Bajka

Dawno, dawno temu były sobie bajki. Splatały wszystko w sensowną rzeczywistość. Można było spać spokojnie, nawet jeżeli śniły się koszmary, zawsze można było wierzyć we wróżki czuwające nad nami. Za siedmioma górami, za siedmioma morzami rozciągał się teren dzieciństwa. Dla nielicznych szczęśliwców naprawdę cudowny, pełen miłości i ciepła. Kraina wspomnień, gdzie każde słowo ma znaczenie, każda opowieść pokazuje coś nowego.

Bajki są jak przyczajone za liśćmi łopiany skrzaty, zgredki i kosmate trolle. Wpisują w nasze myślenie marzenia, które czasami lepiej by się nie spełniały. Zwłaszcza, że przebudzenie się z magicznego snu może nas wiele kosztować. Ukłuta wrzecionem księżniczka nic o świecie nie wie. Będzie tak samo zagubiona jak każda nie wyedukowana dziewczynka. Jaś lepiej żeby nie ratował Małgosi, lepiej niech się nauczy sama walczyć z wiatrakami. Bella niech tak nie kocha bestii, ona tak naprawdę nigdy się nie zmieni. Kopciuszek niech nie czeka na macochę i jej życzenia, niech lepiej od razu sama zacznie sprzątać swoje życie. Bajki, jak złośliwe gnomy, zbyt często podrzucają nam złudne przekonania, że możemy czekać na innych by przeżyć nasze życie, że dobrze jest mieć obrońcę, dobrą wróżkę, która nam pomoże, niż samemu wziąć się za to, co nas boli.

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma morzami, żyły sobie bajki. Pełne światy wróżek, czarownic i czarodziejów, sierotek, co zawsze znajdują drogę ucieczki, magicznych zwierząt, które potrafią rozpoznać dobrego człowieka. Dawno, dawno temu bajki opowiadały o pięknych księżniczkach i zaradnych królewiczach, których drogi zawsze na końcu łączyły się szczęśliwie. Dawno, dawno temu żyły sobie bajki, które nie bały się opowiadać o czarnym lesie, złych królowych, zagubionych dzieciach i utraconej miłości.

Bajki są jak ukryte smoki. Siedzą w ciemnościach i czekają na nasze myśli. Piękne księżniczki stają bezradnie wobec rzeczywistości, zwłaszcza gdy wspaniały książę coraz bardziej je rozczarowuje. Zła wiedźma przypomina sobie jak była kiedyś zwyczajną dziewczyną, tylko życie rzuciło na nią czar i nikt nie dał jej szansy, by wypłakała się w spokoju. Jednorożec w blasku księżyca już nie stoi, wybiegł za daleko w przyszłość, do świata gdzie do zwierząt się strzela, a nie pielęgnuje i podziwia. Mały kominiarczyk i dziewczynka z zapałkami nadal pracują, tylko na dzieci z trzeciego świata nikt nie zwraca uwagi.

Bajki, skradzione opowieści z innego świata, zakorzeniające w nas strach, oczekiwania, nadzieję, pewność, potrzebę opieki, czy ucieczki. Niekiedy zbyt mocno modelujące nasze myślenie, zbyt przekonywujące, że miłość zawsze zwycięża. Opowieści z dzieciństwa bywają też niebezpieczne, zwłaszcza, gdy przekonują nas, że nic się nie da zrobić, że można liczyć na inny świat, ludzi, przeznaczenie. Na szczęście wyrastamy z bajek i możemy iść w swoją stronę. Na szczęście nie każda dziewczynka gubi się w ciemnym lesie i czeka, aż ktoś inny wskaże jej drogę. Na szczęście pojawiają się nowe bajki i nowe nieszczęśliwe zakończenia…

Proste równanie

Matematycy wiedzą o tym najlepiej, równość oznacza relację równoważności, w równości musi być symetryczność. Jeżeli mówimy, że y jest równe x zakładamy od razu, że między nimi zachodzi symetria. W świecie społecznym oznacza to jedno, że żadno y nie jest większe ani mniejsze od x. to idealny model, gdy dziecko uczy się tego równania na matematyce nie wie jeszcze, że w swoim życiu, w społeczeństwie trudno będzie znaleźć takie x które będzie całkowicie, symetrycznie i relacyjnie równe y. W naszym życiu codziennym x zawsze, chociaż trochę różni się od y.

W 2016 roku na zlecenie UNICEF został przeprowadzony eksperyment, sześcioletnia aktorka została najpierw przebrana w ładne dziecięce ubranko, a potem w takiej stylizacji „zadbanej dziewczynki” grała zgubione dziecko. Od razy ludzie zaczęli do małej Anano podchodzić, pytać ją o rodziców, o to czy się nie zgubiła, dlaczego jest sama. Gdy Anano weszła do restauracji znaleźli się ludzie, którzy zaprosili ją do swojego stolika, inni w tym czasie dzwonili po policję by udzielić zgubionemu dziecku wsparcia. Ta sama aktorka w następnym akcie eksperymentu została wystylizowana na kloszardkę. Miała brudne ubranie i została wystylizowana na zaniedbane dziecko. Została postawiona na tej samej ulicy na której chwile wcześniej ludzie śpieszyli jej z pomocą, weszła do tej samej restauracji w której tak czule się nią zaopiekowali gdy była wystylizowana na zadbane dziecko. I co się okazało? Otóż mała Anano jako zaniedbane, biedne dziecko nie doczekała się pozytywnej reakcji. Wręcz przeciwnie. Ludzie zaczęli przeganiać ją z restauracji a na ulicy nikt się nią nie zainteresował.

