Gorliwość

GorliwośćCzłowiek potrzebujący działać, dużo robić, gorliwie angażujący się w sprawy. Dusza towarzystwa, aktywista, działacz, wolontariusz. Osoba która nie potrafi przejść obojętnie nad tym, co się wydarza. Jak wszystko co robimy, co nas określa gorliwość ma dwa oblicza. Z jednej strony społeczeństwo by stać się obywatelskim, by wejść na ten wyższy poziom zaangażowania i współdziałania potrzebuje aktywistów i aktywistek, osób, którym zależy, które potrafią się zaangażować. Gorliwy społecznik, to osoba, której po prostu potrzebujemy. Wszystko jednak zależy od tego w co się angażujemy. I tutaj pojawia się druga strona gorliwości.

Gorliwość to temperatura naszego działania. Bycie gorliwym oznacza, że coś bardzo chcemy, w coś potrzebujemy się zaangażować. Gorliwość to opowiedzenie się za jakimiś wartościami, to odpowiedź na pewne potrzeby – pełna emocji i zaangażowania. Bycie gorliwym oznacza, że na czymś nam zależy, że coś dla nas jest ważne, że budzi w nas silne emocje. Właśnie ta strona emocjonalna jest wykładnią gorliwości ale równocześnie jej niebezpieczeństwem. Emocje często (oczywiście nie zawsze, ale często), utrudniają nam racjonalizację. Uleganie emocją, zwłaszcza silnym nie jest najlepszym fundamentem podejmowania decyzji i działania. Można wiele wówczas nie zauważyć, można też wiele przeinterpretować. Właśnie ta emocjonalna natura gorliwości, która sprawia, że musimy czegoś dokonać, że zmierzamy do tego prawie na ślepo jest jej największym zagrożeniem.

Społeczeństwo potrzebuje aktywistów i aktywistek, ludzi angażujących się w sprawy wspólne. Trzeba jednak w tym działaniu bardzo uważać. Parę lat wstecz w Krakowie aktywiści chcieli zwrócić uwagę na korki i zanieczyszczenie spowodowane spalinami w mieście. Do samochodów parkujących na chodnikach przyczepiali zielone balony. Piękna akcja. Problem z tym, że potem wiele takich balonów pozostało na ulicach, skwerach i w parkach. Można więc pytać a co z ekologią, czy to było takie zielone działanie? Nie chcę w tym miejscu krytykować, jest to jednak dobry przykład emocjonalnego działania – które wywołuje emocjonalne reakcje. Gorliwe przekonywanie kogoś – nawet i do najsłuszniejsze sprawy może okazać się nieskuteczne właśnie przez swą emocjonalną postawę.

W życiu prywatnym znamy ten typ: „ciocia dobra rada”, „wujek wszystko wiem najlepiej”, którzy pełni zapału i dobrych chęci już od rana będą nas instruować jak mamy żyć. Gorliwe pobiegną przez parking by pomóc kierowcy, który ich zdaniem nie radzi sobie z zaparkowaniem samochodu, wezmą nam z ręki talerz, bo wiedzą lepiej jak zmywać porcelanę, której nie należy myć w zmywarce. Będą wiedzieli lepiej co zrobić z naszym związkiem, doradzą jak wychować dziecko, uspokoić psa, nauczyć kota (?!) czystości. Problem z gorliwością często polega i na tym, że jest pełna dobrych intencji, chce pomóc, naprawdę bardzo chce pomóc. Przecież ten biedny człowiek wyglądał na zagubionego w swoim samochodzie, na pewno jeszcze nie poradził sobie z nauką parkowania. