Gertruda

Gertruda„Nie Kasiu, Niper nie jest twoim kotem. Niper jest swoim własnym kotem, a my mamy ogromne szczęście, że zdecydował się z nami zamieszkać” („Devil in Deerskins My life with Grey Owl”)

Mata trójki córek, babcia, żona znanego na cała Kanadę i Europę pisarza Gray Owla. Zwykła kobieta. Ile było takich kobiet, matek, żon, córek, kobiet, które realizowały swoje życie dla mężczyzny, w jego cieniu, idąc z nim, jego szlakiem. Pierwszy rzut oka na życie Gertrudy Bernard może dać nam takie wrażenie. W książce jej męża, występuje jako jego młodziutka, dzielna i wiernie mu asystująca żona. Jego żoneczka.

Gertruda poznała swojego męża, który tak naprawdę nigdy nie został jej mężem w świetle prawa, gdy miała 19 lat a on dobiegał czterdziestki. Duża różnica wieku nigdy nie dziwiła w przypadku małżeństwa kobiety i mężczyzny. W tradycyjnym modelu mężczyźnie przecież należała się młodziutka żona. Najlepiej taka uległa, niedoświadczona, dobra do wychowania. W przypadku Gertrudy tak jedna się nie stało. Wprawdzie to Gray Owl nadał jej imię pod którym jest znana po dziś dzień – Anahareo, ale to ona z niego zrobiła działacza, aktywistę, ekologa.

To Gertruda zadecydowała, że wyruszy razem z Grey Owlem w puszczę, to ona zabrała dwa malutkie bobry z rozbitego gniazda, gdy jej partner zabił ich matkę. To Gertruda leczyła zwierzęta i objaśniała świat mężczyźnie ze strzelbą. Nie minęło dużo czasu, a Grey Owl stał się obrońcom przyrody. Dojrzały mężczyzna, który zaczął uczyć się od młodziutkiej dziewczyny i świata. Zaczął widzieć rzeczywistość jej oczami.

To Gertruda decydowała o sobie. Dzisiaj może to mało niezwykłe, ale gdy Anahareo przyszła na świat (w 1906) rola kobiety była jedna: przy mężczyźnie. Zwłaszcza jeżeli mężczyzna był biały a ona nie. Gertruda odwróciła wszystko, sama stała się przewodniczką, działaczką, nauczycielką. W swojej ojczyźnie znana jest przede wszystkim jako aktywistka, poświęcająca się całkowicie ratowaniu przyrody. Dla Gertrudy najważniejsze były zwierzęta. Walczyła z praktyką budowania pułapek na bobry, z ich odstrzałem, oraz sprzedażą futer. Pracowała w parkach narodowych edukując ludzi i pokazując im, że zamiast niszczenia można żyć razem z innymi istotami.

Co pozostało po Gertrudzie? Dwie książki, wspomnienia córek, obraz puszczy, którą przemierzała razem z Gray Owlem, widok umierających drzew, zdewastowanego przez człowieka świata, w którym ona i jej mąż próbowali ratować bobry. Niewiele, ale to cały kosmos. Jeden uratowany bóbr, jedna bezpieczna bobrza rodzina, jeden bezpieczny teren, gdzie ludzie szanują przyrodę zaczyna cały ruch. I to właśnie pozostawiła po sobie Gertruda: postać Anahareo, dumnej ze swojego pochodzenia rdzennej mieszkanki, która stała się głosem umierających zwierząt. Anahareo to opowieść, ślad przeszłości, krzywdy, ale i szansy dla tych istot, które nie mogą obronić się same. To również opowieść o możliwości o kobiecym aktywizmie. Bardzo często mówi się o działalności mężczyzn, ich heroicznej walce. Anahareo chodziła swoim ścieżkami, realizowała swoje marzenia, a przy tym pozostawała wierna tym, których kochała najbardziej: zwierzętom.

Czasami trzeba zostać głosem innych. Czasami trzeba usłyszeć co do nas mówią i przekazać to dalej. Czasami więcej się wydarzy, gdy się wsłucha w cudzy głos i przekaże go dalej. Anahareo potrafiła usłyszeć wołanie o pomoc, stała się jedną z pierwszych rzeczniczek praw zwierząt, dała głos bobrom.

Kim była Gertruda? Dziwną mamą, która nauczyła swoją córkę czytania a nie gotowania, która nauczyła ją, że Kot jest osobą, to Kot decyduje, a człowiek nie zawsze ma rację. I może to jest właśnie najważniejsza jej lekcja: nie zawsze warto realizować to, co ludzkie. Czasami warto popatrzeć z zupełnie innej perspektywy.

Sofia

SofiaSofia – blond włosy, niebieskie oczy, pięknie zarysowane kości policzkowe. Gdy śpiewa pieśni swojego ludu w jej głosie można usłyszeć wiatr. Gdy opowiada o ziemi, która została zabita, w jej głosie słychać gorycz. Sofia jest pewna, że jedyna droga to nieustające przypominanie, że się jest, że są inni, że każdy ma prawo do życia i bycia sobą.

