Tylko jeden stopień

SolidarnośćSolidarność jest to pojęcie, które swego czasu w Polsce było znaczące. Obecnie można powiedzieć, że jest modne. Lubimy mówić o solidarności dla podkreślenia, że z kimś jesteśmy, popieramy czyjąś sprawę, dzielimy wspólny światopogląd. Solidarność z innymi brzmi bardzo dobrze, deklaracja solidarności ma zawsze pozytywny odbiór. Być solidarnym, solidaryzować się z, co to jednak oznacza w praktyce? Samo pojęcie pobrzmiewa solidnością, a więc stabilnością, siłą, jednością. W solidarności ukryta jest przez to odpowiedzialność stania za kimś, wspierania, dzielenia jego wysiłków. Solidarność oznacza też konieczność spełnienia tej obietnicy danej w mocnym wsparciu, dzieleniu z innym jego przekonań. W ten sposób solidarność staje się zobowiązaniem. Przez ten właśnie kontekst dzielenia, współponoszenia, wsparcia i dawania oparcia solidarność staje się ideą bardzo trudną do zrealizowania. Można powiedzieć, iż jest to raczej postulat etyczny, realizowany z rzadka. W wersji deklaratywnej, kiedy mówi się o solidarności, kiedy się o niej pisze, można co najwyżej wyznaczyć sobie pewien krąg zadań: kogo i co będę wspierać, jak udzielę tego wsparcia. Trzeba pamiętać, iż przejście od słów do czynów jest tutaj jak fundamentalne tak i szalenie trudne. Solidarność to oddanie się sprawie drugiego człowieka, a to zawsze niesie w sobie ogromne wyzwanie, jakiemu powinniśmy sprostać.

Czterdzieści dni trwał protest matek osób z niepełnosprawnością. Przez te czterdzieści dni media pracowicie relacjonowały co się dzieje na korytarzach sejmowych, ludzie przejmowali się, komentowali, niektórzy z nas nawet poszli pod sejm wspierać protestujących. Pojawili się politycy, działacze, społecznicy. Mówiło się dużo i namiętnie. W dniu protestu wychodzące z sejmu matki i ich dzieci witane były jak bohaterki, kolejna porcja fleszy i medialnego zainteresowania. Protestujący nie zdołali przekonać rządu do swoich postulatów, mówi się jednak, że odnieśli sukces. Jaki? Ludzie wreszcie zainteresowali się osobami z niepełnosprawnością. Zainteresowali?!

Proponuję zatem niech Państwo przeprowadzą mały eksperyment, to dobry czas, na tego typu zajęcia, rozpoczął nam się kolejny niebotyczne długi weekend. Proszę przejść się przez najbliższe zamieszkiwane przez Państwa ulice, rozejrzeć się i policzyć ile Państwo spotykali osób z niepełnosprawnością. Proszę pogrupować: ile osób na wózkach, ile osób o kulach (osobno osoby chodzące o dwóch kulach i osobno o jednej). Skupmy się tylko na tym rodzaju niepełnosprawności, który widać na pierwszy rzut oka. Jak już Państwo policzą ile to osób Państwo minęli, proszę zadać sobie proste pytanie ile osób z niepełnosprawnością znam? Ile osób z niepełnosprawnością widziałam/widziałem jako pracowników i pracowniczki urzędów, sklepów, uniwersytetów? Ilu mamy posłanek i posłów z niepełnosprawnością? Ilu aktorów i aktorek? Ilu prezenterek i prezenterów? Ilu dziennikarzy, prawniczek, nauczycieli, lekarek?

Nazywam to znieczulicą jednego stopnia. Dzwonię do menadżerki lokalu, w którym chcę przeprowadzić spotkanie – niewielki panel naukowy. Pada proste pytanie: czy w państwa lokalu będą mogły spotkać się osoby z niepełnosprawnością. Odpowiedź jest szybka i czarująca: tak jesteśmy otwarci na wszystkich. Ponieważ jestem już doświadczona zadaje jedno proste pytanie:

– czy Państwa lokal jest na poziomie ulicy?

– to znaczy?

– czy wchodzi się do Państwa bezpośrednio z ulicy czy może jest jakiś prób, jakieś stopnie?

– tak, ale tylko jeden.

Tylko jeden stopień do pokonania dla osoby na wózku, dla osoby o kulach, dla osoby niewidomej, dla inwalidy, osoby w wieku senioralnym. To tylko jeden stopień, to tylko krawężnik, to tylko zabytkowe drzwi bez mechanizmu wspomagającego otwieranie, to tylko brak windy.

Gdzie jest solidarność? Była na plakatach, jest w postulatach wielu partii i stowarzyszeń, pojawia się bardzo często w naszym myśleniu o drugim człowieku, dlaczego jednak wchodząc do jakiegokolwiek lokalu na kawę i widząc, iż nie jest on do sforsowania dla osób z niepełnosprawnością nie pytamy o to wykluczenie obsługi, dlaczego nie piszemy zażalenia do menadżera, czy szefowej? Dlaczego na poczcie czy w urzędzie nie pytamy gdzie są formularze napisane brajlem? Dlaczego nie dopytujemy się o windy i podjazdy w miejscach naszej pracy? Dlaczego pozwalamy by likwidować szkoły integracyjne? Dlaczego milczymy wiedząc, że są osoby, które nie mogą wyjść z domu, nie mogą funkcjonować normalnie, nie mogą być sobą? Gdzie jest solidarność? Czy budzi się tylko wtedy, kiedy można pokiwać głową oglądając program w telewizji?

