Dziki

dziki„Dzik jest dziki, dzik jest zły” – tak oczywiście wszyscy znamy ten wierszyk, nie tylko on wtłaczał nam do głów stereotypy, mówiące o nieczułym kocim sercu, które bije dla miejsca, a nie dla człowieka, o oddaniu psa, o chytrości lisa, brudzie świni, obrzydliwości żaby. Bajki, powiedzenia, przekonania formułują w nas przeświadczenie o złu i szpetocie zwierzęcia już w dzieciństwie. Dziecko jeszcze nie widzi, że żaba jest obślizgła i obrzydliwa, powiedzą mu o tym rodzice, albo swoim zniesmaczonym gestem, albo wyrażając wprost swe przekonania. Tak samo będzie z każdym innym zwierzęciem. Dziecko uczy się krok po kroku, jak traktować zwierzęta, co o nich myśleć, niestety bardzo często uczy się braku szacunku i uprzedmiotowienia. Potem, już jako dorośli patrzymy na świat przez pryzmat tych kulturowych symbolizacji.

Nauczyliśmy się patrzeć na świat jak na naszą własność. Eksploatując, mordując, przetrzymując i wykorzystując zwierzęta, niszcząc ekosystem, degradując biosferę – cały czas bierzemy w posiadanie, cały czas mamy wobec świata roszczeniową postawę. Tymczasem dobrze by było zastanawiać się dlaczego tak właśnie postępujemy, dobrze by było przyjrzeć się właściwym możliwościom relacji człowieka do zwierzęcia i człowieka do świata. Zacznijmy od małych kroków, od powolnego otwierania drzwi, które już dawno powinny zostać wyłamane.

Krok pierwszy – trzeba zaakceptować to, co od dawna już bardzo dobrze wiemy, człowiek jest zwierzęciem, gatunkiem pośród innych gatunków. Różnica między nami i zwierzętami nie jest jakościowa a ilościowa. Zwierzęta tak jak my mają i rozum i możliwości budowania różnych form kulturowy. Człowiek co najwyżej doprowadził do perfekcji a czasami do absurdu niektóre z tych możliwości. Ten krok prowadzi nas do rozpoznania, że nie mamy żadnego przywileju, żadnego praw, żeby wykorzystywać zwierzęta i jej posiadać. To nasza uzurpacja płynąca z butnego przekonania, że mamy duszę (a co to takiego?), godność (doprawdy? To dlaczego wzajemnie się niszczymy), znamy wartości (serio? Mordując w imię wartości robimy coś dobrego?).

Krok drugi – trzeba zrozumieć nasz własny egoizm. Człowiek robi najwięcej chyba właśnie dla samego siebie. czasami wynikają z tego rzeczy piękne i ważne, przeważnie jednak rośnie tylko nasze ego. Egoizm jest tym, co najbardziej w nas niebezpieczne, nie pozwala nam bowiem dostrzec wartościowości i podmiotowości w innych istotach żyjących. To egoizm właśnie pozwala nam budować relacje, w których jest asymetryczny porządek, podporządkowanie, nierówność. Mężczyzna podporządkowujący sobie kobietę, dorosły dziecko, człowiek posiadający pieniądze biedniejszego od siebie, człowiek zwierzę. Posiadanie i podporządkowanie w imię własnego dobrobytu. Nie trzeba się wówczas niczym martwić i negocjować, zastanawiać co zrobić, żeby ta druga osoba była z nami szczęśliwa czy zgodna. Wystarczy brać i narzucać. Co gorsza wiele religii i światopoglądów tworzy piękne narracje, które pozwalaj nam ten egoizm umacniać: w imię wartości, w imię bóstwa.

Krok trzeci – nasze potrzeby nie są najważniejsze. Ważniejsze jest samo życie, świat, biosfera, społeczeństwo, ważniejsze są relacje. Nie jesteśmy centrum świata dookoła którego wszystko musi się kręcić, nie jest istotne czy potrzebujemy zjeść na obiad dobrze wypieczony stek, ważniejsza jest krzywda zwierzęcia, nie jest ważne czy podoba nam się futro z lisów, ważniejsze jest życie istot z których życia robimy sobie własność. Potrzeba człowieka by posiadania a życie zwierzęcia – ta relacja od tak dawna jest zaburzona, że nawet nie przychodzi nam do głowy, że można coś z tym zrobić. Ważniejsze jest nasze zdanie, szaleni ekolodzy niech pozostaną przykuci do drzewa. I tak nie przyjemnie się ich słucha.

Krok czwarty – zrozumieć cierpienie, uszanować jego wymiar. Chęć zabawy w skrajnym przypadku prowadząca do bestialstwa: rekreacja na świeżym powietrzu myśliwych, strzelających do oszalałych ze strachu i uciekających w popłochu zwierząt, zabawa małego dziecka rzucającego chomikiem po pokoju. Rozrywka, która niesie cierpienie, gdy nie szanuje się istot cierpiących, nie zauważa ich przerażenia i ma się za nic śmierć. Znieczulica. Myślenie tylko o własnej przyjemności. Znika wszystko, pojawia się tylko satysfakcja. To dlatego dla niektórych ludzi strzelanie dla zwierząt staje się przyjemnym sportem.

Krok piąty – zobaczyć w zwierzęciu podmiot. Istotę która odczuwa, myśli, ma swoje lęki, ma swoje radości. Zobaczyć w zwierzęciu istotę, która ma swoją nierzadko złożoną osobowość, potrafi wejść w relacje z innymi zwierzętami (w tym z człowiekiem). Zobaczyć w zwierzęciu jego samego, a nie nasze wyimaginowane narracje i symbolizacje. Zobaczyć w zwierzęciu nas samych, bo czym się różni strach kota przed utratą ukochanej osoby, od strachu człowieka, czym się różni miłość psa od miłości człowieka, czym się różni śmierć lisa od śmierci człowieka?

Po prostu zobaczyć. A potem droga otwiera się już sama.

Reklamy

Gościnność

gościnnośćGościnność jawi się jako cnota. Chrześcijanie w wigilię kładą dodatkowy talerz dla zbłąkanego gościa. Są ludzie i narody, którzy uwielbiają szczycić się gościnnością. Wszystko na stół, „zastaw się a pokaż się”, „gość w dom, bóg w dom”, „gościnność, acz szczera, czasem boki rozpiera”, „sam nie jedz, a gościowi daj”. Można tak wymieniać, licytować się kolejnymi przysłowiami, kolejnymi „prawdami” płynącymi z tradycji i kulturowych uwarunkowań. Pytanie jednak, czy rzeczywiście tak jesteśmy zaangażowani w gościnę, czy gościnność oznacza dla nas tak ważne wydarzenie, że jesteśmy w stanie zapomnieć o naszych potrzebach, naszych obowiązkach i całkowicie oddać się gościnności.

Pierwszy rysa pojawiająca się w micie gościnności to fakt kogo gościmy naprawdę?  Kogo wpuszczamy do naszego domu i czynimy go ważniejszym od domowników? Osobę nieznaną? Migranta? Uchodźcę? Nieznanego wędrowca? Raczej nie. Gościnność nasza – oczywiście są wyjątki, są wzorce kulturowe, które to rozbijają – najczęściej dotyczy osób, które już znamy, z którymi już jakoś jesteśmy związani. Pierwsza wizyta u kogoś w domu oznacza zacieśnienie więzów towarzyskich. To dlatego czujemy się w obowiązku obdarować goszczących nas ludzi, traktując spotkanie w ich domu jako wyznacznik nowych wspólnych relacji. Gościna oznacza przyjęcie do kręgu prywatnej znajomości. Zapraszając kogoś do domu najczęściej zakładamy współzależność, musimy też czuć się bezpiecznie, wierząc, że osoba, która do nas przychodzi jest nam życzliwa. W tym też sensie osoba całkiem obca, migrant, uchodźca niezwykle rzadko dostają zaproszenie do naszego domu. Wolimy stworzyć miejsca przeznaczone specjalnie dla uchodźców, obozy, odosobnione miejsca gdzie mogą się zakwaterować w oczekiwaniu na przyznanie im właściwego statusu prawnego i społecznego – domy zastępcze. W naszym własnym domu wolimy widzieć kogoś, kogo znamy, z kim łączą nas relacji. Oczywiście nie twierdzę, że nie przyjmiemy pod swój dach zbłąkanego człowieka, tego kto potrzebuje pomocy. Na co dzień jednak więcej jest w tym deklaracji niż realnej otwartości na udzielenie gościny, tym którzy faktycznie jej potrzebują.

Druga skaza na micie gościnności to relacja do gościa. Im jest nam bliższa osoba, im lepiej się z nią czujemy, tym lepiej znosimy jej obecność. Uciążliwa teściowa (ta stereotypowo starsza pani przy której wszyscy będą się kłócić), albo nielubiany wujaszek (stereotypowa figura w rodzinie, która o wszystkich wie, zawsze zrzędzi i wszystko krytykuje), to postacie niechętnie goszczone. W zasadzie przy nich okazuje się zasadne inne powiedzonko: „gość jest najpierw jak złoto, potem-jak srebro, w końcu ciąży jak żelazo”. Dwa dni i już czekamy, żeby nasz gość pojechał do siebie. Może jest samotny, może plotkuje bo nie ma o czym mówić, może jest schorowany… jakoś nie przekonują nas te argumenty. Wówczas zaczynamy nasz dom traktować jak twierdzę, oazę spokoju. Pojawia się „mój dom”, jako moja przestrzeń, moja własność, a gość albo ma się do niej dostosować, albo stosownie, zgodnie z zasadami dobrego wychowania wyjść o właściwej godzinie. Stół może uginać się od jedzenia, ale to nie znaczy, że goście mają siedzieć bez końca. Nam też należy się przecież chwila prywatności…

Trzecia skaza na micie gościnności wydarza się w praktyce. Ile osób nie wpuszczamy do domu i nie wpuścimy: bo są inni, obcy, źle się zachowują. Puste nakrycie przy wigilijnym stole tak naprawdę nie czeka na uchodźcę. Stary, samotny człowiek, nawet nasz sąsiad, sąsiadka, którzy stracili swoich bliskich jakoś nie dostają od nas zaproszenia, by przyszli, by razem z nami świętowali. Na co dzień też znikają za swoimi drzwiami. Nie interesują nas oni tak samo jak bezdomne koty, psy czy jeże. Świat poukładanych zasad lubi symbole. Pusty talerz na wigilijnym stole symbolizuje naszą dobroć. Problem w tym, że bardzo często poprzestajemy na tej dobroci. Symbol wypełnia naszą gościnność. Wystarcza nam zaświadczając o naszej gotowości. A że nie widzi się tego istnienia, które potrzebuje naszej obecności, naszej gościny, no cóż, przecież nie możemy zbawić całego świata.

Zwierz

zwierzKażdym swoim nerwem, w napięciu, w ogromnym bólu, czuwa. Dźwięki prawie rozrywają mu głowę. Drżenia ciała nie da się już opanować. Ten huk jest coraz mocniejszy. Wszystko boli. Brak oddechu, ciężka walka o każde zaczerpnięcie powietrza. I jeszcze to bicie serca. Jeszcze wczoraj nic tego nie zapowiadało. Dzisiaj jest już koniec świata. Koniec życia. Strach. Potworny strach. Ból. Światła migające tuż za oknem, okrzyki i huk.