Pochodzi z ludu Samów. Kiedyś Samowie byli nazywani Lapończykami, do dzisiaj można tę nazwę usłyszeć i przeczytać. W Wikipedii krótki komentarz, że niektórzy uważają tę nazwę za obraźliwą. Nie znoszę takich aroganckich komentarzy. Jak ktoś mi mówi, proszę nie nazywaj mnie w ten sposób, nieważne co wcześniej sobie wyobrażałam, czy co miałam na myśli, stosuję się do tej prośby. Często jednak uwielbiamy trzymać się naszych dawnych językowych przyzwyczajeń i zasłaniać się tradycją. Nie znoszę tradycji. To tarcza za którą chowają się rasiści, seksiści, klasiści by drwić z prób poszukiwania mowy, która nie rani, dobrej mowy.

Sofia mówi o sobie, że jest z ludu Samów, śpiewa ich pieśni, opowiada o ich krzywdzie. A Samowie zostali skrzywdzenie jak prawie wszystkie mniejszości na tym świecie. Odebrano im ich ziemie, na ich terenach zbudowano kopalnie, zrujnowano ich świat w imię zysku i dobrobytu zachodniej kultury. Samowie nigdy się nie poddali, od początku protestowali i sprzeciwiali się decyzją szwedzkiego rządu, ale co może mniejszość, gdy reszta społeczeństwa nie widzi problemu a za to przelicza zyski?

Ojciec Sofii powtarzał, że ziemia nie należy do ludzi, że jesteśmy tutaj tylko na chwilę, pożyczamy świat od przyszłych pokoleń. Filozofia Samów w najprostszych słowach: nie niszcz świata, bo on nie należy do Ciebie ale do przyszłych istnienie. Słowa wypowiadane od pokoleń przez Samów nie są jedna tak popularne jak te wypowiadane przez resztę społeczeństwa. W świecie konsumpcjonizmu i egoistycznego przekonania, że można wszystko, że świat ma być naszym poletkiem eksploatacji nie przejmujemy się niczym. Kryzys klimatyczny traktowany jest ciągle przez wielu z nas jako szaleństwo ekologicznego marudzenia. Naukowcy zawsze lubią niepokoić. Więc nie przejmujemy się niczym.

Tymczasem Matka Gaja, nasz świat umiera. Już dzisiaj kryzys klimatyczny odczuwają ci, którzy są najbardziej narażeni na skutki eksploatacji ich ziemi przez kopalnie, wszyscy ci, którzy żyją w krajach, w których zaczęło się pustynnienie, wymieranie ekosystemu, czy tak jak w przypadku Samów, topnienie lodowców, zmiany klimatyczne i kopalnie odkrywkowe, spowodowały całkowitą zmianę klimatu i terenu na którym przyszło im żyć.

Sofija założyła fundację Arvas Foundation i robi wszystko by tradycja jej ludu przetrwała. Śpiewa pieśni i organizuje spotkania, by ludziom uświadomić, że kryzys klimatyczny nie jest scenariuszem z futurystycznych filmów o kiczowatym zakończeniu, tylko rzeczywistością tu i teraz wielu ludzi, wielu istot żyjących, którzy i które nie mają się gdzie podziać.

Globalna sprawiedliwość – etyka, w której poszukuje się mechanizmów propagowania i wprowadzania klimatycznej sprawiedliwości, społecznej odpowiedzialności, kulturowej równości. Problem w tym, że dla wielu z nas ciągle jeszcze globalna sprawiedliwość kojarzy się z szaleństwem i utopią. Przecież ludzie równi nie są prawda? Więc co tu mówić o globalnej sprawiedliwości. A jednak warto czasami zrobić coś szalonego czy działać na wspak społecznej znieczulicy. Co z tego, że Samowie są tylko mniejszością, co z tego, że to tylko margines kulturowej rzeczywistości? Czy fakt, że mniejszość cierpi, jest usprawiedliwiona przez korzyści większości? Co to za etyka, co to za moralność, która pozwala nam na taki handel: skoro większość uważa, że jest jej dobrze, nie zastanawiajmy się co się dzieje z mniejszością? Globalna sprawiedliwość pozwala nam na większą wrażliwość, na większe zaangażowanie na rzecz innych. To również postawa samoograniczenia i zrezygnowania z postawy roszczeniowej. Najtrudniejsze zadanie dla człowieka zachodu. Ale może już czas by usłyszeć to, co mówią do nas inni. Może już czas uznać, że mniejszości wcale nie są mniej ważne, a globalna sprawiedliwość od nas właśnie zależy. Może już czas przeskalować nasze myślenie o świecie.

Sofia Jannok (Brita Maret „Sofia” Jannok) rocznik 1982. Aktywistka i artystka, jedna z tych współczesnych kobiet, która poświęca swoje życie na walkę o klimat, ekologię i istnienie Matki Gai. Artystka zaangażowana, której teksty uświadamiają nam jak bardzo tracimy nasz świt, piękno natury i wartość bioróżnorodności. Kobiety bardzo długo nie miały głosu, wiek XX dał jedna im siłę. Współcześnie wiele z nich nie boi się mówić o swoich potrzebach i problemach tych istot żyjących, które nie mają głosu, albo nie mają możliwości dotarcia do nas ze swoim przekazem.

Sofia – blond włosy, niebieskie oczy, pięknie zarysowane kości policzkowe. Gdy śpiewa pieśni swojego ludu w jej głosie można usłyszeć siłę. Gdy opowiada o ziemi, która została zabita, w jej głosie słychać protest. Sofia jest pewna, że jedyna droga to nieustające przypominanie, że się jest, że są inni, że każdy ma prawo do życia i bycia sobą.

Nożyczki

NożyczkiCięcie. Czasami bardzo trudne. Materiał przecięty, jedna część odpada od drugiej. Stara sukienka za bardzo pomarszczona, nie nadawała się już do niczego, skrawki pozostały na podłodze. Lifting uczuć i szubko pojawia się coś nowego. Stare małżeństwo nie przetrwało próby czasu. Coś nowego może się pozszywa.

Odkąd tylko można było podzielić, odciąć, przeciąć ludzie z dużą wprawą przerabiali, obrabiali i zmieniali swoją rzeczywistość. Nożyczki dzielą na dwie części, szatkują na drobne kawałeczki. Wielkie, ciężkie, malutkie, lekkie, szerokie, wąskie nożyczki, o ostrzach przecinających wzdłuż i w poprzek, wedle życzenia i potrzeby.

Rozcięcie. Materiał nie krwawi już tak bardzo. Przyzwyczajony do ciągłego odsuwania i przeszywania. Kiedyś lśnił jak marzenie, teraz z szafy nie pozostało nic, dwa ostatnie mole zasnęły w resztkach koronki i tiulu. Do snu szeleściła jedwabiem, do słońca wycinała się falbanką, sukienka, halka, podszewka. Nożyczkom wszystko jedno, gdy materia wolno spływa na ziemie.

W rzeczywistości czasami można nie zauważyć. Wszystko już się zmieniło. Jeszcze niby ten sam dom, to samo życie, ale wszystko już pędzi w zupełnie inną stronę. Jeszcze nie zrobiło się smutno, ani dziwnie. Stare kąty pachną tak samo. Cięcie jak w filmowym kadrze, to wyobrażenie, że wszystko można zmienić jedną decyzją. Życie toczy się jednak o wiele wolniej, szwy i hafty nie prują się tak łatwo. Dlatego niektóre zmiany tak bolą, działy się na długo przed pierwszymi łzami.

Wycinanie. Origami. Zabawa z papierem i wyobraźnią. Łabędzie i rajski ptaki, pawie piórka i delikatne płatki kwiatów. Zgrabne ręce potrafią wyciąć wszystko, trzeba tylko dać im lecieć, niech powietrze i myślenie ich nie ogranicza. Cięty papier szeleści cichutko, z każdym kolejnym gestem wyrasta nowe miasto, na nieistniejącej geografii.

Przemiany mają swój naturalny proces. Cięcie i dalej zmiana, zwrot akcji i nowe pokolenie. Nożyczki są dla rewolucjonistek, które przecinają każdą stronę. Wycinanie opowieści i ciągle zmieniające się marzenia. Niby wszystko to samo, ale kolejny raz okazuje się, że każde z nas poszło w zupełnie inną stronę.

Wycinanki, kolorowe zabawki, gierki. Kredki złamały się przy grubych konarach, za grubych, by zmieściły się na kartce, mama i tata wyszli tacy mali. Świat bardzo szybko zamyka w pudełku z nićmi i igłami dawne opowieści. Jeszcze pierwsze kroki, jeszcze poznawanie codzienności, a już zaczyna się odcinanie, życie dorosłe, potem coraz bardziej przejrzałe jak zapomniane morele. Z czasem życie zasuszyło się jak owoce na parapecie. Zostaje intensywny zapach przeszłości.

Nożyczki, nożyce, takie zgrabne urządzenie. Symbol tego, co łączy czy tego, co dzieli? W zasadzie trudno się porozumieć z naszymi własnymi pomysłami. Nie wszystko, co przecięte może się zrosnąć, zregenerować. Nie wszystko, co odcięte wróci do nas i wybaczy raz jeszcze. Wióry, śmieci, zapomnienie, zdarzenia, kroki, emocje, słowa. Odcinanie się. Docinanie i potyczki słowne. Poprzecinane ścieżki. Kolorowe wycinanki.

Fotel

FotelNajbezpieczniejsze miejsce na świecie. Wie to każdy pies i kot. Najlepiej, żeby stał w kącie pokoju, otulony bezpiecznie zapachem książek i zapachem dzikiego bzu zza okna. Ptaki gderające na parapecie nawet nie wiedzą, co je omija gdy lecą w przestrzeń szukać spokojnego miejsca. Biegnąc co rano do pracy nie zdajemy sobie sprawy, co zostawiamy poza sobą.

Fotel. To najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Można usiąść mamie na kolanach. Obok tapeta we wzroki spływa do ziemi pawim oczkiem. Lampa zawieszona nad stołem mruga wabiąc ćmy i komary. W fotelu jest jednak bezpiecznie, jak w okręcie niezatapialnym. Słowa zmieniają się w pajęczyny, gdy tak się usypia na kolanach mamy.