Zaczyna się niemożliwe długi weekend, dlatego proponuję: niech Państwo idą na kawę i poproszą o rozmowę z właścicielem lub szefową lokalu, niech nam wytłumaczą dlaczego do ich lokalu jest tylko jeden stopień?! Solidarność to siła we wspólnym działaniu. Ogłaszam akcję jeden stopień!

Reklamy

Płacz za romansem

Płacz za romansemOna delikatny kwiat. Zwiewna sukienka, delikatne rysy twarzy, uśmiechnięta. On rycerz, zdobywca, konkretny mężczyzna, który wie czego  chce. Ona lekko wycofana, zawstydzona, niepewna. On powoli zbliża do jej dłoni rękę, czuje jej zawstydzenie i niepewność, drżenie. Nic jeszcze nie zostało powiedziane, ale on już wie, że to właśnie ją dzisiaj oczaruje, że to właśnie ona będzie jego. Aura flirtu i tajemniczości unosi się w powietrzu. Ona spuszcza oczy. Jej delikatne nie mówi mu wyraźnie tak. Jakie cudowne czasy.

A tu nagle pojawiają się okropne baby. Mają wykrzywione od krzyku twarze, niewydepilowane nogi i nikt ich nie chce. One same też nie wiedzą czego chcą. Tylko krzyczą, o prawach wyborczych o prawach do edukacji. Zwiewne sukienki i rozwiane włosy, romantyczne buźki o czułym uśmiechu zamieniają w chmurne panniska. Mężczyzna zostaje zraniony. Jego piękny kwiatuszek zaczyna wrzeszczeć, że nie oznacza nie. Aura flirtu znika. Te wredne baby zabiły ją ostatecznie.

Ona delikatny kwiatuszek. Można do niej podejść, zrobić z nią co się chce, jej „nie” oznacza „tak”, bo ona i tak nie ma głosu, jej zażenowanie i złość się nie liczą. Jest kobietą więc jest dla mężczyzny. On może być rycerzem w lśniącej zbroi. Obroni ją i będzie za nią myślał, podejmował decyzje. Jak jej coś się nie podoba to niech nie histeryzuje. Sama tego chciała.

Ostatnio jeden pan zadał mi pytanie co w flirtem, tą delikatną grą uwodzenia, niedomówieniem i tajemnicą. Złe feministki cały czas walcząc o prawa kobiet zabiły w świecie to co najpiękniejsze: flirt. Teraz biedny mężczyzna zamiast uwodzić musi zapytać się czy może usiąść koło kobiety, musi upewnić się czy ona jest nim zainteresowana. Ba, więcej, wedle mojego rozmówcy, rozpacz polega na tym, że biedny mężczyzna musi się upewnić czy może z kobietą się przespać. Erotyka zniknęła. Wszystko przez wrzeszczące feministki.

Flirt. Zastanówmy się. Brzmi ciekawie. Tylko dlaczego jako kobieta nie mam wybierać partnera do flirtu? Dlaczego to ja mam być tym kwiatuszkiem do zerwania? A co jeżeli to ja chcę zrywać kwiatki? A co jeżeli w ogóle nie chcę zrywać? A co jeżeli mój panie nie jestem panem zainteresowana, dlaczego mam grzecznie znosić pana zaloty? Moje „nie” oznacza nie. Pana pytanie jest tutaj konieczne.

Kobiety bardzo długo wepchnięte były na pozycję zwierzątka/dziecka, a więc istoty w męskim świecie nieistotnej, bez prawa głosu. Kota można wsiąść na kolana, dziecko uczy się zasad życia. Kobietę można było zaciągnąć przed ołtarz, zwłaszcza jeżeli jej rodzice mówili „tak” pełne nadziei na dobry mariaż, a potem można było dowoli ją modelować i zarządzać. Co czuła? Co myślała? Czego chciała? Mężczyzna przekazywał mężczyźnie kobietę. Mężczyzna u mężczyzny o nią się starał. Ona miała kochać, być czuła, macierzyńska, opiekuńcza, delikatna. Ona miała być taką jaką ją mężczyźni zaprogramowali. Pierwsze sufrażystki najpierw walczyły z niewolnictwem potem uświadomiły sobie, że z ich własną wolnością również nie jest dobrze.