Wiadomo zwierzę nie odczuwa tak jak człowiek. Nie ma duszy. Nie ma wrażliwości. Dlatego powinien człowiekowi służyć. Chomiki są do zabawy, psy do pilnowania domu, chyba, że są małe i słodkie, wówczas mają zabawiać, rozczulać, pocieszać. Koty są fałszywe, chodzą swoimi drogami więc niech łowią myszy. Te bardziej oswojone niech leżą na kolanach, bo jest miło ich właścicielowi. Człowiek to właściciel. Ma dom, psa i kota. Takie inwestycje. Na psa rasowego wydał parę tysięcy. Teraz może go pokazać bez wstydu sąsiadom. Nauczył się parę sztuczek, wiadomo ma odruchy, które można kontrolować. Kot sam przyszedł, ale ładnie pasuje do ogrodu i dzieci się cieszą, że jest za czym biegać. Chomik nie wiele kosztuje i nie wiele potrzebuje jedzenia. Problem tylko w tym, że już po roku zdechł i dzieci chcą nowego. Czasami przychodzi moda, na maltańczyka, bolończyka, czy mopsa. Jak się dobrze zakręcić, to jednym miotem można nieźle podreperować budżet. Na szczęście suka może w ciągu roku kilka razy  rodzić.

Paniczny strach. Gdzie się podziali? Poszedł tylko na spacer, był taki miły, poklepał po plecach. I gdzieś zniknął. Jedna chwila i nie ma. Droga nie znana. Nos do ziemi, złapać trop. Tylko, że ciągle się urywa. Jeszcze jedno koło zatoczyć. To już tak cały tydzień. Łapy bolą, mięśnie nie chcą odpocząć, wyprężone cały czas, gotowe do skoku. Tutaj jest cały czas wilgotno. Na chwilę sen, a potem znów strach. Biegiem. Tak to miejsce, gdzie poklepał po plecach po raz ostatni. Tropy znikają. Ale na pewno to, to właśnie miejsce. Głód. Głód boli bardziej niż strach. W środku zaczyna wszystko pękać. Ciche skomlenie, strach, że usłyszą tamci i znów będą rzucać kamienie. A jednak ciche skomlenie samo się wyrywa gdzieś z wnętrza. Wcześniej nic tego nie zapowiadało. Na spacerze zawsze blisko, potem pachnący jedzeniem dom. A teraz pustka. Ból, głód, przerażenie. To jest koniec. Ciało tak boli z głodu, że nie można już się podnieść. Może jeszcze przyjdzie. Może jeszcze. Ból.

Zwierz zdycha. Trzeba poprawić Jasia niech mówi poprawnie. Człowiek umiera. W śmierci człowieka jest godność, jest ostatnie tchnienie, a potem wieczność jego duszy. Jaś ma się nauczyć, że zwierzę zdycha. To oznacza, że nic nie czuje, nic z niego nie pozostaje, nie ma co lamentować. Pojawili się wprawdzie idioci, którzy robią cmentarze dla zwierząt, ale to rozhisteryzowane stare panny, nikt ich nie chciał to zakochały się w psach i kotach, a potem szaleją. A wystarczy wziąć nowe bydle. Bydlęta. Człowiek może jest i zwierzęciem, ale godny, spionizowanym. Trzeba nauczyć tego Marysię, niech wie, że człowiek może i jest zwierzęciem ale innym, wyjątkowym, bo tylko człowiek mówi. Takie bydle jak kot to tylko miauczy jak nakręcona zabawka, dobrze wie, że może dostać coś do jedzenia. Ale nie mówi i nic nie rozumie. Nie to, co człowiek. Bydle nie ma świadomości. Potrafi tylko reagować na impulsy, dlatego można je wytrasować. Każdy doświadczony właściciel to wie. Psa można wytresować, dobrze działają jego przyzwyczajenia. Gorzej z kotem, ale wiadomo, one są fałszywe. Nie ma też co histeryzować jak zginie. Koty są jak insekty, zawsze jest ich wile, jeden zginie pojawi się nowy.

Ciągle niedożywione, zimom szukające ciepła w piwnicach lub na maskach samochodów dzikie koty giną w miastach rozjechane na drodze, pogryzione przez niepilnowanego na spacerze psa. Cięgle przerażone i głodne, bezpańskie psy odławiane i potem zabijane w azylach, lub ginące pod kołami samochodów. Trutki na szczury i gołębie, przez które umierają w cierpieniu zarówno gryzonie jak i dzikie psy i koty, czasami pupil na spacerze tez zje coś niebezpiecznego. Dzikie zwierzęta w lasach, na które zgodnie z prawem i tradycją człowiek urządza polowania. Zabijanie jest sportem, zdrowym kontaktem z przyrodą. Domowe pupile wyrzucane gdy rodzina jedzie na wakacje, lub gdy się znudzą już dzieciom. Kupowane pod kolor mebli, zgodnie z modą, lub dla chwilowej przyjemności. Zwierzętom często odmawia się uczuć i świadomości, ciągle traktuje jak rzeczy, które nic nie rozumieją, z którymi pan świata, może zrobić wszystko. Ich cierpienia i przeżycia, ich ból, osamotnienie, rozpacz nic nas nie obchodzą. Chcemy najpierw pogłaskać gładkie futerko, czasami chcemy się w nie ubrać, chcemy spędzić przyjemnie czas z psem a potem na wakacjach. Jemy filety, foie gras, pijemy mleko z kartonowego pudełka i nic nas nie obchodzi ile wycierpiało cielątko oddzielone zaraz po porodzie od matki, przetrzymywane przez te kilka miesięcy życia w boksie, bez ruchu, żeby jego mięśnie były delikatne i smakowite, nic nas nie obchodzi w jakich męczarniach umierała gęś, której wątroba rozrosła się do takich rozmiarów, że ją zabiła. Nic nas nie obchodzi co dzieje się z naszym psem i kotem w noc sylwestrową, kiedy odpalamy petardy tak samo jak nie wiele nas obchodzi kolejny zamarznięty kot podwórkowy czy umierający gołąb. Wiadomo zwierzę to zwierzę a człowiek to człowiek. I co nas ono obchodzi.