Najbardziej wytęsknione miejsce w domu. Cały dzień na nogach w prawo w lewo, jak myszy biegające po półkach w piwnicy. Zawsze jest tyle do zrobienia. Nostalgia nie poczeka, smutek sam się nie przeżyje, rozpacz sama się nie rozwinie, przyjaźń sama nie umrze, miłość sama się nie zrani. Usiąść choć na chwilę, dać się zatrzymać. Chwile niech staną w miejscu.

Fotel. To najspokojniejsze miejsce na świecie. Dookoła tyle się dzieje poza oparciem i wygiętymi ramionami. Gęsty materiał obicia wchłania całe rozedrganie. Nie ważna jest pora roku, nie ważna temperatura awantur. Po prostu się siedzi. Zapada w przepaść. Bezczas z książką na kolanach, nawet jak oczy już nie widzą, a myśli odbiegają zbyt daleko by czytać.

Najbardziej smutna przestrzeń dookoła. Wszystko zdołało już się porozsychać. Listy odkleiły się od liter, łzy od żalu, serce od wspomnień. Wszystko zdołało już przejść gdzieś dalej, dzieci są takie już stare, że nie pamiętają bajek, może to zresztą zupełnie inne dzieci. Taka jest kolej rzeczy, z nową dekadą, nowymi meblami, nową zabawą, z nowym rokiem. Uciekają, jak mrówki, gdy kroki robią się coraz bardziej ciężkie.

Fotel. Odrobina nostalgii, gdy wyciągnie się stare zdjęcia. Imiona się pogubiły, wizytówki zatarły. Nie wiadomo kto był myszką małą, a kto dobrym dziadkiem. W zagłębieniu oparcia kot o napuszonym ogonie zagląda w przeszłość. Wibrysy unoszą się delikatnie, kiedy ociera głowę o nieistniejące ręce. Koty są pamiętliwe, dlatego długo nie mogą pogodzić się z samotnością. Potem zapadają się w sobie i czekają spokojnie. Przyjdzie jeszcze taki moment, kiedy wszystko wróci do normy.

Dookoła ściany, drzwi i okna. Domy szeregiem jedne po drugich. Wszystko jest w mieście uporządkowane w serii przypadkowych odkryć. Dach pasuje do deszczu, grad wbija się w korę drzewa, sąsiadka pasuje do skrytych opowieści, krzyk dziecka pasuje do wybitego okna. Dookoła zmienia się świat, krok za korkiem, słowo po słowie. Fotel zatrzymuje opowieści dla siebie, jest jak jednorazowa zastawa. Wysiedziany przez babcię będzie milczał o jej wspomnieniach, zasiedziany przez wnuczkę nie przekaże ani słowa z jej lęku.

Fotel przyczajony w kącie pokoju. Najbezpieczniejsze miejsce na świecie.

Sznurówki

12493556_1682089452029802_6006889917343923512_oJest taki etap w życiu każdego z nas, można odmierzać go sprawnością ubierania butów. Dopóki potrzebnie są rodzice by pomóc w plątaninie guzików, szlufek, sznurówek, dopóki wie się, że mieszka się z kotem, mamą i tatą, a obok czasami zaglądają duża lalka o pucułowatych policzkach, człowiek zamknięty jest w przestrzeni dzieciństwa. Mitycznie bezpiecznej, w rzeczywistości już nie koniecznie.

Dziecko na początku świat ma zamknięty do przestrzeni kilku ścian. Świat zewnętrzny nie istnieje, czasami tylko rozszerzany jest przez ręce, które podnoszą w górę i pokazują kolorowe cuda. Stopniowo jednak ten świat zaczyna się rozszerzać. Przesuwa się w przestrzeń poza domem. Ulica na której ukradkiem ręce puszczają rower i nawet nie wie się, że już się jedzie samodzielnie. Potem koleżanka, którą się odprowadza, kolega z innej dzielnicy. Stopniowo wydłuża się przestrzeń między domem a szkołą. Potem pojawia się nowy dom, nowe miejsce, nowe miasto, kraj, przestrzeń. Gdzieś perspektywa zza firanki maleje i się odsuwa.

Przełomowe momenty. Matura śni się niektórym bardzo długo. Przełomowych momentów nikt jednak nie zauważa, nie traktuje jako tych najważniejszych. Stają się tak oczywiste. Kto o sznurówkach będzie pisał poematy? W zasadzie mogą tylko denerwować. Modne buty mogą mieć sznurówki tylko jako ozdobę, zamek błyskawiczny i tak już od dawna zrobił swoje. Sznurówki mają to do siebie, że lubią się poplątać, ubłocić, nic w zasadzie wspaniałego. A jednak ten moment, kiedy dziecko zawiązuje sobie samo sznurówki w butach, przestaje myśleć co ma robić.

Automatyzm pewnych czynności świadczy o dorosłości. Nie zastanawiamy się nad wyzwaniem umycia sobie włosów, mama nie spogląda ukradkiem, czy mamy dobrze spłukane, rozczesane. Tak samo jak umycie dłoni, ubranie się, zawiązanie sznurówek, wyjście z domu, przekręcenie klucza w zamku. Czynności jak bicie serca, nie ma się co nad nimi zastanawiać. Dorosłość właśnie na tym polega, że pewne rzeczy po prostu się robi. Nie są już przygodą, wyzwaniem, odkrywaniem nowego świata i nowych możliwości, nie są już udowadnianiem sobie i innym, że jesteśmy starsi, mądrzejsi, odpowiedzialni.