Jedna mała dziewczynka, jedno miasto, ci sami ludzie. A jednak, zadziałał mechanizm plemiennej identyfikacji „naszym” dzieckiem możemy się zająć, „innym”, „cudzym” już nie. Świat równości zniknął wraz z przekonaniem, że mały człowiek przed nami nie należy do naszej grupy społecznej, do naszego środowiska. Stygmat inności spowodował, że los tego człowieka stał się dla nas obojętny. Wystarczy bieda, by człowiek został w społeczeństwie niedostrzegany, wystarczy bezdomność by osoba była niedostrzegana, wystarczy być migrantem by narazić się na bycie nielegalnym człowiekiem. Równość jest tylko na papierze. Nasze przekonanie, kto jest taki jak my, kto ma takie same prawa i kogo możemy traktować w ten sam sposób jak traktujemy nas samych czy naszych najbliższych wiąże się z naszymi założeniami kulturowymi.  Proste równanie Karen jest taka sama jak Karima w świecie relacji międzyludzkich po prostu nie zachodzi. Jeżeli Karen urodziła się w Londynie w dobrej dzielnicy, albo jest córką nauczycielki i maklera z Oslo, jej status społeczny, możliwości ekonomiczne, a przede wszystkim uczestniczenie w prawach dziecka, czy możliwość skorzystania z praw człowieka jest zupełnie inne niż dziewczynki urodzonej w obozie dla uchodźców, czy w wiosce pod Aleppo. Ta druga może nigdy nie dowiedzieć się, że przysługują jej jakiekolwiek prawa i że ma jakiekolwiek możliwości. Stygmatyzacja Innego może bardzo mocno oddziaływać na człowieka, który w ten sposób został przez nas zakwalifikowany.

A równa się b, co oznacza, że b równa się a. Piękna logika symetrii. W społecznej rzeczywistości bardzo często nie ma miejsca na symetrię. Widać to w języku i codziennym postępowaniu, gdzie ukryta dyskryminacja kształtuje nasz obraz rzeczywistości.

Równość oznacza zniesienie hierarchii, założenie, że to, co dotyczy mnie dotyczy również drugiego człowieka. Taka postawa oznacza jednak bardzo wymagające podejście do nas samych i drugiego człowieka. O wiele łatwiej jest kierować się stereotypami, o wiele prościej jest podążać za schematami podpowiadanymi nam przez kulturę. Co więcej, warunkowanie kulturowe może sprawić, że pewnych nierówności nie będziemy dostrzegać, pojmując je jako „naturalną kolej rzeczy”. Najlepiej nie dostrzegać: nierówności, drugiego człowieka, tego, kto nam przeszkadza, zaburza nasz spokój, naszą wizję świata. Najlepiej niech żebrzące dziecko wyjdzie na zewnątrz, niech bezdomny człowiek nie siedzi na naszej ulicy, nie przebywa w naszej dzielnicy. Najlepiej by uchodźcy pozostali dalej niewidoczni, pozamykani w murach naszej obojętności. Najlepiej nic nie widzieć.

Piętno

piętnoCzy życie ludzkie ma znaczenie? Czy będziemy przerażeni widząc wypadek samochodowy? Czy rzucimy się na ratunek, gdy zobaczymy tonącego człowieka? Chcemy wierzyć, że tak. Uważamy pomoc potrzebującemu za oczywistą. Wierzymy, że postąpimy słusznie.

A potem zaczyna się nasze normalne, codzienne życie. Śpiesząc się do pracy przechodzimy obojętnie obok leżącego na ławce bezdomnego. Czasami małe usprawiedliwienie przemknie nam przez myśli, „pewnie sam wybrał taki los”. Krzyki za ścianą „to nie nasza sprawa”, żebrzący na ulicy człowiek „to już przesada”, stary sąsiad „to problem dzieci”, uchodźcy „to zaraza”.

Czy życie ludzkie jest ważne? Na to pytanie odpowiadamy z reguły szybko i pewnie, mówiąc, że tak. Czasami nawet dorzucimy kilka metafizycznych argumentów o naszej wyższości, rozumności czy duchowości. Bardzo chcemy wierzyć, że jesteśmy czymś więcej niż zwierzęciem.

A potem zaczyna się nasze normalne, codzienne życie. Nasz dom, nasza ulica, nasza praca wyznaczają nasze poczucie bezpieczeństwa. Ta naszość staje się czasami tak bardzo ważna, że każdy kto nie jest nasz, nie z naszego miejsca nosi stygmat inności, obcości, zła. Wiara w wielkość człowieka, w jego duchowość i wartości, nie przeszkadza nam w ocenianiu i wartościowaniu innych. Kto nie nasz ten nie jest już tak wartościowy, nie posiada już w naszych oczach wszystkich tych cech jakie przypiszemy naszym.