Bardzo wolno, wręcz z mozołem, kobiety zdobywały krok po kroku prawa obywatelskie, zaczęły głosować, studiować, posiadać własne konta i prawo do własnych zarobków. W sferze obyczajowej wszystkie zmiany zachodziły bardzo wolno. W kulturze zachodu mężczyzna przyzwyczajony do dominacji wielokrotnie czuł się zdradzony i bezradny. Najpierw okazało się, że obiad może być nie na czas (chociaż żona/matka/kochanka/pracownik/opiekunka ogniska domowego nadal miała obowiązki domowe na głowie), potem już było tylko gorzej. Kobiety weszły na stanowiska kierownicze, pojawiły się w męskich zawodach, zaczęły być świadome swojej seksualności, zaczęły domagać się szacunku i spełnienia w sferze seksu. Kobieta zaczęła flirtować. Do lamusa odeszła ta nieśmiała, łagodna, ze spuszczonymi oczami. Kobieta zaczęła się upominać o swoje prawa. Nagle okazało się, że seks nie jest jej obowiązkiem w małżeństwie, że żonę nie można gwałcić, że jej nie oznacza nie a nie jest zwykłą kokieterią.

Przez całe pokolenia, stulecia, kobieta była hodowana do uległości. Mężczyzna nie musiał jej o nic pytać. Flirt był dla niego, dla jego fantazji rycerza zdobywcy, łamiącego najbardziej zatwardziały opór. Kobieta nie była w nim istotna bo i tak miała należeć do mężczyzny. Te straszne baby feministki wszystko odwróciły. Nagle okazało się, że chodzi tu jeszcze o samą kobietę, o to czego ona chce. I jak tak można?! Aura tajemniczości zniknęła. Kobieta mówi pełnym głosem o swoich potrzebach. Czas nastał marny….

Czy to takie ważne?

czy to takie ważnePrzyglądając się naszej codzienności można odnieść wrażenie, że świat się kręci coraz szybciej i coraz intensywniejsze zachodzą w nim zmiany. Moim zdaniem wszystko zależy od perspektywy jaką przyjmiemy oglądając ten najlepszy z możliwych światów. Z jednej strony zmiany kulturowe na pewno nabrały tempa dzięki rozwojowi technologii, gęstości kontaktów, czy coraz większej wzajemnej zależności. Na pewno codziennie wita nas nowy konflikt (wojny nie gasnące w różnych regionach świata), tak samo jak co dzień pojawia się nowy fakt kulturowy (gadżety i generowane przez nie potrzeby, artystyczne czy polityczne wydarzenia zmieniające bieg naszych myśli czy postępowania, nowe naukowe osiągnięcia). Z drugiej strony my sami niekiedy tkwimy w przyzwyczajeniach mentalnych, w pilnie utkanej przez nasze otoczenie czy przez nas samych tradycji. Świat daje nam coraz więcej możliwości, coraz więcej zadań też stawia przed nami, niektórzy z nas tego jednak nie widzą zamknięci w swoich przyzwyczajeniach i dawnych oczekiwań.

Zaczyna się od rzeczy małych, jak niedostrzeganie czy okazane zdziwienie na widok inności. Inaczej ubrana dziewczyna, nowy wzór tatuażu, nowy akcent. Niby inni są dookoła nas, ale czasami wolimy widzieć wybiórczo, tylko to, co podlega naszemu oczekiwaniu. Gdy model świata łamie się raptownie i dostrzeżemy coś dla nas zupełnie innego; możemy czuć się zagrożeni, oszukani, czy wręcz w niebezpieczeństwie. Nieznośna myśl jak to?! Przecież tak się nie robi?! A jednak dziewczyna z piercingiem na całej twarzy, mężczyzna z zieloną twarzą, chłopak całujący chłopaka, starsza pani ubrana młodzieżowo, śniady chłopak kupujący lody….

Świat nabrał tempa, jakiego być może ludzie żyjący w XX czy w XIX wieku nie znali. Siła naszych uprzedzeń i oczekiwań w dużej mierze pozostała. A gdyby tak na chwilkę spojrzeć z innej perspektywy. Człowiek który przechodzi obok mnie jest całkiem inny i dobrze. Pewnie bym się nigdy tak nie ubrała, ani mój znajomy czy znajoma, więc byłoby okropnie nudno. Kolorowy ptak przebiegł koło mnie i pozostawił za sobą barwne wspomnienia. Głośno mówiący w sklepie chłopak przekrzykujący się z koleżanką bardzo może drażnić. Ale może i dobrze, niech drażni, może ktoś zauważy, że źle wychowuje swoje dziecko, że trzeba czasami maluchowi przypomnieć, że nie jest samo na świecie i szacunek do drugiego jest istotny – bo potem może być już za późno. Żebrzący oszust na ulicy złości, znamy się już parę dobrych lat, ale może i dobrze; jego wyciągnięta ręka przypomnieć może, że są inni, którzy nie mają takiej okazji, żeby nam się pokazać i prosić o pomoc. Chory człowiek przykuty do łóżka, uchodźca zamknięty w obozie dla uchodźców, nieme wołanie o pomoc. Niech więc drażni nas naciągacz, może prawdziwie potrzebujący się w nas przypomną.