Świat zwija się nieuchronnie. Droga poza dom jest drogą do domu. Heraklit miał rację to, co prowadzi w dół poprowadzi też do góry i na odwrót. Ręce dziecka są niesprawne bo jeszcze nie wyrobiły w sobie automatycznych działań. Ręce starego człowieka są niesprawne bo za długo działały w automatyczny sposób. W opuchniętych stawach boli każda czynności rutynowo spełniana przez życie. To, co dla dziecka było wyzwaniem przestajemy pamiętać. Czasami nic już nie pamiętamy jak tylko ten pierwszy moment, kiedy rodzice pozwolili nam zostać dłużej z koleżankami i kolegami. Lody waniliowe pachniały wtedy najintensywniej. Sznurówki tak się nie poplątały.

Żelazko

żelazkoUprasowane myśli. W pomiętych ubraniach wychodzić nie wypada. Kiedyś żelazka miały duszę, rozpaloną do czerwoności, wkładano do ciężkiej, żelaznej obudowy. Prasowanie było udręką zapanowania nad ciężkim, gorącym żelastwem. Chińczycy i w tym wypadku (proch) byli pierwsi przed resztą ludzkości i już w VIII stuleciu prasowali jedwabie swoistymi rondlami z rozgrzanym węglami w środku. Chichot historii, Europejczycy uwielbiający chwalić się swoją kulturą i wynalazkami, wielcy zdobywcy i kolonizatorzy, jeszcze długo chodzili pomięci.

Doprasowane ubrania, gładko i bez żadnej skazy, ideał porządku. Pranie pociąga za sobą prasowanie. Elegancja jest wymagająca. Jeżeli chce się dobrze wyglądać, trzeba się naharować. Żelazko elektryczne przyniósł dopiero wynalazek z 1882, ale i tak nie każdego było stać na to cudo  Henry W. Seeley. Dzisiaj w każdym domu żelazko wydaje się takie codzienne i normalne, jakby zawsze towarzyszyło człowiekowi, jakby ciągłe wymaganie elegancji było stałe i niezmienne.

Zaprasowane w kantkę, najpierw oznaka luksusu i zamożności, okupiona pracą kobiety, które często bezimiennie pracowały na wygląd i wygodę – głównie mężczyzn. Potem w pośpiechu przeprasowywane, w geście codzienności, z chęci pokazania się jako osoba kulturalna. Codzienność bardzo długo nie była symetryczna, kobieta przykuta do domowych obowiązków gotowała, prała, prasowała. Urobienie rąk, ich zmęczenie, przesuszona, popękana skóra, było tak obowiązkowe jak idealnie wyprasowane koszule. Wreszcie mała awantura. Dzieci kwiaty nie potrzebowały konwenansu, nawet jak były całe wymięte i tak co innego było ważne. Moda stała się elastyczna, kiedy ludzie zrozumieli, że wygląd to nie wszystko.

Niedoprasowane. Wielki finał i czasy nam współczesne. Szkoda prądu, szkoda energii, źle jest pozostawiać po sobie ślad węglowy. Lepiej wyjść w czymś co niezbyt schludnie na nas leży, niż cały czas sięgać po zasoby świata. Idealne wyprasowanie bywa niebezpieczne. Ludzkie potrzeby, nawet te najdrobniejsze nie raz, nie dwa, okazywały się niebezpieczne.

Przeprasowane zasady, przesyt formą, tradycja rządzi. Przedziałek i starannie ułożone włosy, nic nie może się zwichrzyć, nic nie może pozostawać w nieładzie. Ma był równo i godnie. Po drugiej stronie inna część świata już nie jest taka dostosowana do zaprasowanej rzeczywistości, wygładzonych sposobów postępowania, świętego przekonania, że tak jest i tak być musi. Dawni buntownicy wychowali dzieci. W spadku po bitnikach i kontestatorach nowe pokolenie wychodzi na ulice i krzyczy, by ochronić Matkę Gaję, dać szansę na przetrwanie i zacząć walczyć ze zmianami klimatu. Przeprasowane umysły nie rozumieją, że czas dobiega już końca. Za chwilę ani prądu, ani codzienności w wygodnym konsumpcyjnym szale nie będzie. Miliony żelazek, jak i innych przedmiotów po prostu nie będziemy mogli używać. Być może nic po nas nie pozostanie oprócz wielkiego wymierania i żalu.

Odprasowanie tak, żeby wszyscy widzieli, by nikt nie miał wątpliwości. Życie skrojone na możliwości bogatego świata. Konsumpcjonizm jako religia zaczyna się od rzeczy małych, codziennych wymogów, przy tym wszystkim bagatelizując pracę innych. Niezauważani, jak dawne praczki, które w zamkniętych pomieszczeniach prały i prasowały, znikając ze świadomości społeczeństwa. Zawsze liczyły się pozory i to, co na ulicy. Świat zewnętrzny tak jak pieniądze należy do nielicznych. Po dziś dzień ta sama konstrukcja daje tę samą ślepotę. Liczy się nowość, towar, efekt, kto za tym wszystkim stoi ciągle pozostaje bezimienny. Praca kobiet w domu dalej pozostaje niezauważona. Opakowanie ważniejsze jest od tego, co w środku.