Honor, poświęcenie, moralność, etyka, wielkość, obowiązek, dobro, działalnie na rzecz drugiego człowieka, oddanie się służbie, działanie w imię wartości – uczymy się od dziecka co jest ważne, wpajane mamy zasady. Człowiek ma znaczenie. Jesteśmy dumni, że jesteśmy ludźmi. Nasze poczucie człowieczeństwa kończy się jednak wraz z obcością. Bezdomny, uchodźca, migrant niesie w sobie piętno inności, której nie możemy mu wybaczyć. Będzie dla nas tragedią utonięcie człowieka w jeziorze na wakacjach. Ale śmierć bezimienna setek uchodźców płynących na pontonach do Europy już nas tak nie obchodzi. Nie chcemy uchodźców. Protestujemy i wybieramy partie, które mają nam zagwarantować, że żaden inny, obcy nie pojawi się na naszej ziemi. Wzruszamy się losem naszej koleżanki, którą okradli, kolegi, któremu dom spłonął, losem przypadkowego przechodnia, którego zaatakował przestępca. Ale nie ma w nas empatii do ludzi uciekających przed wojną, terrorem, czy śmiercią głodową. Uchodźcy traktowani są przez nas jak gorsza kategoria człowieka, z piętnem inności, które zaciera w naszej świadomości ich tragedię.

W naszej codzienności uchodźca dźwiga stygmat. To jego bezdomność, bezpaństwowość, obcy język, zwyczaje, potrzeby. Nie chcemy uchodźców, wykluczamy ich z tego, co przynależne człowiekowi: szacunek, zrozumienie, wsparcie. Stygmat powoduje, że dla wielu z nas uchodźcy przestają być ludźmi, a zaczynają być zagrożeniem, źródłem lęku, zgorszenia, niezadowolenia. Wielkie idee, wspaniałe teorie na temat człowieczeństwa nie obejmują zestygmatyzowanych. Obrońcy czystości narodu, społeczeństwa będą nam opowiadać o „dziczy”, „barbarzyńskich praktykach”, „przerażającym sposobie bycia”, będą nam mówić o tym, jacy jesteśmy zagrożeni przez antywartości „nadciągających” uchodźców. Do stygmatu inność zostanie dołączone: „lenistwo”, „choroby”, „zarazki”, „brak szacunku”, „roszczeniowość”, „bezprawie”. Stygmat jak ostrzegawczy napis: ten człowiek jest zły, ten człowiek nie powinien być wśród nas, zasłania samego człowieka.

Wszystkie wspaniałe koncepcje mówiące nam o tym, jacy jesteśmy doskonali stanowią tylko wymówkę. Oto możemy poczuć się lepiej, wreszcie dowartościowani. Wolimy myśleć, że to my jesteśmy ci dobrzy, którzy pomogą sąsiadce, uśmiechną się do dziecka, pobiegną na pomoc gdy zobaczą tonącego człowieka. Tylko, że w naszej codzienności niechęcią, obojętnością czy nienawiścią skazujemy drugiego człowieka na śmierć i wykluczenie. Stara strategia, „żydom wstęp wzbroniony”, „Nur für Deutsche”, „tylko dla białych” to nie jest historia, to nasza codzienna stygmatyzacja.

Skaza

skazaSkaza. Rysa. Zadrapanie. Obraz nie jest taki jak powinien być. Nie to piękno, nie to dobro, nie ta prawda. Skaza pojawia się jak pęknięcie. Najpierw delikatna rysa, a potem otwierająca się coraz szerzej rana.

Człowiek ze skazą. Niby nic. Niby wszystko jest w porządku. Normalne życie ale nie do końca. Normalny sąsiad, zwyczajna dziewczyna. Skaza jednak zaczyna się ujawniać. Najpierw w spojrzeniu sąsiadów, w niechęci rodziny. Potem nabiera coraz większej siły. Ludzie nie chcą, odwracają spojrzenie.

To jest zwyczajna para. A jednak, on nie może trzymać go za rękę. Ludzie wpatrują się z niesmakiem. Wiadomo „prawdziwa rodzina to chłopak i dziewczyna”. Chłopak z chłopakiem, dziewczyna z dziewczyną, to nie u nas, u nas ma być „normalnie”.

Skąd bierze się to piętnujące poczucie normy. Kto powiedział, że normalnie jest wtedy kiedy on kocha ją a nie jego? W czym niby różni się ta miłość? Jedni mówią, ze to bóg dał im normy. Dziwny to bóg, co najpierw daje ludziom miłość, a potem każe nienawidzić tylko dlatego, że on kocha jego. Dziwny to bóg, co nie pozwala kochać drugiego człowieka, tylko dlatego, że jest on tej samej płci. Inni mówią, że to tradycja, że „normalna”, „tradycyjna” rodzina to on i ona, i dzieci oczywiście. Zapomniana to tradycja, przecież dla wielu kultur homoseksualizm nie jest aberracją i złem. Wybiórczo rozumiana to tradycja, pomijająca fakt, że dla starożytnych Greków i Rzymian homoseksualizm był normą, miłością pełną i prawdziwą. Ci sami, którzy odrzucają homoseksualizm w imię tradycji uwielbiają przywoływać greckie i rzymskie sentencje i jakoś nie widzą, że tego nauczyli ich geje. Jeszcze inni będą mówić o zdrowiu społecznym. Dziwne to zdrowie, dziwna równowaga, gdzie zwyczajnych obywateli niszczy się tylko dlatego, że kochają kogo chcą i jak chcą. Zatrute to oblicze zdrowia społecznego, gdzie ważniejsza jest nienawiść niż miłość.