Świat codziennie może nas zaskakiwać ludźmi, którzy inaczej myślą, inaczej postępują, robią coś niestandardowego. Oswajając z innością zaczynają uczyć, że Inni od zawsze żyli wśród nas, tylko wcześniej nikt nie pozwalał im na bycie sobą, wykluczeni zamknięci w domach byli wstydem dla rodziny. Osoby z niepełnosprawnością mogły tylko oglądać świat zza szyby, a pohańbiona ich narodzinami rodzina wolała nie pokazywać swej zmazy. Osoby które chciały żyć inaczej płaciły wysoką cenę: pobicia, zaszczucia, wyrzucenia ze wspólnoty, tylko dlatego, że śmieli popatrzeć na kogoś tej samej płci z miłością, albo tylko dlatego, że potrzebowali żyć poza konwenansem. Współczesny świat powinien nas już oswoić z brakiem reguł i połamanymi konwenansami – bo nie ma naprawdę znaczenia ile kolczyków ktoś ma na wardze i języku, czy z kim sypia, jak się ubiera i w co wierzy lub nie wierzy – ważne kim jest, co potrafi dla innych zrobić. Nasze codzienne bycie w świecie powinno nas już dawno nauczyć, że to, co nazywamy tradycją, poczucie, że tak a nie inaczej się robi – stanowiło tylko wymówkę, by bezpiecznie się okokonić w świecie wyimaginowanych norm i wartości nie dostrzegając potrzeb drugiego człowieka. Odrzucić inność tylko dlatego, że tak się nie robi/robiło najłatwiej. Tylko co z samym człowiekiem.

I czy to naprawdę takie ważne jak wyglądam? Jaką tradycję przekazali mi najbliżsi? Co jest dla mnie ładne czy właściwe?

Równość

2012-02-16 10.15.25Wszyscy równi, równość wobec prawa, równy dostęp do edukacji, leczenia … hasła najczęściej pojawiające się w słownictwie demokracji i liberalnych przekonań. A może demagogii? Co oznacza jednak równość, czym ona w rzeczywistości jest? Przyglądając się słownikowej definicji (PWN) można zobaczyć, że w tym pojęciu kryje się: podobieństwo, równość pomiędzy tymi samymi, takimi samymi, równowaga, brak podziału, zrównanie, czy utożsamienie. Zatem już samo pojęcie (aequitas) sugeruje wieloznaczne aspekty relacji. Równość bowiem wiąże się z relacją pomiędzy poszczególnym członami, tak jak w logice znak równości łączy dwa sądy i pokazuje ich stosunek. Niestety już etymologia słowa pokazuje, że to pomiędzy co wkładany jest znak równości jest takie samo, lub tożsame.

Równość społeczna: równość, wolność i braterstwo – zaczęła się od społecznego marzenia by dać wszystkim obywatelom szansę, by dać im te same możliwości. W rewolucji francuskiej idea równości okazała się szybko hasłem i przerodziła się w terror. Wprowadzenie równości, porządku społecznego równych szans okazało się nie tak prostym zadaniem nawet na drodze pokojowej.

Co oznacza zatem równość? Przyglądając się człowiekowi i rzeczywistości społecznej pierwsze co rzuca się w oczy to ogromne nierówności. Nawet we współczesnym, demokratycznym zachodnim świecie różnice jakie już z urodzenia ludzie doświadczają są ogromne. Brak pieniędzy, brak uczestniczenia w tej samej jakości edukacji (a skupmy się tylko na tym zjawisku, ono jest bowiem kluczowe dla pogłębiających się dalej nierówności w społeczeństwie) oznacza realny brak równych szans. I nie chodzi tu tylko o nasze różne zdolności intelektualne. Wystarczy zła szkoła o niskim poziomie nauczania, albo zakwalifikowanie dziecka jako tego, któremu pewien rodzaj wiedzy jest niepotrzebny, by nierówność nabrała swego realnego charakteru. Nauczyciele mniej wymagający od dziewczynek (a ciągle to jeszcze się zdarza zwłaszcza na przedmiotach ścisłych), nie tylko ugruntowują stereotyp kobiety jako nielogicznej istoty, przede wszystkim traktują dziewczynki jako gorsze. Szkoły gdzie brak personelu, lub kadra pedagogiczna nie spełnia odpowiednich standardów tylko dlatego, że szkoła nie jest odpowiednio finansowana powoduje, że dzieci do niej uczęszczające nie mają takich szans jak dzieci uczone przez wyspecjalizowanych nauczycieli. Zaczynamy w przedszkolu, a jak mamy szczęście kończymy na uniwersytecie – droga kształcenia naznaczona jest hierarchią i wykluczeniem. Równy dostęp do edukacji zawsze był i pozostaje niespełnioną ideą.

Zła czy nie pełna edukacja nie tylko nie daje odpowiedniej wiedzy, nie przygotowuje również do pracy – zawodowej, jak i nad sobą. Zła edukacja może wpływać na nasz brak szacunku do racjonalnego myślenia czy samej nauki. Brak wiedzy może skutkować brakiem zrozumienia świata, zamykaniem się na rzeczywistość, tkwienie w schematach i stereotypach. Ludzie różnie radzą sobie z rzeczywistością ponieważ ona często ich przerasta, czasami też nie dostrzegają problemów i możliwości ich rozwiązania, tkwiąc w złych modelach postępowania czy wartościowania.