Żelazko, codzienna potrzeba żeby wyglądać, pokazać się z jak najlepszej strony. Dbanie o siebie to kapitał społeczny. Pozory zewnętrzności uznane za istotne, na tyle by pracować godzinami na zaprezentowaniem się, pokazanie, uwidocznienie. Tylko, co w tym wszystkim jest tak naprawdę istotne? Może ta druga strona, której w końcowym efekcie nie widać: czyjeś zmęczone ręce, przepracowane ciało, obolały kręgosłup. Pozory bywają też niebezpieczne, dla ich zachowania pokolenia poświęcały coś więcej niż swój czas i poczucie estetyki: poświęcano naszą przyszłość. Więc może to najwyższy czas by żelazko odstawić w kąt, zapomnieć o samochodzie, samolocie, kolejnym modnym gadżecie. Może już czas popatrzeć od innej strony…

Agrafka

agrafka„kładzie perły na palce, na szyję łańcuszki, wiesza na pierś zaponki, na uszy zauszki” (Mikołaj Rej). Zaponki, w starożytnej Grecji i Rzymie fibula, za czasów greckiego cesarza Bazylego II rozpowszechniła się, by robić furorę w średniowiecznej Europie: agrafka z brązu. Codzienny element naszego stroju. Nim guziki ułatwiły nam życie, a zamek błyskawiczny doprowadził wszystko do szybkości i perfekcji zapięcia, to właśnie agrafki – podpinały, zapinały, trzymały razem poły materiału. No i oczywiście zdobiły. W świecie mody agrafki szybko przeszły w broszki, zapinki, klamry, kolorowe, bogate, bajkowe. Dla wymagającej klienteli zdobione i wykonane z drogiego materiału.

Zwykle zaczyna się od potrzeby. Potrzeba matką wynalazku. Potem jednak się pędzie, gna, rozwija. Człowiek nie potrafi dreptać w miejscu. Zachłanność, potrzeba nowości, postępu, rozwoju, potrzeba bogactwa, luksusu. Niech wszyscy widzą, niech każdy wie. A co! stać mnie! Ubrania nie raz krzyczą, ukazując posiadanie, status społeczny, możliwości. Jak tylko człowiek zamknął swoje życie w przestrzeni udomowionej wsi i miast, zaczął się wyścig kto jest lepszy i kto ma więcej.

Agrafka, mały przedmiot codziennego użytku. Dzisiaj już nikt nie zwraca na niego uwagi. Po prostu jest sobie. W natłoku rzeczy, gadżetów, agrafek już nikt nie robi ani kunsztownych, ani zdobionych. To taki dowcip historii. Pewne rzeczy starzeją się i wychodzą z użytku, inne pozostają z nami ale w wersji najbardziej jałowej, najbardziej prostej. Coś co kiedyś było bogato zdobione dzisiaj jest zubożałe, tak jak wejścia do naszych domów. Elewacje rosły i przerastały zdobieniami, płaskorzeźby, lwami, kariatydami, atlasami i misternie wykonanymi drzwiami, klamkami, poręczami – to wszystko ciągle jest, wyprostowane, zminimalizowane, funkcjonalne. Status podkreśla już coś innego. Zamiast agrafki pobłyskującej masą perłową, srebrem, złotem, subtelna aluzja do marki spodni, czy bluzki, torebka, okulary, telefon – gadżety skrojone na miarę miejskiej satysfakcji współczesnego człowieka. Pieniądze ciągle wyznaczają status, ale teraz zaczyna się wszystko kręcić wokół innych przedmiotów. Agrafka znak przeszłości porzucony w szufladzie, gdy człowiek ciągle biegnie za swoim komfortem i zamanifestowaniem własnych możliwości.

Potrzeba matką wynalazku, więc najpierw jest prosty przedmiot, a potem obrasta w kolejne udogodnienia i zdobienia. Człowiek potrzebował spiąć ubrania, więc wymyślił agrafkę. Ale nie skończył na prostym przedmiocie. Potrzeby rozrastają się wraz z posiadaniem. Nie wystarczy mieć ubranie i je spiąć, należy mieć jeszcze ubranie modne, bogate, takie jakie przyćmi innych, takie jakie olśni każdego, takie, które pokaże kim się jest. Więc wszystko przyspiesza. Z prostego drucika zaczyna robić się coś więcej, biżuteria, element zabawy z rzeczywistością.

Potrzeby nie są przypadkowe, nie spadły nam z nieba, tylko je karmimy dzień po dniu kolejnymi przedmiotami, jakimi zasypują nas ci, którzy karmią się naszym posiadaniem i jego potrzebą. Kolaż rzeczy, wielki wir przedmiotów, codziennych, potrzebnych i równocześnie nadmiarowych. Agrafki już nie potrzeba nam tak bardzo, ale broszki, kolczyków, połyskującego w ręce najnowszego smartfona -tak. Pożądanie rzeczy nowej, modnej. Przedmioty mają swoje opowieści, ale te coraz szybciej się zużywają. Dzisiaj już nikt nie przekaże swojemu dziecku ze wzruszeniem wyszywanej chusteczki ściegiem wyuczonym jeszcze od babci. To, co modne zjadło to, co stare. Sentymenty zasuszyły się w kuferku na strychu.

