Strach

strachCzego tak naprawdę się boimy? Co spędza nam sen z oczu? Ilu ludzi tyle lęków. Egzystencjalne, banalne, o przyszłość, o dzieci, o rodzinę, o codzienność, o pracę. Co tak naprawdę okazuje się najważniejsze? Strach przed śmiercią, czy strach przed życiem?

Starzy filozofowie podpowiadali, że nie warto się bać, nie warto lękać. Co ma być i tak nadejdzie, nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego i przed wszystkim się zabezpieczyć. Stare filozofie próbowały nas ukoić, jak jest życie to nie ma śmierci, jest gdzieś odległa, poza nami, bogowie są zbyt odlegli o ile w ogóle istnieją.

Strach jednak wpisany jest w nasze życie. Pojawia się zaraz na początku, wraz z pierwszym odkryciem, że nie jest tak jakbyśmy chcieli, z pierwszą porażką i świadomością, że nie wszystko nam się uda.

Wielcy mistrzowie życia duchowego zaczęli wojować strachem. Religijny fanatyzm strach wykorzystuje i wzbudza go jeszcze więcej w nas, by zabrać nam radość życia i zniechęcić do nas samych. Strach przed grzechem kastruje nasze ciało, zabiera nam seks i bliskość. Strach przed wykroczeniem przeciw bogom skazuje nas na ślepą wiarę i nieprzytomne zawierzenie. Kapłani wiedzą lepiej. Wielcy mistrzowie życia duchowego ze strachu, tego, co w nas naturalne, zrobili broń wymierzoną w naszą niewinność. Mamy czuć się winni, nieczyści, zbrukani, mamy czuć strach przed bogiem i jego wyrokami. Mamy dać się poskromić. Człowiek na kolanach.

Strach jest czymś naturalnym, w ewolucji wypracowanym mechanizmem, który pozwala nam na ostrożność, włączając mechanizmy przetrwania. Strach jest też czymś dobrym uczy nas bowiem poszanowania teraźniejszości, możemy zrozumieć, że tak łatwo ją stracić, tak łatwo jest wszystko zniszczyć.

Strach jest też wypracowany przez kulturę, wprowadzony w purytańskich wartościach i znakach, moralnych normach i zasadach postępowania. Inny może być zarówno źródłem naszego strachu jak i jego istotą, boimy się o innego, ale i boimy się innego. Najbliższa osoba budząc czułość i miłość staje się źródłem strachu: co się z nią stanie, jak będzie wyglądać jej życie. Obca istota może budzić w nas ciekawość i strach, kim się dla nas okaże, co ze sobą przyniesie?

Czasami nie doceniamy strachu, a czasami nie chcemy go dostrzec, zwłaszcza jeżeli to my sami jesteśmy jego przyczyną. Wycelowana broń w stronę zwierzęcia zabija nie tylko jego życie, niepowtarzalne istnienie, zabija nasze sumienie. Myśliwy celuje do istoty żyjącej i czującej, ale odbiera jej wszystko. Nie widzi jej strachu, ślepota i ograniczenie. Liczy się tylko nasz interes.

Czasami nie doceniamy i nie dostrzegamy strachu. Opanowuje on nas krok po kroku, pomaleńku, aż będzie za późno. Póki jeszcze bagatelizujemy, mówimy mam czas, dopóki jeszcze strach nie stanie się naszym codziennym towarzyszem, będziemy nadal niszczyć i siebie i nasz świat. Matka Gaja umiera powoli. Zatruta i ogłuszona naszym szaleństwem. Nie widzimy tego bo nie chcemy, nie boimy się jeszcze bo wyparliśmy strach w imię wygody i konsumpcjonizmu. Jeszcze się nie boimy. Nasz strach czeka na nas cichutko. Tylko, że gdy nadejdzie może być za późno.

Czasami nie doceniamy strachu, uczy nas on empatii, uczy nas kim jesteśmy, daje wrażliwość na teraźniejszość i inne istoty, trzeba się jednak najpierw pogodzić z własną klęską, własną małością, odpuścić, zrozumieć, że strach i porażka też jest czymś dobrym. Człowiek to nie jest duma to tylko żmudna codzienność.

Wyliczanka/strzelanka

wyliczanka strzelankaRaz, dwa, trzy zaraz martwy będziesz ty! Raz na dzika, ras na lisa, ras na sarnę, ras na kaczkę. Strzelać. Wszystko jedno do kogo i dla czego, tylko strzelać. Dla myśliwego to piękny kontakt z przyrodą, jest jeszcze żywa, jeszcze oddycha. Podniecenie, że jest się panem życia i śmierci. Odebranie życia tylko dlatego, że można. Agonia. Nie ważne jak długa, to myśliwy, to człowiek decyduje czy może żyć czy nie to zwierzę przed nim.

Raz, dwa, trzy zastrzelony będziesz ty! Raz w serca, raz w nogę, raz w kręgosłup a raz w głowę. Strzelać. Wszystko jedno gdzie, tylko strzelać. Dopóki się rusza, dopóki ucieka. Strzelać. Zwierzęta są dla myśliwego, to on ma broń, to on ma władzę. Po lesie nie będą się już szwędać bezmyślni aktywiści, w lesie ma być cisza i śmierć. Prawo i porządek myśliwego, krew.

Raz, dwa, trzy zdychać będziesz ty! Raz rzężenie, raz konwulsje, raz ryczenie raz dorżnięcie. Strzelać. Wszystko jedno po co, byleby strzelać. Zwierzę zawsze się znajdzie. Jak się wybije wszystkie w jednym regionie można jechać dalej. Turystyka zabijania ma szeroką ofertę. Jeszcze na świecie jest dużo zwierząt które można zabić. Dla myśliwego to piękny sport, relaks po ciężkiej pracy.

Cisza. W lesie martwa cisza. Ślady krwi. Wywleczone strzępy lisów z nory po jakże tradycyjnym norowaniu. Niektóre zwierzęta jeszcze dogorywają. Agonia czasami trwa parę dni. Myśliwi zabezpieczeni są od wyrzutów sumienia opowieścią o tym, że zwierzęta nam przeszkadzają. Wchodzą na nasze pola uprawne, do naszych miast. Nikt nie powie im, że to najpierw człowiek wszedł na tereny zwierząt. To nie jest ważne, tak samo jak nie jest ważny strach i cierpienie zwierzęcia. Cisza, w lesie po polowaniu zapada martwa cisza. Młode pozostawione bez matki będą umierać z głodu. Długa powolna śmierć. Ale myśliwi o tym nie mówią. Wolą opowiadać o pięknej tradycji, rytuałach, wspólnocie, wolą mówić o tym jak to cudownie więzi są budowana na polowaniach, jak to spaja ich społeczność, ich rodziny.

Pustka. Las zostaje obrabowany. Kolejne kilometry martwej przestrzeni. Myśliwi jednak będą mówić jak to dbają o przyrodę, dokarmiają dzikie zwierzęta i jak to dzięki ich interwencji las jeszcze żyje. W ich ustach to nie jest kłamstwo. Oni po prostu już nie widzą zamordowanego zwierzęcia oni widzą trofeum, oni nie widzą życia tylko cel i zadanie. Odczłowieczenie i odzwierzęcenie. Pełna znieczulica. Życie nie ma wartości. Jest tylko pusta satysfakcja, że można zabić. Radość z panowania, po której zostaje pusty las. Ptaki po polowaniu jeszcze długo milczą. Te zwierzęta, które przeżyły boją się normalnie żerować. Czas stoi w miejscu pogrążając nas wszystkich.

Zagłada. Żyjemy w wielkim wymieraniu. I to człowiek zabija, swoim chciejstwem, niczym nie ograniczonym konsumpcjonizmem, przez który do atmosfery wyemitowano miliardy ton związków chemicznych zanieczyszczających nasz świat. I to człowiek zabija swoją ideą postępu, szaleństwem przekonania, że trzeb cały czas się rozwijać, nawet jeżeli odpady technologiczne są toksyczne i zabijają innych ludzi i zwierzęta dookoła wysypisk, nawet jeżeli to przynosi szkodę środowisku. Liczy się postęp sam postęp. To człowiek zabija swoją lekkomyślnością i wygodnictwem, opierając gospodarkę na węglu, bo tak łatwiej niż przestawić ją na odnawialne źródła energii. Liczy się tradycja i sentyment. Zanieczyszczająca środowisko lokomotywa zostanie uruchomiona i będzie jeździć po kraju, jako „cudowna” staruszka, wspaniały zabytek, atrakcja turystyczna. To że zanieczyszcza środowisko nie jest ważne, istotne jest, że ludziom łza się w oku kręci ze wzruszenia. Ożywiona tradycja, nawet jak zabija jest najważniejsza. To człowiek zabija. Celuje w bezbronne zwierzę i strzela, dla satysfakcji, dla podniecenia, dla radości z faktu, że może. To człowiek zabija i się tym szczyci. To człowiek zabija i robi z tego wartość. To człowiek zabija i jest z tego dumny. W końcu jest człowiekiem i mu się to należy!

Radości krytykowania

analityczne„To nie ma najmniejszego sensu, co zmieni ten protest? Myśliwi to potężne lobby i tak będą strzelać do zwierząt.”

„Bez sensu, zbyt emocjonalny przekaz i tak nic nie zmieni. Po, co pisać te męczące posty i tak nikt tego nie czyta, politycy zrobią co będą chcieli.”

„To działanie bez znaczenia. Co z tego, że przyszło dziesięć osób. Nikt tutaj i tak nie chce uchodźców. Do niczego nie przekonasz.”

„Bez sensu”

„Szkoda czasu”

„Po, co to robisz?”

„Za mało osób przyszło”, „za mało usłyszało”

„I tak nic się nie da zrobić”

Krytyka przychodzi nam zaskakująco łatwo. W cudzym działaniu jesteśmy w stanie dostrzec wiele nieścisłości, błędów. Ocenianie drugiego człowieka jest zaskakująco proste. Wystarczy doszukać się co zaniechał, o czym zapomniał, czego nie wiedział i nie zrobił.

Krytyka jest przyjemna. Samemu można się zdystansować. Wygodnie rozsiąść i wykazać analitycznym myśleniem. Przyjemna świadomość, że my nie zrobilibyśmy tego tak fatalnie, gdybyśmy tylko widzieli sens w tym działaniu, na pewno poszłoby nam lepiej. Oczywiście szczęśliwie od samego początku mieliśmy świadomość, że to nie ma sensu. Więc teraz rozkoszując się każdym słowem możemy krytykować.

Krytykę usprawiedliwiamy bardzo szybko: ma to być przestroga na przyszłość, niech się uczą ludzie na swoich błędach. Krytyka wypływa z naszej wiedzy, naszych zdolności do analitycznego myślenia. Przecież jesteśmy racjonalni więc trzeba użyć naszego rozumu, naszych analitycznych zdolności, wykazać co złego zrobili inni.

Krytyka jest jak paraliż. Budzi zawziętość: tak nie wolno, tego się nie da. Blokuje. Pogardliwie spogląda na wszelkie pomysły i rodzi zaniechanie.

Greta Thunberg nie czekała, aż ktoś odpowiedni ułoży jej racjonalny plan działania. Wbrew wszystkim regułom, mała dziewczynka stojąca pod wielkim gmachem parlamentu. Co tydzień. Regularnie. Choć wielu powtarzało, że to bez sensu, że nic nie zmieni. Miliony młodzieży na ulicy rozlały się jednak szybko.

Jayden Foytlin, Levi Draheim, Victoria Barnett, Zealand Bell i wiele innych dzieciaków z grupy nie czekało na dalsze zmiany klimatu, nie słuchali przestróg, że przed nimi długa batalia i w zasadzie nie do wygrania, tylko w 2015 roku złożyło pozew przeciwko Rządowi USA, wnosząc oskarżenie, że politycy nic nie robią, by ratować klimat.