Parytety stanowią jeden z elementów polityki wyrównania. Przeciwnicy parytetów narzekają, że wprowadzają one np.: do szkoły czy na uczelnie osoby nie przygotowane do zajmowania w nich miejsca. Rzecz w tym, że parytety mają dać szansę właśnie takim osobą. Weźmy dziewczynkę z ubogiej rodziny o mocno patriarchalnej strukturze. Jako dziewczynka jest ona od urodzenia traktowana jako mniej ważna, rodzina skupia się na tym by przygotować ją do roli matki i żony, a nie człowieka, obywatela. Edukacja, parytety, a więc przyznanie jej stypendium czy miejsca w szkole, tylko dlatego, że jest dziewczynką, daje jej szanse by stała się nie tylko matką i żoną, ale również człowiekiem – świadomą jednostką dokonującą świadomych wyborów. Przeciwnicy parytetów powiedzą, że to dyskryminuje chłopców – pytanie jednak, czy najpierw to dziewczynka nie jest dyskryminowana.

Polityka równościowa może dalej prowadzić los człowieka. Dorosła już kobieta staje przed wyborem, jakiego póki co żaden mężczyzna nie jest zmuszany dokonać: rodzina czy kariera. W świecie gdzie kobieta dźwiga wszystkie obowiązki domu, dziecka, ale również kariery zawodowej wsparcie instytucjonalne może okazać się podstawowe. Sieć żłobków, przedszkoli, ale również programów wspierających młode matki robiące kariery zawodowe – kolejny raz pozwalają jej na bycie nie tylko macierzyństwem, ale i na bycie człowiekiem.

Podobno feministki dyskryminują mężczyzn. Nie wiem, nie spotkałam takich feministek. Zarzut ten pewnie wynika z niezgody na politykę równościową. Różnica w traktowaniu chłopca i dziewczynki, mężczyzny i kobiety, jest na tyle duża i na tyle mocno osadzona w tradycji, że bez przyznania dziewczynkom a potem kobietą wsparcia (w parytetach chociażby, czy w szeregu strategii rozwijających ich możliwości), równość nie mogła by zaistnieć. Dziewczynka musi nauczyć się myśleć o sobie jako o silnej i niezależnej, kobieta musi nauczyć się żyć jako osoba autonomiczna. Dopóki to nie nastąpi nie będzie można mówić o feminizmie. Dopóki społeczeństwo tego nie zaakceptuje i nie zacznie tak samo traktować mężczyznę i kobietę nie będzie między nimi znaku równości.

Równości w społeczeństwie nie ma. Skupiłam się tu tylko na wycinkowym przykładzie samych kobiet. Pisząc jednak o płci już pominęłam w tym przykładzie osoby nienormatywne: biseksualne, homoseksualne, czy transpłuciowe. Osoby które nie mieszczą się w schematach, czy nie mogą się dopasować do społeczeństwa. Wychodząc poza płeć listę można wydłużać. Pozostawienie jednak ludzi samych z ich nierównościami, tylko dlatego, że będziemy się bali zmieniać porządek naszej kultury, tylko dlatego, że komuś się to nie spodoba bo zaburzy to dawne, tradycyjne podziały i układy społeczne – to dalsze marginalizowanie. O wykluczonych trzeba walczyć, ponieważ oni często nie mają szans upomnieć się o swoją równoprawność w społeczeństwie. Równość wymaga polityki, która czasami wstrząśnie zastanym porządkiem społecznym, przewartościuje, pokaże inny model funkcjonowania w świecie. Podjazdy dla wózków same się nie zrobią, osoby z niepełnosprawnością same sobie nie wywalczą miejsca na podjazdach i w przestrzeni publicznej, a że ich podjazdy zmienią przestrzeń architektoniczną – no cóż, równość wymaga przewartościowania. Ale póki co nie jesteśmy równi.

 

Umiera człowiek

umiera człowiekUmiera człowiek. Czasami nie jest to śmierć wymarzona. Każdy z nas może ma taką wizję: zrobię ostatni wykład, przyjdę do domu, położę się do łóżka i już się nie obudzę… pięknie by było. Życie bywa jednak wyjątkowo złośliwe. Czasami umiera się długo, powolutku, z każdym dniem tracąc siły i jakiekolwiek zadowolenie z życia. W takich momentach ważny jest drugi człowiek, jak będzie się zachowywał, czy zrozumie nas, umierającego. Co którzy towarzysząc śmierci zapominają, czasami świadomie wręcz ignorują, fakt, że to umierający jest najważniejszy.

Umiera człowiek. Dookoła niego pojawiają się instytucje. Szpital, hospicjum, instytucje religijne. Szacunek do drugiego człowieka łatwo nam przychodzi gdy on/ona jest zdrowy, silny, kiedy może nam odpowiedzieć, bronić swoich przekonań. Gorzej już z szacunkiem do człowieka umierającego. Wówczas każdy wie lepiej, co dla niego ważne i odpowiednie. Im słabszy, im mniej może mówić, obronić się tym łatwiej go/ją zawłaszczyć.