Przyjaźń

przyjaźńOd koleżeństwa różni się zażyłością, więcej rozumie i więcej można powiedzieć. Od znajomości dzieli ją cała historia naszych relacji, historia tego jak stawaliśmy się przyjaciółmi. Czym jednak jest przyjaźń?

Czy to ten moment, kiedy dzwoni się późno w nocy wiedząc, że przyjaciółka/przyjaciel zrozumieją? Albo ten kiedy wychodzi się z domu i idzie do niej/niego, chociaż plany były inne i na drugi dzień mamy dużo do zrobienia?

Czy to ten moment, kiedy zostawia się wszystko i biegnie do szpitala po drodze szukając sałatki z pomidorami, obranymi bo tylko taką może zjeść nasza przyjaciółka? Albo czeka się nad nieprzyjazną cieczą na prawdziwą kawę i wie się, bardzo dobrze wie się, że on na pewno przyjdzie z naszą ulubioną kawą?

Kiedy zaczyna się przyjaźń? Kiedy otwiera się drzwi i bardzo cieszy, że stoi na progu właśnie ta osoba, czy może gdy usłyszy się te właśnie słowa, które od godziny czają się w naszej głowie, tylko jeszcze nie było okazji ich wypowiedzieć?

A może razem w marszu, gdy dookoła obcy ludzie, ale ona/on przyszli by być z nami. Wprawdzie do tej pory za bardzo nie interesowali się zwierzętami, ale dla nas będą protestować, tak jakby i dla nich sprawą ostateczną było zlikwidowanie hodowli zwierząt na futra.

A może to po prostu spotkanie, banalne, codzienne, kiedy się mówi o niczym i nagle odkrywamy, że z tą osobą możemy rozmawiać godzinami o wszystkim. W zasadzie możemy też milczeć, wszystko jedno, kawa dopija się bardzo szybko, powieki przestają ciążyć, myśli krążą spokojnie, kawa w środku dnia wypita z przyjacielem/przyjaciółką.

A może to wtedy kiedy nagle zaczynamy się cieszyć chociaż to nie nasz ślub, nie nasze marzenia, ale ona stoi taka szczęśliwa w pięknej zielonej sukni i promienieje, potem zapamięta z całego tłumu życzeń te nasze, a my będziemy się wzruszać, że nasza przyjaciółka jest taka piękna i wszystko jej się udaje.

Czy może to ten moment, kiedy dowiemy się, że odniosła/odniósł sukces, wreszcie, napisany artykuł, awans w pracy, nowe pieniądze i szalone wydatki. Stoimy z boku i zaczynamy się cieszyć jej/jego sukcesem, myślimy ile pracowała/pracował na niego, jak bardzo jej/jemu się należy, czujemy razem z nią/nim spełnienie. To takie wspaniałe.

A może to ten moment kiedy zaczynamy płakać bo zginął jej ukochany kot, a nam przebiegł drogę bardzo podobny. Zwierzątko nigdy nie było nasze, ale widzimy jej twarz, to cierpienie, wydarzyło się coś co dotknęło i naszego przyjaciela, naszą przyjaciółkę i nas. Chcemy żeby to nas bardziej dotknęło. Ale tego się nie da za kogoś przeżyć.

A może przyjaźń zaczyna się wraz z listem. Mail otwarty na słowach u mnie wszystko w porządku, potem już nam się nie chce dalej czytać, jest nam za bardzo smutno, że tego człowieka nie ma koło nas?

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie czy w szczęściu? Prawdziwych przyjaciół się miewa czy może są na całe życie? Prawdziwi przyjaciele staną bezwzględnie po naszej stronie czy może pokłócą się z nami, że nie robimy co trzeba? Podają nam rękę czy może się przytulą na powitanie? Spotkają się z nami często, czy może po pół roku nie obecności staną przed nami i wszystko potoczy się tak jakbyśmy widzieli się wczoraj? Wiedzą o nas wszystko czy może uczą się nas cierpliwie? Rozumieją nas bez słowa? Chodzą tymi samymi drogami co my? Mają te same potrzeby? A może są tak inni, że cały czas stają się dla nas przygodą? A może to oni pokazują nam swoje ścieżki? A może to z nimi uczymy się siebie? A może to dzięki nim udaje nam się zmienić nas samych?

Kim jesteś? Dlaczego udaje nam się tak dobrze rozmawiać? Dlaczego dzwonię do Ciebie kiedy czuję się zagubiona? Dlaczego jest mi lepiej gdy Ci się wypłaczę? Dlaczego rozumiesz mnie chociaż kiwasz głową z dezaprobatą? Dlaczego jesteś tutaj ciągle obok? Kim jesteś moja przyjaciółko? Kim jesteś mój przyjacielu? Co robisz w moim życiu? Ilu z nas może zadać sobie to pytanie, ilu ma to niesamowite szczęście, że zdarzyła mu się prawdziwa przyjaźń, ilu z nas ją straciło i nawet nie zauważyło co traci? Ilu z nas by chciało mieć kogoś takiego najbliższego, a nie potrafi się otworzyć?

Co to znaczy mieć przyjaciółkę, przyjaciela? Czy wiemy, że to wyjątkowe? Czy zdajemy sobie sprawę, że mamy szczęście? Czy wiemy co to jest przyjaźń?

Miłość

miłośćPodobno jest najważniejsza w życiu człowieka. Każdy jej pragnie, każdy chce ją przeżyć. Miłość. Każdy też mieni się ekspertem, jest pewien, że wie o niej wszystko. Na czym jednak polega jej magia? Czym jest miłość? Czy faktycznie może zdarzyć się od pierwszego wejrzenia? Czy można kochać całe życie? Czy Platon miał rację pisząc o dwóch połówkach? Czy miłość wszystko wybaczy? Zniesie? Przeczeka? Wzbogaci i zmieni?