Skaza. Ona nie zabija od razu, ona tylko eliminuje. Człowiek naznaczony skazą jest inny. Niby taki sam, ale nie może jak każdy z nas swobodnie pokazywać siebie samego. Skaza pojawia się wtedy, kiedy naznaczamy drugiego człowieka, wskazujemy – oto on jest inny. Tylko skąd ta pewność, że jest inny? Czym różni się homoseksualizm od heteroseksualizmu? Skąd ta pewność, że pierwszy jest zły a drugi dobry? Dlaczego heteroseksualizm traktowany jest jak norma? Co w nim normatywnego?

Delikatne napięcie. Niby nic złego się nie dzieje. Niektórym nawet oczy świecą się od tolerancji. Tutaj jednak nie chodzi o tolerancję, ani o akceptację, ale o ciągłe wyznaczanie normy – heteroseksualnej normy – przez którą się piętnuje i kategoryzuje. Nienormatywni na bok, bez prawa do normalnego życia, bez prawa do normalnego małżeństwa, miłości, bycia sobą. A przecież nie o to chodzi by tolerować, tak naprawdę nie ma czego. Homoseksualizm jest taki sam jak heteroseksualizm. Po prostu ludzie spotykają się, zakochują się w sobie, kochają się, razem żyją. Bez znaczenia kto z kim. Miłość jest taka sama. To tylko choroba kategoryzowania rodzi tę skazę: nienormatywny, inny, nie nasz, zakazany, gorszy. To tylko potrzeba by nienawidzić, wykazać się przed światem, że jest się lepszym skazuje na to pęknięcie, odrazę, poniżenie drugiego człowieka. To tylko my i nasza małość skazuje innych ludzi, takich samych jak my, na bycie gorszym.

Czarne

czarneCzarny znaczy ciemny, niebezpieczny, odrażający, zły. W ciemności nocy czai się niebezpieczeństwo. W ciemności wydarza się zło. Dzieci boją się nocy. Zapalamy lampę by rozproszyć ciemności. Jasność jest dobra, świetlista, pełna bezpieczeństwa i ładu.

Imaginarium koloru. Barwny świat symboli. Malowniczy obraz złego, czarnego niewolnika, który chce się obrócić przeciwko swemu panu. A przecież pan był dla niego dobry, nic złego mu nie robił, karał go tylko wtedy, kiedy niewolnik coś źle zrobił.

Czarny znaczy rozpacz. To całe nieszczęście niewolnictwa, deprecjacji, urzeczowienia, okrucieństwa. Czarny znaczy nieszczęście, wypalone na skórze ludzi katowanych, gwałconych i mordowanych. Czarny to deprecjacja i fizyczna, i symboliczna.

Apartheid, segregacja rasowa, eugenika – biali ludzie zrobili wszystko, żeby czarny człowiek wszedł w imaginarium ciemności nocy, bestii i złego.

Tymczasem zło miało białą naturę, po dziś dzień jest podstępne i rasistowsko uwarunkowane. W oficjalnym dyskursie nikt się nie przyzna do nienawiści człowieka o czarnym kolorze skóry. To tylko cicha niechęć, która zabija tak samo jak otwarta nienawiść. Nieufność, bo człowiek nie jest tak samo biały jak my, niechętne spojrzenie, pomówienie. Oskarżenie, że nie jest tak pracowity, tak uczciwy.

Najgorsze w tym wszystkim jest to ciągłe wypieranie się rasizmu. Białe przekonanie, że wszystko jest w porządku, że wszystko jest dobrze. Pogardliwe przekonanie, że przecież już nie traktujemy człowieka o afrykańskich korzeniach źle. Pewność, że jesteśmy tacy dobrzy i wpuszczamy innych do naszej przestrzeni.  Pewność, że świat jest nasz i my tak łaskawie dopuszczamy innych do udziału w naszym świecie, naszych wartościach i naszych prawach.

Zło ma białą naturę przekonania, że świat to Europa, świat to Zachód, a inni ludzie i inne kultury to tylko dodatek do naszej rzeczywistości. Zło to ukryty rasizm, ciągle stawiane zarzuty innym a nigdy sobie. Ciągłe powtarzanie, że inni są gorsi, że nie zbudowali takiej kultury jak nasza, nie mają takich przekonań jak my. Zło to ciągła wiara, że nam się należy, że jesteśmy lepsi.

Gdy policjant dusił Georga Floyda przez ponad osiem minut, nawet wtedy kiedy jego ofiara była nieprzytomna, nie zrobił nic nowego. To systemowa przemoc białych wobec czarnych, agresja wobec afroamerykanów jest ciągle taka sama. Wystarczy kolor skóry i już człowiek staje się podejrzany. Teraz wielu rasistów próbuje tłumaczyć to brutalne morderstwo faktem, że Floyd był już skazany, że był już raz przyłapany na przestępstwie. Dla rasisty to wystarczy, tak jak by sprawiedliwość polegała na samosądzie, tak jakby wcześniejsze przestępstwo odbierało człowiekowi jego człowieczeństwo. Prawda jest jednak inna, to kolor skóry odbiera człowieczeństwo, to rasizm deprecjonuje i przymyka oko na podłe traktowanie drugiego człowieka.