Umiera człowiek. Jego ciało już do niego nie należy. Pielęgniarki, pielęgniarze, lekarki, lekarze, rodzina, znajomi, dalsi, bliżsi, kapłani – wszyscy ustawiają się dookoła. Każdy chce decydować. Człowiek, który już nie ma siły, żeby cokolwiek powiedzieć, walczy o każdy oddech, zostaje sam. Dookoła tylko kłębią się ludzie którzy wiedzą lepiej.

Szacunek do przekonań świeckich, światopoglądu ateistycznego najtrudniej szanować w chwili śmierci. Dobrzy przyjaciele, którzy potrafią skłamać – w ostatniej chwili się nawrócił, kapłani, którzy co chwilę podchodzą do umierającego czekając na jego nawrócenie. Nawet po śmierci trudno jest egzekwować wolę ateisty/ateistki. Od razu dookoła pojawiają się ludzie przekonani, że nawet ateistę lepiej położyć pod krzyżem, że nawet ateistce przydadzą się wszystkie organy na sądzie ostatecznym i ksiądz przy trumnie.

Rodzina zmarłego musi za niego walczyć. Najpierw udowodnić raz jeszcze wszystkim, że do końca pozostał sobą, nie wierzył i nie chciał uczestniczyć w jakiejkolwiek formie życia religijnego. Tłumaczeń nie ma końca, pojawiają się domniemani świadkowie, tłumaczący, że umierający miał widzenia (a mógł je mieć niedotleniony umysł podsuwa nam różne wizje), zaświadczający za rzekomym nawróceniem. Potem miejsce pochówku, żaden ksiądz nie przejmuje się prawem w Polsce i ateisty nie da pochować na cmentarzu parafialnym – pozostaje zatem miejsce na komunalnym. Trumna, urna, klepsydra – poszukiwanie bez krzyża, tłumaczenie wszystkim dookoła, że zmarły tak chciał, że był ateistą. Znoszenie krzywych spojrzeń i aluzji.

Mamy XXI wiek, świat zlaicyzowany, pełen różnorodności, a i tak wszyscy dookoła czują się wręcz urażeni, że urna nie stanie w kościele, że to córka, a nie ksiądz poprowadzi pogrzeb. Rodzina oczekuje z przerażeniem, co wydarzy się na pogrzebie. Ilu znajomych się obrazi? Ilu skomentuje, czy będzie chciało zmienić procedurę? Czy ktoś przerwie ceremonię w świętym oburzeniu?

Katolicy wiedzą najlepiej – ateistów nie ma. To chorzy ludzie, którzy nie wiedzą co mówią. Należy szanować wolę zmarłego, ale nie ateisty. Ostatnie namaszczenie musi być. Tak samo jak pogrzeb w kościele. Wierzący mają jasność przekonań, inni się mylą, tylko my wiemy jak jest – bóg nam objawił prawdę. Racjonalne analizy tak zwanych ksiąg świętych czy zasad wiary spotykają się z kpiną. Co wie naukowiec?! Przecież nie śniło się filozofom…. Szkiełko i oko ciągle są w pogardzie.

W tym wszystkim jednak uderza brak szacunku do inności. Człowiek który nie wierzy staje się aberracją, odmawia się mu prawa nawet do jego nie wiary – a argument nie można nie wierzyć wraca jak złe zaklęcie. Smutny jest brak szacunku do człowieka. Tego słabego, umierającego, którego do końca, usilnie starają się niektórzy przekonać i nawrócić, a potem będą wywierać presję na jego rodzinę, byle tylko uzyskać swoją wizję porządku świata. Przerażająca jest nonszalancja z jaką podchodzi się do drugiego człowieka właśnie wtedy kiedy potrzebuje wsparcia. Doszukiwanie się w ostatnich słowach, czasami już majaczeniu śladów nawrócenia. Upokarzające komentarze a jednak pojednał się z bogiem, uwłaczające godności człowieka oczekiwanie, że grzesznik jednak padnie w ostatniej chwili na kolana…

Smutne jest to, że gdy umiera człowieka wielu ludzi wiary nie daje mu umrzeć spokojnie. Nie chce dopuścić do siebie tej pięknej myśli: że o to jest życie, wydarzyło się, ktoś się urodził, miał marzenia, aspiracje, przyjaciół, miłości, radość, smutek, walkę, udręczenie, spokój, zwyczajny spacer z psem, obiad z rodziną, godziny przegadane z przyjacielem. I w całym tym szale walki o zachowanie religii, wierzący nie widzą, że śmierć jest naturalna: oto ostatni oddech człowieka, który mógł oddychać, który miał to szczęście, że pojawił się na tym świecie, mogliśmy go poznać i z nim chwilę pobyć.

Umiera człowiek. I piękne jest to, że żył.

