jeża, gołębia, a nad ranem idzie zajrzeć do starej sąsiadki ….

Wiek XIX trzymał człowieka w gorsecie, nie pozwolił myśleć o sobie, tylko o powinności przynależnej wspólnocie. Wiek XX dokonał rewolucji, z egzystencjalną wolnością, z konsumpcyjnym zadowoleniem. Media otworzyły się na nas, my otworzyliśmy się na siebie samych. Może pora w tym nowym stuleciu jeszcze raz coś przewartościować. Ten drugi jest tuż obok. Wystarczy wyjść ze skorupy własnego ja. Ten inny, siedzi tuż, tuż i sam nie może zrobić kroku….