W języku polskim istnieje ważne rozróżnienie: zakochanie i miłość. To dwa zjawiska, które moim zdaniem należy oddzielić. Zakochanie to ten stan, w którym ludzie się poznają. Pierwsze emocje, jeszcze tak mocno nie ugruntowane ale już na tyle silne, by czuć się związanym z drugą osobą. Zakochanie pełne jest fascynacji i zachwytu, kiedy wszystko, co robi druga osoba wydaje nam się najwspanialsze na świecie. W zakochaniu jest pełno nadziei, że zaczyna się coś więcej, że to uczycie prawdziwe. Zakochanie szaleje i unosi nas w inną rzeczywistość. Tylko, że nie jest miłością.

W angielskim języku ten stan ujmowany jest bardziej dosadnie fall in love, to  upadanie w miłość, w uczucia, to poddanie się emocją cechuje pewne bezwarunkowe szaleństwo. Nie zawsze i nie wszystkim się zdarza, połączone z euforią, ma jednak bardzo momentaryczny wymiar. To osuwanie w miłość nie jest jednak miłością, może być namiętnością, ale może też być tylko przelotnym zauroczeniem, tak silnym, że człowiek myli go z miłością. A może chce pomylić?

A sama miłość? Po pierwsze jest rzadka. Wbrew bajkowym opowieścią nie przydarza nam się zawsze, czasami w ogóle nie jest nam pisana. Możemy przeżyć namiętność, fascynacje, zakochanie, ale sama miłość jest rzadka. W popkulturowej wersji serwowanej nam na każde walentynki faszeruje się nasze umysły przekonaniem, że musi nam się wydarzyć inaczej nasze życie będzie puste. Dlatego czasami popełniamy błąd histerycznie jej szukając. Rzecz w tym, że najpierw trzeba odnaleźć siebie, choć trochę zrozumieć, zmierzyć się ze swoim życiem i ze sobą, a potem można kochać, miłość jest bowiem wymagająca.

W toksycznej można się poranić, w asymetrycznej można się pogubić, prawdziwa oznacza jednak wzajemność. Miłość jest relacyjna, to moment, w którym wiemy, że możemy na sobie polegać. Żeby jednak coś dać, dać swoją obecność, budować relację, już trzeba w pewnym sensie być sobą – tak by nie szukać w drugim siebie samego, miłość jest wtedy kiedy w drugim szukamy właśnie tej drugiej osoby. Miłość jest szczególnym stanem, gdzie moja tożsamość spotyka się z tożsamością drugiego: co oznacza szacunek, zrozumienie i wspieranie odrębności, inności. Poznaję charakter i potrzeby tej drugiej najważniejszej dla mnie osoby i je wspieram. Ona/on robią to samo.

To jednak co najważniejsze w miłości, co definiuje ją w pełni to codzienność. Romantyczna wizja o tym milczy, romantyczni kochankowie muszą pozostać niespełnieni, w stanie permanentnego zakochania. Prawdziwa miłość nie żyje jednak w napięciu, szaleństwie zakochania, w nieustannej fascynacji, a zaczyna się w codzienności. To moment, w którym razem idziemy na zakupy, sprzątamy dom, robimy obiad. Wiem, czyszczenie toalety nie ma nic wspólnego z wizją romantycznej miłości. Ale romantyczna miłość jest tylko zakochaniem (pomylone pojęcia). Miłość oznacza spokój. Tak jesteśmy razem, tak codzienność jest naszą sprawą. Drobne czynności i rytuały, jak wspólna kawa, czy kolacja.

To, co istotne dla miłość to rozmowa. Możemy ze sobą rozmawiać. Wspólne tematy, wspólne myślenie, czasami ścieranie się poglądów, czasami przytakiwanie, a czasami milczenie. Rozmowa która coś daje, nie jest tylko paplaniną, w której zagłuszamy samotność, lub udowadniamy sobie i innym, że mamy rację. W miłości można milczeć spokojnie, bez pośpiechu można też stawiać słowa. To nie jest konkurs na przemowę, to nie jest zaznaczanie swojej racji. Po prosty wspólne myślenie. Obecność. Słowa które znaczą.

Miłość oznacza obecność. Nie musisz być tuż obok, czasami jesteś daleko, ale jesteś. Czasami ludzie siedzą obok siebie i pozostają dla siebie całkowicie obcy. Czasami mówią sobie piękne słowa i nadal nic nie rozumieją ze swojego życia. Miłość jako obecność jest zrozumieniem co się dzieje z drugą osobą. Uważność na jej/jego problemy, strach, że coś się nie uda, radość z satysfakcji tej drugiej osoby. Wsparcie, cieszenie się sobą.

W zasadzie pisząc ten tekst mam wrażenie, że cały czas wyrzucam z siebie banały. Każdy kto ją ma – miłość – ma ją inną. Słowa są banalne. Niezgrabne analizy. Rzecz w tym, żeby dostrzec jej wagę, nauczyć się być sobą z tą drugą osobą, nauczyć się jej/jego a nie swojego odbicia w lustrze, dotrzeć do niego/niej, zbudować wzajemny język, cieszyć się tym, że jeszcze jeden dzień nam się zdarzył. Słowa opisujące miłość są albo przesłodzone i niestrawne albo nieznośnie banalne. A może ona sama po prostu jest, w tym prostym geście codzienności, kiedy komuś wybieramy pracę z ręki, żeby pomóc, kiedy siadamy obok żeby poczuć ciepło, kiedy….