Konsumpcjonizm nie urodził się nagle. Człowiek cały czas jest zachłanny na świat, na życie innych ludzi, innych istot czujących i żyjących. Odkąd tylko zaczęliśmy nazywać rzeczy „moimi” apetyt nam wzrósł do niemożliwych dla świata rozmiarów. Dlatego przejadamy naszą rzeczywistość, rozbieramy kawałek po kawałeczku to, co jeszcze zostało do zabrania, przejęcia, przejedzenia. Zachłanność konsumpcji jest ślepa: umierająca Ziemia, kryzys klimatyczny, wymierające zwierzęta znikają w świadomości „moje”, „mieć”, „więcej”. Teraźniejszość cały czas wypycha w przeszłość kolejne elementy codzienności, kolejne przedmioty stają się nieaktualne i nie ważne, kolejne gadżety zostają zużyte. Góra śmieci rośnie. „Mieć” chce coraz więcej i sięga bez opamiętania po nowe. Trzeba się pokazać, zamanifestować swój status. „Mieć” rządzi w ferajnie przedmiotów i w kalejdoskopie mody.  

Nici

niciPorozrzucane na stole. Nie zauważane i nie ważne do póki nie zaczną znikać. Nitka po nitce rozpruć można wszystko: sweter, obrus, przyjaźń, pracę, małżeństwo. Tak naprawdę w naszym życiu dużo możemy znaleźć takich elementów: fundamentalnych ale niezauważalnych. Tak jak słowa, oddzielone od siebie to tylko dźwięki, zapis graficzny, połączone w zdania, mogą zmieniać świat, ranić, zabijać, dawać nadzieję, budzić do działania.

Plączące się na podłodze, gdy na stole tnie się i przeszywa. Kolorowe, wprost w kocie łapki, fascynacja czerwoną czy zieloną nitką może trwać pół dnia, dopóki kot nie uzna, że lepiej się wyspać. Pojedynczo cienkie i słabe, mogą pozostać niezauważone. Dopiero w splocie, utkane w jakąś całość, zaczynają mieć znaczenie. Nie zauważamy tego na co dzień, zakochani w nas samych, w naszym cudownym ego. Człowiek jednak ma znaczenie dopiero wobec drugiego człowieka. To ten drugi kocha, odrzuca, złości czy daje radość. To dopiero w społeczeństwie, w tej szerszej perspektywie zaczyna się coś dziać, co układa życie we wzór, nadaje mu sens. Codzienne czynności nabierają znaczenia. Kochamy nasz indywidualizm, ale tak naprawdę to dopiero w byciu razem, w działaniu innych zaczyna się to, co chcemy widzieć jako realizację. Samotny człowiek może tylko roić swoje światy w swojej głowie, nim zatrzaśnie się całkowicie w ułudzie. Nitka na podłodze.

Czasami jak kot, nić ma siedem żywotów. Od jednego, do drugiego prucia, od jednego do drugiego splotu. Nowa szansa w nowym materiale wyłaniającym się spod ruchów cierpliwych palców. Tkanie, zszywanie, przeszywanie, nadawanie nowych kształtów, formatowanie nowej rzeczywistości. Zacząć raz jeszcze od początku. Marzenie, gdy za dużo się zwaliło na głowę, gdy zbyt ciężko robi się dookoła. Tylko, że siedem żywotów to legenda. Nawet kot odchodzi na miękkich łapkach w ostatnie spojrzenie tylko raz. Radykalne zmiany czasami są jak ucieczka. Przecięcie i nic nie pozostaje. Popalone mosty. Można zaczynać od początku raz po raz, tylko ile się zbuduje a ile straci?

Prucie, rozrywanie, przecinanie. Nici splątane dookoła. Nic już nie pozostaje tylko kolorowe strzępy. Stary znoszony, niemłody i przetarty. Wszystko dookoła zatrzymuje się na ten jeden moment. Zmiany, na nowy sezon, na nowe spotkanie, na nowy rok, na nowe możliwości. Ten sam człowiek ale już w nowym opakowaniu: pracy, domu, ubrania, dróg dookoła, słów w poprzek myślenia. Rozpruwanie pozostawia zmarszczki.

Moiry bywają złośliwe. To czego nie ma w jednym miejscu, znika tak samo w innym. Miało być odnowa, miało być inaczej, a tymczasem wszystko wraca. Moiry bywają złośliwe. Taka ich praca, żeby wszystko zmieniać, żeby wszystko odwracać. Nasz los leży w ich rękach, a przynajmniej tak uwielbiamy myśleć zmęczeni codziennymi decyzjami i codziennymi konsekwencjami naszego życia. Lepiej myśleć że to nie ja, ktoś inny pomieszał moje drogi, poplątał moje szyki, lepiej opowiadać o losie złym niż o naszych własnych błędach. Mojry plączą nici naszego życia, bo tak nam wygodniej, mitologia nieudanych czynów, pomylonych ścieżek, ślepych dróg.