Światowy dzień walki z dyskryminacją rasową

nienawiść obraz21 marca 1960 roku w Sharpeville, w RPA ginie od kul 69 osób, a 180 zostaje rannych. Dlaczego? Ponieważ nie byli biali. 16 marca 1988 roku w Halabdży, w Iraku ginie z powodu ataku bronią chemiczną ok 5000 Kurdów. Dlaczego? Ponieważ nie byli Irakijczykami. Luty 2004 roku Dżandżawidzi w ataku na Tawila zabijają 67 osób, a 41 uczennic i nauczycielek ze szkoły gwałcą i okaleczają.

Tylko trzy wydarzenia i tylko trzy rejony świata. Masakry, akty przemocy, terroru na tle rasizmu można by wymieniać w nieskończoność. Rasizm wydaje się wszechobecną i przerażającą siłą. Nienawiść do drugiego człowieka tylko dlatego, że jest inny, tylko dlatego, że żyje w zgodzie z inną kulturą, innymi wzorcami i symbolami niż te, które uznaje napastnik za „właściwe”, czy „normalne” – ta nienawiść, wydaje się odwieczna.

Etnocentryzm, skupienie się na własnej grupie etnicznej, współpraca z najbliższymi, wspólnotowość, bliskość – to elementy, z których budowały się enklawy, społeczności i etniczności. Początkowe spoiwo pokrewieństwa, wspólnych przekonań, wierzeń, symboli służyło integracji i umiejscowienia człowieka w danej wspólnocie, pozwalało również samej tej wspólnocie przetrwać. Rozszerzenie współpracy poza własną wspólnotę okazało się jednak bardzo produktywne i pragmatyczne. Dlatego ludzie od zawsze prowadzili wspólny handel czy politykę. Kooperacja z innymi choć przynosiła korzyści wcale nie osłabiła lęku przed innymi czy niechęci do nich.

We współczesnym świecie coraz bardziej rozwijających się multikulturowych relacji, w zglobalizowanej rzeczywistości zależnych od siebie gospodarczo, politycznie czy technologicznie społeczeństw współpraca jest pierwszym i najważniejszym elementem istnienia. Takie narzędzia jak prawa międzynarodowe, konwencje, czy systemy instytucji (humanitarnych, edukacyjnych, pomocowych), pozwala – przynajmniej w teorii – na budowanie symetrii między ludźmi, globalną wspólnotę interesów.

Rozwój świadomości społecznej dotyczącej krzywd spowodowanych na tle rasistowskim, rozwój prawa i moralnych dysertacji nie zmienia nienawiści. W niektórych z nas ukrytej, w niektórych z nas mocno zakorzenionej. Miłość do własnej wspólnoty wypaczona zostaje w formie skrajnego nacjonalizmu i ksenofobii, niechęć do inności przeradza się w rasizm i marzenie o czystości etnicznej, potrzeba dumy i godności przykrywa nierzadko własną słabość i brak możliwości.

Nienawiść to emocja tak silna jak miłość i tak jak miłość popycha do działania. Nienawiść wartościuje i segreguje ludzi, piętnuje ich i stygmatyzuje, wyzywa i wyklucza. Nienawiść bywa nieusuwalna, zwłaszcza wszędzie tam, gdzie lata, a czasami stulecia wzajemnych waśni i konfliktów przeradzała się w wendettę, zwłaszcza wtedy, kiedy już od dziecka uczy się człowieka kim jest jego wróg. Aleksander Wielki i Teby, uczestnicy krucjat i upadająca Jerozolima, konkwistadorzy i ginący Inkowie, król Leopold III i masakra w Kongu, ludobójstwo Ormian, wielki głód na Ukrainie, holokaust – to tylko wyrywkowa lista zbrodniarzy i zbrodni jaka dokonała się tylko dlatego, że drugi człowiek urodził się w innym miejscu, posiadał inny kolor skóry, bądź reprezentował inną religię. Nienawiść bez końca.

Do tego dochodzi nienawiść zajadła, cicha, przejawiająca się w drobnych, codziennych gestach i sytuacjach. Kobieta o ciemnej karnacji słysząca w tramwaju obelgi, opluty mężczyzna o śniadej skórze, wyśmiewane dziecko, którego rodzic jest migrantem. Napisy na murach, wyszukiwanie przywar innych narodowości, dowcipy i obelgi rasistowskie.  Polityczna poprawność nie wszystkim zamknęła usta, świadomość historii nie wszystkim pozwala wyciągnąć lekcję z dawnych aktów terroru i rzezi. Drugi człowiek ciągle nie jest postrzegany z szacunkiem i ciągle nie znajduje swojego miejsca w rzeczywistości opanowanej przez nacjonalistyczne myślenie. Wprawdzie statystyki mogą pocieszać (w Polsce większość osób jest przeciwko przemocy i deklaruje się jako antyrasistów), przeraża jednak to, że w miejscach publicznych nikt nie reaguje na przemoc werbalną czy symboliczną, nikt nie staje po stronie obrażanych i poniżanych. Przerażające jest to, że ciągle potrafimy się śmiać z rasistowskich dowcipów, wsłuchujemy się w teorie spiskowe wskazujące jedną grupę etniczna jako gorszą od innych, czy dajemy bierne przyzwolenie na neokolonialne czy neofaszystowskie zachowania.