Manipulacja

ManipulacjaIstnieje pewne niebezpieczeństwo, którego warto być świadomym. Manipulacja. Czasami czyniona niemalże bezwiednie przez łzy wymuszające czyjąś zgodę lub ustąpienie z danego stanowiska, a czasami bardzo świadomie dokonywana by wymusić własne potrzeby czy racje. Może stać się nagłym działaniem, kiedy uniesiona brew lub chrząknięcie, łzy lub złośliwości będą nas popychać do niechcianego działania, a może być zaplanowanym, długofalowym procesem przemodelowującym czyjeś życie, odciśnięciem piętna na czyjejś świadomości. Używana czasami prawie „niewinnie”, by w reklamie czy działaniu marketingowym wmówić nam potrzeby na dany produkt tak naprawdę nigdy niewinna nie bywa. Co widać może najmocniej po politycznych manipulacjach prowadzących do zmiany ustroju. Co najważniejsze i co najniebezpieczniejsze manipulacja działa nie wprost. Podszywa się pod nasze potrzeby czy przekonania, wygląda bardzo niepozornie w zdaniach i słowach, które wydaje się, że ktoś używa całkiem neutralnie. Równocześnie jednak sączy się i może łatwo wejść do naszego myślenia, może jeszcze łatwiej przewartościować coś co powinno pozostać nieoceniane i nie wartościowane. Manipulacja to broń dalekiego zasięgu nie tylko polityków i specjalistów od reklamy ale niestety często też nas samych.
Wystarczy pewna pozorność stwierdzenia, że oto mówimy coś co jest logiczne, więcej nawet sensowne, w zgodzie z przekonaniem zdrowego rozsądku. Tak jak proste stwierdzenie mówiące: „wraz z pojawieniem się emigrantów wzrasta przestępczość”. Zawsze do tego typu stwierdzenia można dodać zdjęcia lub materiał filmowy pokazujący ofiary napaści, relację naocznych świadków. Problem jednak w tym, że bez zgłębienia się w problem, zadania sobie pytania co się stało i kto tak naprawdę był sprawcą, może się okazać, że mamy do czynienia z manipulacją. Wystarczy pominąć fakt, że osoba atakująca urodziła się w danym miejscu, nie jest więc uchodźcą a dzieckiem lub wnukiem migrantów, a już otrzymujemy inny obraz niż faktyczny. Wystarczy nie dodać, że ofiarą byli tak naprawdę uchodźcy i już nasze wyobrażenie o całym zajściu ma zupełnie inny wymiar. Wystarczy pominąć, że było to zdarzenie jednorazowe, popełnione przez konkretną osobą, a już można obarczyć odpowiedzialnością całą wspólnotę.
Manipulacja opierać się może na niedomówieniu, gdzie pewne fakty się pomija jako nieistotne, na przekłamaniu, gdzie pewne fakty się nadinterpretowuje, może też polegać na nonszalanckim podejściu do statystyki, gdzie nie czekając na zweryfikowanie danych, lub nie przejmując się, że badania były przeprowadzone na małej grupie społecznej – wysnuwa się kategoryczne wnioski. Tak jak w przypadku danych „naukowych” świadczących o niebezpieczeństwie szczepień, informacje rozpowszechnianie przez ideologów pomijają fakt, że badania były źle przeprowadzone a ich wyniki nie miały jednoznacznego charakteru.
To jednak, co najgorsze w manipulacji to fakt, że opiera się ona na świadomym zamyśle osoby manipulującej. Chcąc za wszelką cenę osiągnąć swój cel, przekonać do czegoś, udowodnić coś, nakłonić do pewnego działania, czy wartościowania, manipulujący biorą się za różne sposoby retoryczne, różne sztuczki perswazyjne byleby tylko przerobić nasze myślenie na własne. Manipulatorzy i manipulatorki nie dają nam szans na nasze własne oryginalne myślenie, nie uruchamiają krytycznego myślenia, a tylko skupiają się na wpisywaniu w naszą świadomość własnych celów i założeń. Ma być tak jak chce manipulujący, dokładnie tak jak ona/on założyli. Manipulacja zmierza do narzucenia poglądów innym, zamknięcia ust osobą myślącym krytycznie. Tym samym manipulacja staje się przemocą, w której drugi człowiek traktowany jest czysto przedmiotowo. Ma się zgadzać, ma powielać, ma robić to, co się od niego oczekuje. Ma myśleć tak jak się od niego oczekuje.
Manipulacja nie daje też szans osobą, które traktowane są jako wrogie. Założenie, że osoby o danych poglądach są złe, będzie prowadziło do szeregu manipulacji, które mają nas przekonań, o ich złu wręcz nieodwracalnym i zagrażającym. Człowiek manipulowany traktowany jest jak manekin, który ma albo zrobić dobrą statystykę, albo ma wejść w krąg manipulatora/manipulatorki i stać się jego/jej sympatykiem, wyznawcą, czy wiernym słuchaczem odtwarzającym to, co mu manipulujący wdrukowuje w umysł.
Nie myśl, nie analizuj, zawierz, że tak właśnie jest bo po naszej stronie są argumenty i siła przekonywania. Oto złote założenia manipulacji, odbierająca możliwości do kształtowania własnej podmiotowości i podmiotowego bycia w świecie. „Kobiety są słabe, bo mają słabe ciała, stąd i ich słabość psychiczna a czasem nawet i intelektualna.” „Osoby z niepełnosprawnością są odizolowane od społeczeństwa przez swoją niepełnosprawność, dlatego są samotne często mają skłonność do bycia odludkami.” „Feministki nie wiedzą co chcą bo przecież chcą mężczyznę partnera, a równocześnie marzą o mężczyźnie który da im wsparcie.” „Imigranci są roszczeniowi i szukają takiego państwa które ma rozwinięte usługi socjalne.” „Lewacy są szaleni i pragną wszystko zrównać, zabrać bogatym dać biednym”, „prawicowcy są nawiedzeni i zamknięci na świat zewnętrzny”, „centroprawica i centrolewica nie wie czego chce”, „ateiści są nihilistami i nic nie wiedzą o wartościach”, „wierzący są fanatykami i nie potrafią zrozumieć drugiego”. Na każdą z tych tez znajdziemy dowody, znajdziemy wśród wymienionych grup ludzi którzy potwierdzą nasze twierdzenia. Sprytnie podpowiedziane przykłady, z dodatkiem perswazji i wskazania na tragiczne skutki danego poglądu – i już mamy wypreparowane sposoby manipulacja.
Oczywiście nie można mylić manipulacji z perswazją, czy przekonywaniem do własnych poglądów drugą osobę, są to bowiem odmienne zjawiska. Należy też oddzielić drobne gesty manipulacji, by pozyskać przychylność, od niebezpiecznej manipulacji prowadzącej do nienawiści drugiego człowieka. Trzeba jednak pamiętać, że manipulacja drugiego człowieka traktuje przedmiotowo: jednego „urabia” i przerabia, a drugiego wartościuje i deprecjonuje dowoli, po to tylko, żeby swój cel osiągnąć. Manipulacja jest niebezpieczna, można bowiem w „sensownej” wypowiedzi, dobrej retoryce, we łzach i podsycaniu strachu odebrać człowiekowi człowieczeństwo, a nam samodzielne decyzje. Otworzyć się na człowieka jest najtrudniej, przyjąć jego przekonania i próbować nie zmieniać, zaakceptować takim jakim jest – zadanie najważniejsze gdy budujemy wzajemne relacje. Manipulacja zawsze będzie przekreślać to, co w relacjach najcenniejsze – spotkanie z innym, urok jego wyjątkowości.