Wiele fundacji i stowarzyszeń, wielu z nas angażujących się w sprawy nawet te małe i z góry przegrane, tak naprawdę zmienia świat. Krytycy z reguły siedzą wygodnie w swoich domach i mają dużo do powiedzenia, jak nie robić i jak nie działać. Nie dostrzegają jednak, że każdy, nawet najdrobniejszy gest może zmieniać świat. Jeden adoptowany kot znaczy więcej niż krytyczne spojrzenia na szalonego człowieka, który pomimo braku pieniędzy i sił ma już ich dziesięć. Jedna demonstracja, choćby na nią przyszło tylko dziesięć osób znaczy więcej niż racjonalna krytyka przyjmowania wszystkich uchodźców bez ograniczeń. Jedna umierająca osoba, z która posiedzi wolontariusz w hospicjum znaczy więcej, niż opasła książka tłumacząca czym jest etyka.

Działanie bardzo często opiera się na emocjach. Bardzo często nie wiele przynosi. Czasami jest szalone i nie wiele daje. Ale pomyślmy co by się działo, gdyby wszyscy mówili, że to nie ma sensu, to nie jest racjonalne. Ale pomyślmy co by było, gdyby Owsiak swego czasu nie wykrzyknął „róbta, co chceta”. Czasami jeden krok otwiera całą drogę, jeden gest wyznacza całe nasze życie. Trzeba tylko zacząć działać. A krytycy tego, co robimy znajdą się już sami…

Nowy rok

nowy rokSylwestra czas zacząć. Wielkie odliczanie do wielkiej zabawy. Obowiązkowo musi być wielka scena, wielkie gwiazdy, wielka muzyka, wielka radość, wielkie tłumy, wielki hałas. Radość, radość przede wszystkim.
Nowy rok, nowe możliwości. Wielkie odliczanie. Kolejny rok z życia za nami. Kolejne minione obietnice i nadzieje. Czas przeszły, było, odeszło, zapomniane, rozmyte w pamięci, jeszcze chwila i nie będzie.
Noworoczne postanowienia, nadzieje, marzenia. Zakupy, szał, tłum. Na ulicach i w sklepach, ludzi jest tyle, tyle nadziei, że to będzie wspaniały nowy rok, że będzie się inaczej żyło, nie będzie się popełniało starych błędów. Nadzieja, że się kogoś pozna, z kimś porozmawia, z kimś pogodzi, do kogoś zbliży.
Sylwestra czas zacząć. W nowej sukience, bo stara niemodna, z nową listą życzeń, dziwnie przypominającą tą poprzednią. Nowy rok czas zacząć z odmłodzonym samym sobą, z życiem po liftingu, dobrze ubranym na pokaz.
Czas karnawałowej zabawy. Refleksja później, teraz jeszcze chwilę, chcemy być jak dzieci, nie myśleć, nie kalkulować, nie brać cały czas tej okropnej odpowiedzialności. Na chwilę oddech i lekkość. Na chwilę nie być sobą.
Czas karnawałowego szaleństwa. Radość z nowego roku, jeszcze wszystko takie świeże, jeszcze takie nieznane. Rytuał przejścia jest po to, żeby wszystko odmienić. Zaczarować rzeczywistość.
Czas sylwestrowych marzeń. Czas spoglądania w przyszłość. Nadchodzi. Nowe.
Tylko, że rano jest jedynie 1 stycznia. Nie pałac z bajki, nie książe, nie księżniczka, tylko ten sam kredyt, ten sam dom, to samo życie. Ani tak bardzo starsi, ani tak bardzo nowi, znów bez bajkowych opowieści. Ciągle tacy sami. Rytuały przejścia każą marzyć, że zacznie się wszystko raz jeszcze. Tymczasem cały czas to, to samo życie. Zmiana zaczyna się od naszej pracy, od codzienności. Wielkie wydarzenia nie wybuchają jak petardy, tylko przychodzą wypracowywane stopniowo. Nowy rok wcale nie jest taki nowy, to ciągle my i nasze problemy. To czego zazwyczaj nie lubimy to nasza codzienność. Czekamy na święta, żeby ją ubarwić. Czekamy na nowe życie, żeby nadać jej właściwy wymiar. To czego nie lubimy czasami jest dla nas najważniejsze. Codzienność, rutyna, dnie tak okrutnie do siebie podobne. W nich kryje się nasz dom, dzieciństwo, wspomnienia, nasza miłość, nasze życie.
Uciekamy do święta. Hucznego balu. Czekamy na sylwestra, karnawał, wielkie wydarzenia. Chcemy odliczać sekundy i mieć poczucie, że czas pędzi i daje nam coś nowego. Tymczasem to, co ważne siedzi nam na kolanach, gdy przeglądamy rachunki i pijemy herbatę. Tymczasem to, co nas stwarza kryje się w pytaniu: „co dzisiaj jadłeś/jadłaś?” tak jakbyśmy ciągle byli dziećmi. Tymczasem to, co uczy nas najwięcej jest w dotyku ręki, znudzonej rozmowie, w leniwym spacerze, w trosce, w pracy, w rozmowie z sąsiadem, w rozsypanych po podłodze zabawkach.
Uciekamy w świętowanie, bo boimy się zwyczajności. Nie chcemy sami przed sobą przyznać, że jesteśmy zwykli, że nic wielkiego w naszym życiu się nie dzieje. I może dobrze. Może właśnie w tym jest to, co najważniejsze.

Sylwester

sylwesterI jak co roku ten sam obowiązek: sylwester. Trzeba, koniecznie trzeba się zabawić. Jak nie na hucznej imprezie to w domu z przyjaciółmi, w najgorszym razie należy odsiedzieć swoje przed telewizorem w radosnym nastroju. Obowiązkowe odliczanie sekund i bum! Oto mamy nowy rok! Radość! Eksplozja radości! Tylko ktoś mi powie z jakiego powodu? Czy rano wstając będę już w nowej rzeczywistości? Będę inna? Czy tylko w nowym roku mogę robić postanowienia, że będę lepsza i sprawniejsza? Co takiego jest w sylwestrze, że czujemy się w obowiązku uczcić go wydanymi pieniędzmi i zarwaną nocą? 

No dobrze, jestem popsuj zabawą, dlatego na sylwestra nie chodzę. Jakoś średnio mi wychodzi zabawa na żądanie. Generalnie wolę posiedzieć w domu z mamą i kotem. Pies będzie spokojniejszy. Zrobię obchód ogrodu. W zeszłym roku zaplątał się w żywopłocie oszalały ze strachu dziki kot. Pokaleczył łapki uciekając prze hukiem petard. W noc sylwestrową lepiej  czuwać. Dwa lata temu przyjaciołom uciekł psiak, szukaliśmy do rana po całym osiedlu. Przerażone zwierzę jeszcze dwa dni nie wychodziło spod łóżka.  

Przygotowania do sylwestra należy zacząć dużo wcześniej. Nie, nie o kreacje mi chodzi, ani makijaż. Trzeba mieć dużo środków uspakajających dla psów i kotów, dobrze jest zacząć im dawać na tydzień przed sylwestrem, w noc sylwestrową najlepiej włączyć telewizor. Niech leci jakikolwiek program, byleby był neutralny dźwięk. Dobrze jest wówczas spokojnie rozmawiać i udawać, że nic niezwykłego się nie dzieje. Ponieważ zwierzaki mają dużo czulszy słuch i tak będą cierpieć, dla nich głos petard jest nie do wytrzymania. Można tylko liczyć na to, że jak się będzie mówiło spokojnie i pokarze im swoje własne opanowanie, mniej będą się bały. Dobrze też umówić się z przyjaciółmi, tak na wszelki wypadek, linia gorąca. Dzikie zwierzęta potrafią w popłochu uciekać i się poranić. Dobrze jest mieć wyszukanego weterynarza, który w razie czego od razu nas przejmie. Oczywiście lepiej nie pić, szampana łyknie się na drugi dzień, gdy wszystko ucichnie. Ktoś musi prowadzić samochód, gdy chore ze strachu psisko lub nieszczęsny kot będą potrzebować pomocy. 