Rasizm to nienawiść do innego koloru skóry, odmiennych przekonań, wierzeń, praktyk kulturowych. Rasizm to zło, które prowadzi do tego, że niewinnego człowieka można potraktować jak przestępcę, człowieka o innym kolorze skóry można potraktować jak nic nie znaczącą rzecz. Rasizm zabija człowieczeństwo – w nas, białych, odbierając nam osąd moralny i zrozumienie drugiego.

Błędne koło

błędne kołoBudzik, umyć zęby, zaparzyć kawę, jedzenie dla wszystkich członków rodziny, kot pod nogami z wyprężonym ogonem daje znać, że on tutaj jest najważniejszy. Droga do szkoły dzieci, do pracy, po zakupy, telefony, dzień przy komputerze, przy taśmie produkcyjnej, za ladą, przy biurku. Każdy z nas na swój sposób, w swojej roli. Z uśmiechem, z pochmurną miną, z samozaparciem, z zadowoleniem, z rozpaczą, zniechęceniem. Tak do wieczora. Czekając na jutro, bojąc się następnej godziny, z obojętnością, czy bez żadnej refleksji. Błędne koło naszego życia toczy się cały czas i nie czeka na nas, na zmianę naszego nastroju, czy na nasze potrzeby.

Pomiędzy porami roku, pomiędzy dniem i nocą, zawieszeni w oczekiwaniach i marzeniach.

Budzik, prysznic, herbata, pies już w drzwiach prawie poszedł na spacer, tylko my się ociągamy. Dziecko rozpacza, że nie chce iść do szkoły, nie dzisiaj, nie na dzisiejsze lekcje, nie do dzisiejszych koleżanek i kolegów. Ono jeszcze nie wie, że tak będzie całe życie, tylko będą się zmieniać miejsca i ludzie. Pozostanie ta sama konieczność iść i działać, pracować. Teraz jeszcze może sobie pomarudzić, teraz jeszcze może pomarzyć, że przeziębienie zwalnia od wszystkiego i można uciec pod kołdrę. Deszcz za oknem psa nie zniechęca, parasol sam się połamał, więc może zostać w domu.

Pomiędzy dniami i miesiącami, przelatującymi jak w coraz szybszym pokazie slajdów zacierają się nasze pragnienia. Jeszcze tu jesteśmy.

Budzik, pędem, rzeczy dookoła wpadają i wypadają z ręki. Za długo w łóżku, gołąb na parapecie zagląda zdziwiony o tej porze już miało nas nie być. Spóźnić się do pracy to takie niemądre, spóźnić się na swoje życie to takie nierozsądne. Więc biegiem po schodach, przez ulicę, w słońcu, mrużąc oczy. Czasami nie wyrabiamy. Za dużo obowiązków, za dużo snu, za dużo lenistwa, za dużo rzeczy do zrobienia, za dużo wszystkiego i nas samych. Dlatego biegiem poza siebie, poza innych. Dalej, szybko dalej, dzień się jeszcze nie zaczął, a już nam się kończy.

Pomiędzy kartkami z kalendarza, świętami, codziennością i pracą, pomiędzy małymi i dużymi wydarzeniami nasze kroki się poplątały.

Budzik, z przyzwyczajenia wypadamy ze snu i wpadamy w dzień. Zgiełk w naszej głowie. Odliczanie listy zakupów, zadań, przyrzeczeń, obietnic. Tylko, że czas stanął w miejscu. Biegnie w przeciwną stronę. Pomieszał naszą codzienność. Pies, znajda śpi zwinięty w naszych nogach. Powolutku, krok za krokiem będzie szedł za nami na spacer. Stary kot na parapecie wpatruje się w szum na zewnątrz. To kobieta oparta o parapet, nawet już nie pamięta jak bardzo bolały ją nogi, gdy tak biegła do pracy, po zakupy. Teraz nic nie pamięta. Czas zamrożony. Chwile obojętne. Stary człowiek z laską i psem, nie wiadomo kto kogo prowadzi na spacer, ale idą, to dla nich najważniejsze.

Pomiędzy czasem i bezczasem, pomiędzy bieganiną i nami samymi, przemijamy, powoli, krok za krokiem, stary człowiek jest w każdym z nas, powolutku sobie wychodzi, nie mamy czasu, mamy mnóstwo zadań, w pośpiechu, dzień za dniem, nawet nie wiemy kiedy dobiegamy do końca siebie.

Portret

PortretNa ścianach wieszamy portrety. Mapa naszej świadomości. Dla jednych jest to portret rodziców, dla innych portret własny, jeszcze inni wolą portrety wielkich-tego-świata. Totemy rzeczywistości. Symbol władzy. Określenie naszej tożsamości. Portret dźwiga wiele treści. Czasami jest jak czarna plama, nie pozwala spokojnie oddychać, wciąż przypomina, co jest ważne i co wielkie.

Dyktatura kochała portrety. Wódz w każdym urzędzie, w każdym domu. Czasami sami przyjmujemy obraz wielkości i chwały jako nasz. Sentyment po dawnych czasach, urzeczenie przeszłością, czy wiara w to, że kiedyś naprawdę było lepiej i piękniej. Wówczas portret dawnego władcy nabiera innego znaczenia, tak samo jak portret damy z XIX stulecia, przypomina o tym, co rzekomo stracone.