Nienawiść tak jak miłość jest silną emocją. Pozostawiona sama sobie – bez edukacji antydyskryminacyjnej w szkole, bez nauki szacunku do drugiego w domu; może się okazać bardzo niebezpieczna. Historia już to pokazała, nasze codzienne postawy ciągle dalekie są od zrozumienia i akceptacji. Nienawiść ciągle nas dotyka – i to jest nasze największe wyzwanie.

Walentynki, Walentynki i po Walentynkach …

WalentynkiTysiące wpisów, miliony użytkowników ćwierkających, wklejających memy, złoszczących się na walentynkowe święto i miłośników czerwonych serduszek. Kultura Zachodu obchodzi serduszkowe święto.

W czym leży fenomen Walentynek. W Polsce pojawiło się stosunkowo późno, choć jest swym rodowodem świętem katolickim. Kościół w Polsce nie lubi jednak za bardzo św. Walentego (może dla tego, że dokładnie nie wiadomo, który to św. Walenty ma zostać patronem zakochanych, a współczesne obchody Walentynek często zapominają o swym rodowodzie). Niechęć kościoła do Walentynek może wiązać się nie tyle ze zeświedczoną jego wizją, co z faktem, że kościół za bardzo nie kocha miłości poza kontrolą instytucjonalną. Zamknięcie wszystkiego w ramy małżeńskiego węzła (gordyjskiego w tym przypadku), uświęcenie sakramentem pozwala ludziom powiedzieć kocham. Gdy robią to poza instytucją, gdy cieszą się sobą niezależnie od wieku i płci, wówczas wśród przedstawicieli kościoła robi się nerwowo.

Jedni nie lubią walentynek, ponieważ pozwalają manifestować miłość niezależnie od instytucji, inni złoszczą się na walentynki narzekając na ich komercyjny wymiar. Wizyty w spa dla dwojga, nadruki ze zdjęciami zakochanych par, romantyczne seanse filmowe, pełno serduszek na witrynach. Tak oczywiście jest to biznes, pieniądze człowiek zarabia przecież na wszystkim. Nie wiem na ile obniża to rangę randki zakochanych, gdy wybiorą się do miejsca gdzie pełno serduszek i kolorowych podpowiedzi jak jeszcze można wyrazić miłość. Dla mnie ważniejsze jest jednak co innego.

Walentynki to jedno z nielicznych świąt, które tak po prostu pozwalają nam wyrazić pozytywne emocje. Czy robimy to wobec osoby, którą rzeczywiście kochamy, czy jak w starym dobrym „klubie Pickwicka” tylko żartujemy, mamy okazję przesłać w świat pozytywną wiadomość. Jest to święto emocji – dobrych emocji. Nie ważne czy jesteśmy aktualnie singlami czy w związku, nie ważne czy komuś chcemy podarować czekoladki czy może bilet do kina, a może sam u śmiech – ważne jest, że robimy gest pełen dobrych emocji. W walentynki możemy pomyśleć o innych z uśmiechem. Śmiać się razem z zakochanymi, cieszyć się, że są ludzie dookoła nas, którym chce się trzymać za ręce i uśmiechać do siebie bez powodu. I to jest piękne, niezależnie od komercji, św. Walentego, czy jakiejkolwiek innej wskazówki kulturowej.

Walentynki powinny być też czasem, w którym będziemy świętować miłość po prostu – bez uprzedzeń wobec innych orientacji seksualnych, bez narzekania, że młodzi trzymają się za ręce, bez zdenerwowania, że ktoś przytulił kogoś na ulicy. Walentynki powinny być świętem, które pozwoli nam choć na chwilę zapomnieć o smutku, troskach, o tym, że życie jest nie najdłuższe i nie zawsze najprzyjemniejsze. Niezależnie od tego, czy mamy miłość, czy jej nie doświadczamy, niezależnie od tego, czy jesteśmy szczęśliwi czy nie – dzień serduszek niech będzie świętem, w którym uśmiechniemy się do innych. Dniem w którym jeżeli nie będziemy się cieszyć z naszego szczęścia, ucieszmy się ze szczęścia innych.

Marzą mi się walentynki jako święto równości i normalności, gdzie para zakochanych homoseksualistów będzie nam się tak samo podobać jak para zakochanych heteroseksualistów, gdzie nie będzie różnicy kim są zakochani, gdzie będzie bez znaczenia ile mają lat, co sobą reprezentują. Święto dla wszystkich.

Codzienność bywa monotonna, czasami smutna, czasami wbrew bajkowym zakończeniom coś się kończy w naszym życiu dramatycznie. Nie każda miłość ma szansę, nie każda się zrealizuje, nie każda będzie trwała wiecznie. Czasami mam wrażenie, że prawdziwa miłość jest bardzo rzadka i nie każdemu się zdarza. Dlatego cieszmy się gdy innym się udaje, cieszmy się, że są ludzie którzy 14 litego dostają bukiet róż, cieszmy się, że możemy innym przekazać pozytywną energię. Miłość. Nie jedno ma oblicze i nie jest dla każdego. Może jednak być dla nas, gdy otworzymy się na innych.