Przygotowania do sylwestra należy zacząć z miesięcznym wyprzedzeniem. Dobrze jest porozmawiać z sąsiadami. Całego świata nie można zmienić, ale jednego człowieka już tak. Więc można choć jedną osobę odwieść od kupowania petard i wystrzelenia ich w niebo. Może o jedno mieszkanie, jeden dom będzie ciszej. Może u sąsiadów właśnie znajdą schronienie przerażone zwierzaki. Sylwestrowa noc jest pamiętna, jeszcze potem długo zwierzaki nie mogą dojść do siebie. Te domowe przynajmniej będą miały pełną miskę i dużo czułości. Gorzej z bezdomnymi, które nigdzie nie mogą uciec.  

Przygotowania do sylwestra trzeba zacząć jak najszybciej. Najpierw od siebie. Dobrze jest zadać sobie proste pytanie: czy ja rzeczywiście potrzebuję zrujnować czyjeś zdrowie w imię dobrej zabawy? Co z tego, że cierpi zwierzę, człowiek też jest zwierzęciem, więc dlaczego jego potrzeby mają być na pierwszym miejscu a zwierzaków już nie? Dobrze jest zadać sobie pytanie po co to wszystko: wydane pieniądze, zarwana noc, ogłuszający huk, przemoc świetlna, ognie sztuczne, tłum na ulicach? Czy nie można się bawić ciszej? Czy nie można okazywać radości w inny sposób? Czy nie można zrobić to bardziej dyskretnie? 

Człowiek wszedł na terytorium innych gatunków jak okupant. Zabrał im teren do życia, odebrał im wolność, możliwość bycia sobą. I jeszcze teraz terroryzuje cały świat dookoła bo bardzo się cieszy, że jest o rok starszy, o rok bliżej dojrzałości, starości, śmierci. Człowiek wszedł na terytorium innych gatunków jak bezwzględny egoista. Jemu się należy, to on ma prawo, to jego potrzeby muszą zostać zrealizowane. I nie jest ważne jakim kosztem. Dla własnej przyjemności, dla jednej nocy, która nic nie znaczy oprócz pustego symbolu, która nie jest niczym innym jak zwyczajnym rytuałem, człowiek postanowił wykrzyczeć całemu światu, że bawi się dobrze. Grzmot decybeli, ryk muzyki i pokrzykiwanie rozbawionych wodzirejów. Głośno, coraz głośniej, niech nas usłyszą, niech wszyscy wiedzą, że na to nas stać, że możemy, że nie ma granic. Żadnych granic. Jak zabawa to zabawa, a ta jest bezgraniczna, huczna i wesoła.  

To nowy rok, nowy rok nam nastał, wszystkiego dobrego.  

Świąteczny czas

samotność przed świętamiPojawiają się nieśmiało w listopadzie. Potem cieszą cały grudzień. Cieszą albo irytują, ludzie bowiem dzielą się generalnie na dwa typy: świętolubnych i maruderów. Generalnie jest wesoło, pełno aniołów z drewnianymi lub papierowymi skrzydłami, o słodkich twarzach i promiennych uśmiechach. Dzieci przejęte świętym Mikołajem, który jak co roku ma długą białą brodę. Jest podniośle, wielkie porządki i oczekiwanie na przyjazd rodziny ze wszystkich stron świata. Oto będziemy razem. 

Święta to radosny czas bólu. Samotni zostają zasypani rodzinnymi reklamami. Mają oczekiwać na przyjazd rodziny, ale do nich nikt nie przyjedzie. Starz ludzie mają pojawiać się na ulicach i w sklepie z minami dobrych babć i dziadków. Nie wolno pokazywać łez, rozczarowania, zawodu. Wnuki są najwspanialsze na świecie, nawet jak nie pamiętają i nie mają zamiaru przyjechać. Dla dobra sprawy, dla ducha świąt trzeba jednak udawać.  

Duch świąt to depresja hipokryzji. A i owszem postawimy talerz dla wędrowca, byleby tylko nikt się pod nasze drzwi nie zaplątał. Bez sensu wpuszczać do domu obcych. Bezdomni mogą dostać ekstra obiad, czasami zrobi im się balangę w miejscu publicznym, niech przyjdą na rynek i pokażą swoją bezdomność, w telewizji posłuchamy jak mówią ludzkim głosem przy zupie ufundowanej im przez hojnych darczyńców.  

Duch świąt panuje tak mocno, że niektórzy, a z roku na rok jest ich coraz więcej, swoich starych rodziców wywożą do szpitala. A to mamusia nagle zasłabła, a to tatuś nagle źle się poczuł. Lepiej niech poleżą w szpitalu, będą tu mieć doskonałą opiekę. Wiadomo w święta dużo się dzieje i można nie mieć czasu dla staruszka. A tak nikomu nie zrobi się smutno przy wigilijnym stole, że biedny staruszek czy staruszka ledwie co słyszą i nie wszystkie potrawy są już dla nich. Nie będą przeszkadzać. Zużyte meble. Czas na radość, a starość bywa bardzo smutna. Będzie więcej miejsca. Nikt nie zawadza i nie marudzi. Wesołe kolędy i życzenia bożego błogosławieństwa.  

Duch świąt jest również zachłanny, to mają być „nasze święta”, a więc święta katolickie. Inne wyznania obchodzą je nie tak jak trzeba, nie w tym czasie co trzeba. Ateiści mają się podporządkować, niech kupią choinki i prezenty. Nadchodzą wielkie „nasze” święta i nieodwołalnie wszyscy mają stanąć na wysokości zadania: cieszyć się (nawet jak nie ma z czego), wydawać pieniądze (nawet jak ich nie ma), przyjmować gości (nieważne czy przyjadą czy nie), kupować prezenty (nawet jeżeli nie wiemy co i dla kogo).  

Święta to radosny czas wzgardy. Trzeba całe miasto okleić symbolami religijnymi, anioły i dzieciątka z matką bożą. Zdarzają się miasta uległe, jak Amsterdam czy Londyn, gdzie wystrój świąt nie nawiązuje do żadnej religii. Zdarzają się miasta niepokorne, gdzie drzewko nazywa się świątecznym a nie bożonarodzeniowym, tak jak w Nowym Jorku. Ale my będziemy bronić tradycji, musi być katolicka, musi być tak jak było. Jak się innym ludziom nie podoba to niech wracają skąd przyszli. Drzwi dla uchodźcy i tak będziemy mieli zamknięte.  

Święta, „nasze” święta. Nasz czas dla rodziny. Nasz czas miłości. Zawsze tak samo. Żywa szopka, wprawdzie baranki stoją ogłuszone od wrzawy dookoła ale dzieci się cieszą. Łamanie się opłatkiem, nawet jak nie ma z kim w promocyjnej cenie blond anioł nam sprzeda trochę mąki i wody. Dawanie prezentów, które za chwilę wylądują w koszu, ale na szczęście dla świata konsumpcji wzrośnie tylko sprzedaż. Święta, „nasze” święta, radosny czas. Ludzie będą śpiewać Kolendy, mówić o miłości i pokoju. Będzie radośnie.  

Śmietniska będą rosły. Odpady ludzkie, samotni, bezdomni, wyrzucone wspomnienia, psy i koty, zapomniane jak opakowania po świątecznych prezentach. Śmietnik będą rosły.  

Lalki, kolejki, pieski i klocki

lalki, klocki, kolejkiStara prawda, rodzice czasami kupują zabawki sobie, nie dziecku. No może troszeczkę dla siebie, a troszeczkę dla dziecka. Taki czar tego, co było. Zadośćuczynienie za to, co się nie dostało w dzieciństwie. Oczywiście miłość bywa ślepa, dlatego znajdą się maluchy obdarowane tak hojnie, że zgubią się gdzieś pomiędzy miśkiem a konikiem czy pieskiem. Dawanie jest piękne, zwłaszcza jak osoba obdarowana się cieszy, widzimy radość i to nas uszczęśliwia. Dawanie prezentów dziecku jest szczególnym momentem, można mu pokazać świat, można zbudować więzi, można pokazać jak bardzo się je kocha i jak bardzo na nim nam zależy. Można też kupić sobie trochę miłości. Podkupić. Radość rodziców ze spełniani marzeń jest największa, zwłaszcza gdy dla dziecka to cały świat.  