W portretach nie widzimy nic innego jak własne mity, znaczenia, w które chcemy wierzyć.

Józef Piłsudski i wiara w wielką Polskę, cud nad Wisłą, siła i chwała. Zamach stanu i walka z demokracją pozostaje przez nas niedostrzeżona. Sumiaste wąsy dla wielu po dziś dzień to totem chwały. Narodowcy oddychają przeszłością.

Jan Paweł II i oczy pełne łez, uniesienie i modlitwa wiernych, „nasz ojciec” i „nasz święty”. Totem na którego nic złego nie wolno powiedzieć. Miłość do dobroci i gest społecznej akceptacji. Z tej perspektywy ukrywanie pedofilii i nacjonalizacja kościoła jest nie do ogarnięcia. Polacy ciągle kiwają z niedowierzaniem, przecież „nasz” papież nie mógł wiedzieć. Człowiek na portrecie ma takie dobre oczy. Ofiary nie wiedzą co mówią. Wyparcie. Wolimy obraz świętego niż świadomość zła.

Franz Josphe czy Napoleon też się zdążą, jak marzenia by Polska była do morza do morza. Potęga z dyktatorem u sterów. Czasami Mickiewicz czy Słowacki spoglądają z melancholią, oczywiście ich oczy muszą być smutne. Mitomania narodowa idzie w parze z umiłowaniem cierpienia. Im gorzej tym lepiej, więc najlepiej wielbić wygnańców, stracone powstania i przegrane sprawy. Straceńcy, którzy zginęli.

Współcześnie niektórzy powieszą zdjęcie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ten sam żal i melancholia, za tym, co było. Kult jednostki i kult wodza, zwłaszcza po śmierci, obowiązkowy.

Portrety są jak totemy. Niosą nasze mity. Sny czasami nie wypowiedziane. Niby żyjemy we współczesnym świecie, a jednak sentyment pozostaje. Dla niektórych jest tak silny, że nawet nie wiedzą kiedy instynktownie poszukują, a jak znajdą to poddają się silnym jednostką. Byleby nami rządzili. Portrety na ścianach umacniają w nas wiarę, że tego właśnie potrzebujemy: jasno wyznaczonej drogi. Żadnych negocjacji z własną tożsamością narodową, z własnym pochodzeniem i przynależnością. Marzymy o prostych odpowiedziach i prostym wskazaniu: jest tak a nie inaczej. Wodzowie mają nam pokazać co jest dobre a co złe, odciążyć od samodzielnego myślenia.

Jak głowę w piasek, tak w tradycję upychamy naszą samodzielność. Wodzowie dodają nam otuchy. Zła cywilizacja wyboru zostaje zamknięta w prostym przepisie na świat. Można odetchnąć. Wodzowie czuwają. Tylko, co jak zostaniemy sami?

Obiad

Obiad to, coś więcej niż proste zaspokajanie głodu. Obiad to spotkanie. Najpierw godziny pracy, by przygotować potrawy, czasami wspólnie, w parę osób, czasami samotna krzątanina z myślą o innych. Obiad to dobieranie składników, przypraw, to garnki i talerze, sztućce, cały ten codzienny zgiełk czynności, wydarzeń, to ręce, które kroją, to nasze myśli, które planują, to nasze zmysły smakujące teraźniejszość. W obiedzie zawiera się tyle, że patrząc z boku można albo się pogubić, albo nic nie dostrzec, w kakofonii zapachów, smaków i czynności.

obiad

Obiad wyraża coś innego niż jedzenie. W rondlach, patelniach, rusztach, grillach, parownikach kryje się cała historia naszej kultury. Dlaczego jedni nie wezmą do ust wieprzowiny, inni ze zgrozą odwrócą się od krwistego befsztyku, a jeszcze inni z odrazą popatrzą na surową rybę? Dlaczego jemy zwierzęta takie jak świnie i krowy, ale już psów i kotów nie chcemy? Lub na odwrót dlaczego inni ucztują jedząc psy i węże, gdy dla innych zjedzenie jakiegokolwiek zwierzęcia byłoby tragiczne?

Siadając do stołu podążamy za naszymi kulturowymi przyzwyczajeniami, za naszymi rodzinnymi opowieściami. Dla mojej babuli najważniejsze było ciasto drożdżowe, koniecznie z rodzynkami, bez rodzynek nie byłoby ciastem. Dla Cioci Zosi najlepsze były gołąbki, pełne mięsa i kaszy, zanurzone w gęstym sosie grzybowym. Wujek Gienio opowiadał jak umierali z głodu, nie pamiętał ile miał wtedy lat ale pamiętał ten straszny ból. Do dzisiaj łapczywie zagarnia wszystko, co pozostanie po innych, jakby nie najadł się swoją porcją, jakby już nigdy nie mógł być syty. Tadzio, dziadek Tadzio, nie zwracał uwagę na jedzenie, ale na to gdzie i jak było podane. Bez dobrej porcelany, w mało interesującym miejscy nie zjadłby w ogóle. Jedzenie było dla dziadka kwestią towarzyską. Gdzie i z kim ważniejsze niż co.