Nici, kolorowe, czarno białe, szare, cienkie, grube, plątanina, zagubienie, wspomnienia, śmietnik, album życia, kolorowe zdjęcia, pożółkłe papiery, nie wysłane listy, szybkie słowa, głośne kłótnie, milczenie, zawód, czarna sukienka, biały welon. W naszym życiu coś powoli się przeplata, nieuchronnie splata. Nasze moje, było jest, ważne nieważne, poplątane, uporządkowane, to tylko dzień, codzienność, nitki na podłodze i tak nie zauważy nikt. No może kot miękką łapką poprzesuwa trochę. Kolor zabawy nitką.

Gary

garyStare, tak stare,  że już nawet nie pamiętają druciarza i jego okrzyku „garnki lutuję, garnki naprawiam!”. Na kwadratowym podwórku robiło się zamieszanie. Z bramy na lewo ruszała gruba żona piekarza, co rok w ciąży i co rok coraz bardziej rozkrzyczana. Za nią dreptała łysiejąca stara panna ostrożnie stawiające kroki na brukowanej kostce. Na łysiejącą głowę naciągała za małe kapelusiki, pamiętając, że jej mama zawsze powtarzała jak jej uroczo w koronkach i kapelusikach. Dzisiaj ani mamy ani koronek już nie miała. Sama jak palec, z kapelusikami i żalem do całego świata.

Gary, garnki, garnuszki. Nieforemne, poobijane. Bomby spadały miarowo, w suficie migały gwiazdy, porozstawiane na podłodze garnki chroniły dywan i drewnianą podłogę. Tej wiosny znajomi przyszli cichutko na Heleny, imieniny muszą być, tylko stukot wody na dnie garnków dziarsko wyłapujących krople. Śpiewali za to inni, ci co zdobywali, wiadomo do zwycięzców należy historia. Przegrani mogą tylko liczyć na kolejne dni.

Zalegające w szafie. Nikt nie chciał ich zabrać. Nawet ten dziwny komiwojażer nerwowo biegający po mieszkaniu. Nic już nie zostało, porcelana w domu wnuczek, obrazy spłowiały od samotności, tapety zrolowały się w chorobie. Jeszcze ostatnie godziny życia, oddech za oddechem. Zdenerwowany komiwojażer nic nie znalazł, z domu wynieśli wszystko, razem z ostatnim wspomnieniem. Stary garnek i posrebrzana taca nie warte są nawet tego by wynieść je z szafy.

Dzika lokatorka i jej uciekający piesek mieszkała tylko miesiąc. W kredensie znalazła dwa garnki, starą tacę i ramkę na zdjęcia. Samych zdjęć, tak jak dnia już w tym domu nie było. Świece przy oknie i ostrożne kroki po podłodze. Dom wąski od zaciskających go ulic i świateł, rozrastających się miejskich okrzyków ledwie wytrzymywał najmniejsze uderzenie serca. Nawet przyspieszony puls mu szkodził. Dzika lokatorka, jej piesek i jej żylaki na dobre zamknęli bramę po prawej stronie podwórka. Teraz nikt tu nie rośnie. Dom jeszcze stoi, ale bez oddechu, jak stary, wydrążony pień.

Czasami wkradam się do środka. Takie potwierdzenie, że jeszcze jestem z moją historią świata. To tutaj wszystko się zaczyna. Przykazanie pierwsze, nie wolno ustąpić, drugie, nie wolno zwątpić, trzecie nie wolno zwolnić, czwarte nie wolno się poddać, piąte do przodu, bez względu na cenę, szóste dalej mimo sprzeciwu, siódme w kółko to samo, ósme codzienność, dziewiąte ziemia, dziesiąte powietrze. Czasami wkradam się na to czyste podwórko. W kredensie jeszcze dwa garnki stoją. Jeszcze gotuje się w nich woda. Przy stole zaraz się zejdą niejadki, pracusie, obrażalscy, niepewni swego, niemowa będzie sobie siedzieć i jednym okiem podpatrywać krzątanie Maryanny. Kasztanowa sukienka raz jeszcze będzie schła w nieskończoność. Czasami jeszcze czekam, za nie wszystkie, za siebie.

Garnki tak stare, że niepewne swego, całkowicie zapomniane, nieprzydatne. Obok zielona jaszczurka, dom zaczął spełniać wreszcie czyjeś marzenia. Kamienna ściana pełna jest ciepła na którym dobrze jest oprzeć ciało. W oknach zagląda przestrzeń i oddziela świat od świata. Jaszczurka ma stoickie usposobienie, wie dobrze, że przyszłości nikt nie zatrzyma. Dlatego spokojnie siedzi najpierw na kamiennej ścianie a potem wsuwa się ostrożnie do domu. Wreszcie spełnienie. Bez żadnych zastrzeżeń, rozpaczy, bez żadnego słowa, pytania o czynsz i zaległości, walkę o każdy fragment rzeczywistości. Przyszłość i tak idzie sobie spokojnie, krok po kroku.

Na parapecie zatrzymała się woda. Można poparzyć łapki, ruchy muszą po deszczu być spokojne. Czasami tutaj zaglądam. Staję przez chwilę i szukam potwierdzenia. Dom jeszcze stoi ominięty przez miasto, zapomniany przez ulice. Zielona jaszczurka ciągle nie jest bezdomna.