Dawanie prezentów to rytuał. Jest wspaniale, jest słodko. Szeleszczące, kolorowe papierki, emocje, mozolne odpakowywanie, bądź pośpieszne ruchy, by jak najszybciej dostać to, o czym się marzyło i co przeczucie podpowiada na pewno jest w tej kolorowej paczce. Dawanie prezentów jest rytuałem wzajemności. Ja tobie a ty mnie. Prezent za prezent. Nawet jeżeli nie dosłownie to prezentem jest już sama radość, uśmiech, głośne okrzyki, że to właśnie to, że o to właśnie chodziło. Rytuał bycia razem, jeszcze intensywniej można komuś powiedzieć, że się o nim myślało.  

„Sto jeden dalmatyńczyków” zawsze przed świętami przeraża ludzi prowadzących schroniska dla bezdomnych psów. Słodkie maltańczyki czarują swoimi za dużymi uszami i rozkosznymi pyszczkami. Sto jeden nieszczęść. Najpierw podarowane w prezencie, cudowne magiczne święta i szczeniaczek pod choinką w koszyku, a po paru miesiącach osamotniony pies błąkający się w lesie, lub czekający rozpaczliwie przy drodze. Tak samo kreskówki ze słodkimi kotkami, kundelkami, ptaszkami, małpkami, stają się źródłem pożądania. Dziecko bardzo chce. Dziecko bardzo potrzebuje. Szaleństwo zakupów i szczęśliwy moment dawania prezentów. Cudowne chwile do momentu, aż rodzina chce wyjechać na wakacje, albo dorośli orientują się, że po psie czy kocie za dużo jest do sprzątania, za dużo sierści, kup, za dużo rachunków od weterynarza, za dużo pracy i tracenia czasu na zwierzaka, który coraz mniej podobny jest do tego z kreskówek.  

Święta, idą święta, choinki, kolorowe świecidełka, zewsząd kolędy, piosenki o miłości i rodzinie. Hodowcy przydomowych męczarni psów rasowych i kotów już są w nastojach świątecznych, zaczynają się wreszcie dobre dochody. Każdy dzień do świąt przybliża ich do sprzedania większej ilości piesków i kotków. Sklepy zoologiczne liczą utarg. Chomiki, króliczki, szczurki, szynszyle, żywe zabawki. Nie ważne czy dziecko jest przygotowane do opieki nad małym stworzonkiem, nie ważne, czy rozumie, że to żyjąca i czująca istota, ważne, żeby rodzice obdarowali pociechę wymarzonym Chipem czy Dalem. Ważne żeby wszyscy ludzie byli szczęśliwi. Małe zwierzątka i tak żyją krótko, więc to dobra inwestycja, przed wakacjami nikt nie zauważy wyrzuconego chomika. Ciotka może poczuć ulgę, że wreszcie nie ma tego okropnego szczura z łysym ogonem. Małe myszki były takie zabawne. Do czasu. 

Magiczny czas. Dawanie prezentów to rytuał. Ludzie nawiązują relacje, pogłębiają, zacieśniają więzi. Można pokazać, że się myślało, że się zastanawiało co dać, że szukało się tego, co wymarzone. Pies jak lalka, kotek jak maskotka, chomik jak klocki. Ciepłe futerka i zabawne pyszczki. Tyle jest oczekiwań i radości do pierwszej plamy na dywanie, do pierwszych zgryzionych pantofli, a nie daj bóg drogich butów. Nagle zabawki zaczynają przeszkadzać. Stają się nadmiarowe. Po świętach czuć już pierwsze oznaki zmęczenia. Pierwsze irytacje i nieśmiałe pytanie to, co dalej. Wraz z wakacjami nadchodzi kolejny szał, już nie zakupów a wyrzucania. Co roku, coraz więcej. Statystyki są nieubłagane. Kocie i psie przytuliska nie mają już miejsca. Zwierząt przybywa – tych szczęśliwie znalezionych. Przybywa też tych cichych ofiar, zagłodzonych i przerażonych, których nikt nie znalazł, po które nikt nie wrócił, których nikt nie zauważył, jak siedziały i czekały. Jesienne liście przykryją wszystko. Cykl życia się zamknie. Do następnych kreskówek, następnego okresu przedświątecznego i następnego wybuchu świątecznej radości.