Mowa nienawiści

Mowa nienawiściTak słowa ranią, Tak słowa są niebezpieczne. Zaczynam od tak mocnego, jednoznacznego stwierdzenia ponieważ uważam, że jeżeli chodzi o język to tutaj jest jasność. Oczywiście wszystko zależy kto i do kogo mówi, ale można przyjąć za pewne ogólne stwierdzenie, że takie określenia jak: „dziwka”, „pedał”, „zboczeniec”, „czarnuch”, „dzikus”, „brudas”, „śmieć” w żadnym kontekście nie będą pojęciami neutralnymi. Bo nawet jeżeli sam człowiek w stosunku do siebie ich używa to dzieje się coś co wykracza poza codzienność. Kobieta, która sama siebie nazwie „dziwką”, człowiek który sam o sobie powie „śmieć”, albo przyjmuje wyznaczoną mu społecznie stygmatyzację, albo próbuje odbić to napiętnowanie, przewartościować je i ukonstytuować na własnych warunkach. Jest to jednak wejście w język nienawiści, język stygmatyzacji, który deprecjonuje człowieka. Nie wspomnę w tym miejscu o wulgaryzmach bo one niosą w sobie oczywisty ładunek nienawiści.

Słowa moją moc piętnowania, mają również siłę wartościowania i narzucania nam interpretacji danej sytuacji. Pomiędzy stwierdzeniem „do Europy przybywają liczni uchodźcy”, a stwierdzeniem „do Europy dotarła fala uchodźców” kryje się wartościowanie i modelowanie oceny faktu który opisujemy w tych zdaniach. Gdy mówimy o „fali uchodźców” od razu w tym stwierdzeniu pojawia się zagrożenie. Fala może zalać, zatopić, zmieść, przykryć. Zjawisko neutralne staje się niebezpieczne, budzące grozę. Do tego dodajmy takie stygmatyzujące określenia jak: „leniwi”, „roszczeniowi”, „niebezpieczni” i już mamy cały kompletny obraz ludzi, którzy zagrażają spokojnemu, zadomowionemu społeczeństwu. Jeszcze dobrze nie dotarli do naszych granic, jeszcze dobrze nie weszli na nasze podwórko, a my już stoimy przerażeni i zastanawiamy się jak zabezpieczyć nasze rodziny i mienie przed „chordą dzikich”. W tym wypadku nie trzeba znać człowieka wystarczy posłuchać w jaki sposób się go określa. Problem w tym, że taki język nienawiści będzie budził najpierw strach a potem nienawiść. Historia się powtarza. Wobec narodu Żydowskiego przed II wojną światową również w faszystowskich Niemczech stosowano ten sam język budzący strach i odrazę, odczłowieczający. Też mówiono o „brudzie”, „chciwości”, „roszczeniowości”, „roznoszonych chorobach”. Mechanizm zawsze działa bardzo prosto: odebrać człowiekowi godność, potem jakiekolwiek pozytywne cechy, następnie odczłowieczyć człowieka – a potem „robactwo” i „szczury” można już zacząć „tępić”.  Ten sam mechanizm wykorzystali znacznie wcześniej kolonialiści tłumaczący, że „czarnuchy” są jak „dzieci”, są „leniwi”, „otępiali”, bez moralności i cech typowo ludzkich. Zwierzęta do pracy.

Słowa niosą w sobie ładunek pogardy. „Jest dziecinna”, „ciągle się myli”, „nie ma wiedzy”, „działa emocjonalnie”, „ulega niewłaściwym wpływom” i już człowiek z którym rozmawiamy zostaje zdeprecjonowany. Jeszcze nie został nazwany wprost „idiotą” czy „idiotką”, ale już u współrozmówców zaczął się kontekst wartościowania. Czy możemy komuś zaufać, jeżeli podlega emocją i ulega wpływom. Zapominamy oczywiście w tym miejscu, że sami bardzo często ulegamy emocją – bo taka jest natura człowieka, to zwierzę emocjonalne – sami też często ulegamy wpływom, taka jest bowiem natura reakcji międzyludzkich, że pozostajemy wobec siebie w pewnych zależnościach, jedni nas fascynują, inni inspirują, a jeszcze inni odpychają. Tak to działa. Człowiek formułuje siebie wobec innych, jego poglądy nigdy nie są „czyste” i tylko „jego”, nigdy nie są tylko „racjonalne”. Nawet racjonaliście i racjonalistce emocje budują światopogląd.

Czasami słowne gierki, sofistyczne zabawy, wyglądają niewinnie, czasami skrywają się pod płaszczykiem racjonalności i swoistej obiektywności światopoglądowej. Jak na przykład zatroskane pytanie „czy mogę być tolerancyjna wobec nietolerancji”, jeżeli odpowiemy, że nie możemy być tolerancyjni wobec przejawów braku tolerancji nasz rozmówca z błyskiem w oku może zacząć nam tłumaczyć, iż tolerancja jest w związku z tym, czymś niebezpiecznym bo w konsekwencji prowadzi do zaakceptowania fanatyzmu. Na pierwszy rzut oka wygląda to pięknie, wręcz logicznie. Obrońca braku tolerancji wykazał nam absurd samej tolerancji. Jest szczęśliwy. Tymczasem problem w tym, że ta sofistyczna gierka nadużywa samego pojęcia, które chce wykpić i potraktować jako złe. Tolerancja nie jest przyzwoleniem na zło: nie prowadzi więc do akceptacji fanatyzmu. Tolerancja nie jest też symetryczna, więc ja mogę tolerować kogoś kto nie szanuje moich przekonań, ponieważ tolerancja prowadzi do zaakceptowania odmiennych poglądów. Nie oznacza jednak przekraczania granic moralności. Nasz giętki i plastyczny język potrafi jednak dać nam broń do ręki, gdzie wszelkie przejawy otwartości można piętnować, wrogo nastawiając drugiego człowieka do Innego.

Tak jak słowa mogą powoływać relację „kocham cię” otwiera ten moment konstytutywny, gdzie wyznanie emocji staje się równocześnie swoistym wyzwaniem. Druga strona odpowie pozytywnie i coś się między nami zaczyna, albo odpowie negatywnie i wówczas wiemy, że relacja jest niemożliwa. Tak samo słowa mogą przerywać relacje, uniemożliwiać je czy wręcz radyklanie przekreślać. „Jesteś nielojalny/a”, „z takim człowiekiem nie można rozmawiać”, „tacy ludzie są niebezpieczni”, „trzeba na nich uważać”, „musimy patrzeć co robisz” – budują mury. Tu już wiemy, że tamci, tamten, tamta jest niewarty/a naszego zaufania, nie jest odpowiednim człowiekiem. Trzeba się przed nimi bronić. Słowa konstytuują naszą społeczną rzeczywistość. Otwierają relacje i je zamykają, umożliwiają dalszą współpracę, lub ją przekreślają. Słowa niosą wartości oraz znaczenia, które rzutuje na innych ludzi i na relacje z nimi. Dlatego słowa są tak ważne.

„Zastanawiam się”, „myślę, że”, „do przeanalizowania”, „do przemyślenia”, „można spróbować”, „nie rozumiem”, „waham się”  – pewność języka nienawiści wyklucza tego typu zwroty, przypisuje je osobą słabym i niezdecydowanym. Problem w tym, że język nienawiści wie bardzo dobrze kto jest dobry a kto zły, kogo można słuchać a kogo należy potępić, jakie poglądy i przekonania pozostają w zgodzie ze „zdrowym rozsądkiem” i „wiedzą”, a co im przeczy. Osoba posługująca się mową nienawiści nie ma wątpliwości i gardzi każdym kto takie wątpliwości posiada. Ona zna, wie, ma wytyczony jasno plan świata i wartości, ludzi posegregowanych na tych właściwych i całą resztę, którą można gardzić bo albo jest głupia i nie rozumie albo jest nie wartościowa bo inna. Mowa nienawiści nie zadaje pytań, tylko jasno orzeka: „pedał jest chorym zboczeńcem”, „uchodźca jest niebezpiecznym terrorystom”. Konic kropka. Charakter i osobowość homoseksualistów nie jest tutaj rozpatrywana i znana, tak samo jak życiorys uchodźcy. Przyglądając się jednak bliżej tej absurdalne i niebezpiecznej pewności mowy nienawiści można dostrzec całe jej okrucieństwo. Za stygmatem „pedał”, „terrorysta” idzie ślepota na fakt, że Ci luzie często doświadczyli traumy. Człowiek, który w normatywnie heteroseksualnym społeczeństwie odkrywa, że jest homoseksualny musi najpierw pokonać strach przed własną tożsamością. Osoba która była ofiarą wojny i wdziała śmierć i zniszczenie musiała najpierw stawić czoła walce o życie. Tego nieszczęścia i udręczenia mowa nienawiści nigdy nie zobaczy i nigdy nie chce widzieć. Ona wie: Ci ludzie są źli. Pytanie tylko dlaczego? Mowa nienawiści nie pyta, stawia diagnozy. Koniec. Kropka.

Mam tylko jedno pytanie skąd mowa nienawiści czerpie swoje przekonania, tę pewność, że jest tak a nie inaczej? Uprzedzenia, rasizm, homofobia, mizoginia, nienawiść, strach, stereotypy, niedouczenie, lenistwo intelektualne. Lepiej zamknąć się przed światem w bańce pewności, że jest się lepszym/lepszą, Trzeba jednak pamiętać, że słowa rodzą czyny, że opisany świat staje się naszym przekonaniem. Mowa nienawiści jest niebezpieczna może bowiem wykluczać i prowadzić do zawieszenia etyki względem Innych. Dlatego trzeba pamiętać, że mowa nienawiści opiera się jedynie na lenistwie i strachu, osób które nie potrafią i nie chcą zapytać dlaczego?