Krojąc, gotując, dusząc, podsmażając, wsadzając do piekarnika, możemy nawet sobie nie zdawać sprawę z tego ile ludzi właśnie dzisiaj umrze z głodu. Możemy nawet nie pomyśleć co przecierpiał kurczak zanim stał się naszym filetem. W podduszonej potrawie, w filecie ze słodkich moreli i z nutą goryczki pieprzu już się nie słyszy tego przeraźliwego krzyku zwierzęcia, któremu najpierw na żywca cięto dziób, potem wleczono głową w dół do rzeźni, gdzie nikt ani chwili nie myślał, że ma do czynienia z żywą istotą. Dla nas to tylko kurczak w sosie słodkopikantnym, kropla mleka kokosowego i zadowolenie, że takie kruche jest to mięso.

Przychodząc do znajomych w odwiedziny czasami nie zastanawiamy się kto gotował, kto po tym posprząta, zajęci rozmową, możemy nie zwracać uwagi na to zmęczenie jakie w sobie niesie żmudna praca codzienności. Dzisiaj to nie my, dzisiaj udało nam się wyrwać z kieratu i obowiązków. Siadając przy wspólnym stole możemy nie rozpoznawać tego gestu rozpaczy, gdzie ktoś dla nas gra, że może, że jeszcze go stać więc szarżuje na obiad podając wszystko, co najlepsze. Raty za kredy gdzieś znikają, przed nami pełen talerz. Wybierając potrawy możemy nawet nie zauważyć, że obok chuda jak palec kuzynka tylko udaje, ale tak naprawdę już nie potrafi jeść. Codzienność nabiera innego wymiaru.

Obiad to, coś więcej niż proste zaspokajanie głodu. Rytuał, spotkanie, rodzina, miłość, złość, rozpacz, teatr, szczęście, pustka – za obiadem kryje się bardzo wiele. Dlatego czasami zapominamy jaki to przywilej i jakie możliwości. Tak nasz obiad codzienny, poprzez który budujemy relacje, rozmowy, nawyki, czasami zabieramy życie a czasami ratujemy planetę. Taka tam krzątanina.

Rzecz o snobie.

snobCo jeść, gdzie pójść, nawet pytanie o to z kim się spotkać może okazać się niezwykle ważne, absorbujące i wymagające. Przecież inni patrzą. Więc trzeba się wykazać. Odpowiednie ubranie, ma być nienachalnie, dla wyrobionego oka, metka ukryta, ale koneserzy i tak będą wiedzieć. Oczywiście trzeba być na bieżąco z tym, co się dzieje w kinie, teatrze, księgarni, ale i w polityce. Więc ręce pełne roboty, czujność przez cały czas, aby nic nie ominąć i nic nie stracić.

Snob, nasz biedny, nieszczęsny snob, co trudzi się nieustannie, wykazuje, pokazuje, sprawdza i wykazuje. Zafrasowany, zabiegany, przejęty. Nieustannie w napięciu, że trzeba, że wypada, że koniecznie, że musi. Snob, nasz biedny, udręczony snob, w panice, że nie zdąży, w rozdrażnieniu, że nikt nie zauważył, a on się tak postarał. Nieszczęśliwy, że tyle pracy włożył, a tu uszło uwadze. Świat się nie dowie i nic nie powie.

Mieszkanie w centrum miasta czy na obrzeżach, a może wyprowadzić się na wieś? Sushi z przyjaciółmi w modnej restauracji, ale czy ona taka modna w tym sezonie, to może lepiej jednak przestawić się na kuchnię włoską? Na rowerze, czy na hulajnodze, jak wypadnie lepiej, a może jednak tramwajem, zadać szyku, że dba się o ziemię. Spodnie dżinsowe, czy może jednak tweedowe, a  może przełamać konwenanse i w kraciastych, dzieci kwiaty zawsze potrafią namieszać. Broda? Włosy w jeżyka?

Dylematy snoba to tak naprawdę problemy każdego człowieka zakochanego w sobie. Smaki świata, spotkania z przyjaciółmi, spacer przez ulubione ulice – to wszystko gdzieś odpływa w gorączkowej szamotaninie „co ludzie powiedzą?”, „Czy mnie słyszą?! Czy mnie widzą?!” Reflektory zwrócone na snoba. Tylko, że tych reflektorów nie ma. Świat nie kręci się dookoła mnie, ciebie, jego, jej. Świat sobie płynie swoją stroną. Biedny snob w zatroskaniu każdym szczegółem czasami nie widzi i nie słyszy tego, co ciekawe. Przejęty czy wszyscy dostrzegli, że jest mądry, dobry, właściwy, na czas i akuratny. Tylko, że świat sunie swoją drogą, bez zmartwień i zastanawiania się dlaczego i po co. Tylko, że snob tego nie wie, traci swoją codzienność, swoje życie, traci doświadczenia i siebie tylko po to, żeby nie istniejący widz, na nie istniejącej scenie świata wreszcie go podziwiał, wreszcie go docenił.

Problem ze snobizmem to problem każdego z nas, kiedy nadmiernie się przejmujemy tym, jak wyglądamy, co robimy, kim jesteśmy, kiedy za bardzo jesteśmy dla innych a za mało dla siebie. Nerwowe pytanie „co ludzie powiedzą?” oddala nas od pytania: co dla mnie jest najważniejsze? Odsuwa nas od spostrzeżenia, że nie ważne kto robi, ważne by pewne rzeczy były zrobione. Ważniejsze jest by działać, zrobić pewne rzeczy a nie to, co inni na ten temat sądzą.

Czasami snobizm daje pozytywne efekty, jak moda na ekologiczną postawę. Cudownie więcej ludzi jeździ na rowerze, więcej osób zainteresowana jest tym, co je. Tylko, że ważniejsze jest nie modne, chwilowe zainteresowanie danym problemem, a codzienność, żmudna, czasami anonimowa, czasami w ogóle nie dostrzegana. Wolontariuszka rozdająca bieliznę bezdomnym po całym dniu pracy może czuć tylko zmęczeni. Czy ktoś jej podziękuje? Zachwyci się nią? Wątpię. Bez blasku reflektorów, bez fanfar, za to zmieniając ludzkie życie. Jedne ciepłe skarpetki dla bezdomnego czasami znaczą więcej. Jedna pełna miska dla bezdomnych psów czy kotów znaczy o wiele więcej. Bez poklasku, bez mody, bez zainteresowania innych, żmudna codzienność, w hospicjum, w azylu, w domu opieki społecznej. Czasami o wiele więcej znaczy nasze działanie. I nie jest ważne co ludzie powiedzą, ważne jest co nas cieszy, co daje nam siłę. Ocierający się o nogi kot, który czeka i wie, że przyjdziemy, to czasami jest najpiękniejsze.

Zdjęcia

zdjęciaUstawione w rzędzie, równiutko, ręką zakochanej matki, zdjęcia malucha z jeszcze niewidzącym wzrokiem, potem coraz większe, starsze, spojrzenie już sięga dalej, poza kard, potem z czasem może jest znudzone, może zainteresowane czymś innym. Koło się zamyka. Na starych fotografiach jeszcze czarnobiałych widać matkę, ale jeszcze malutką dziewczynkę z kokardką przekrzywioną na jasnych włosach, pewnie jej mama też ustawiała zdjęcia. Teraz wszystkie razem twarze w przemianach, koło siebie, ręką wnuczki, nie młodej, nie starej, jeszcze pamięta ale nie do końca.

Wierzymy w zdjęcia jak w proroctwa, będą nam przypominać chwile szczęśliwe, przytuleni do siebie, potem nawet nie spojrzymy na te pocałunki roztargane na pół, albo będziemy się uśmiechać, że dzisiaj jak wtedy tylko inaczej, albo będziemy płakać, że nie ma już jej, odeszła jak kot stary nie wiadomo gdzie, umarła przed nami, zasuszony liść. Zeszłe lata. Wciągu, ustawiane na półce, na kredensie, na kominku, na gzymsie, byleby były pod ręką.

Niepewni wolimy zatrzymać w kadrze. Zdjęcia przestały być już artystyczną przygodą, gdzie wyprawa do fotografa oznaczała odświętne ubranie i poważne miny. Rodzimy się wśród powodzi zdjęć, do każdej minuty po ostatnią. Tylko moment śmierci jeszcze jest tabu, jeszcze nie uchwytuje się go tak jak narodzin. Jakby śmierć zawstydzała nas bardziej, nieopatrzne wyjście, gdy jeszcze ludzie dookoła zakrzątani są w życie.

Czasami trzeba nam podpowiedzi, że to wujek a to ciocia, a tam dalej to pewnie koleżanka mamy. Czasami podpowiedzi układają się same, w tych samych oczach, gestach, minach. Czarnobiałe i kolorowe, coraz wyraźniejsze, coraz więcej.

Zdjęcia straciły swe znaczenie. Teraz każdy krok śledzimy wyraźnie postawiony w świecie globalnej rozmowy. Nie potrzebujemy już zdjęć, słodkie minki i tak robimy, buziaczki przesyłamy na Instagramie, wylewamy czułości z zalotnie przekrzywioną głową. Teraz już tak bardzo nie potrzebujemy zdjęć, życie śledzi się samo i podgląda nieustannie. Stare fotografie były takie ekskluzywne w swojej czarnobiałej jednostajności, nam dzisiaj przypada supermarket koloru i łatwość upubliczniani prywatności.

Już nie jesteśmy tacy ciekawi zdjęć z wakacji, rytuał pokazywania wspomnień trwa na dobre w sieci, więc jeżeli chcemy się czymś podzielić najlepiej jest milczeć, wówczas znajdą nas inni zaintrygowani, że nic jeszcze nie publikujemy – a zrobiła się jesień. Już nie jesteśmy tacy zachłanni, świat wlewa się w nasze zdjęcia cały czas, można podłożyć tło, dodać uśmiech, wymazać znajomego obok, wykleić niechęć.

Zdjęcia żyją swoim życiem. Tamte chwile, już nie należą do nas. Nie ważne czy czarnobiałe czy kolorowe. Już przeszły, rozmyły się, zapisały w czymś nowym, odbiegły od nas. To nie ja, już nie ja, dawno nie ja. Można ponowić gest, spotkanie, spacer, ślub, ale to już nie ja i nie ty, jesteśmy już gdzie indziej. Zdjęcia zapominają za nas kto był ważny a teraz nie jest. Zdjęcia przypominają nie nam gdzie przemija i gdzie się śpieszy. A może już nie śpieszy. Kto? Kiedy? Co? W końcu całkiem wyblakną, nawet poprawione i w nowym pliku, już nam nie opowiedzą tej historii, herstorii.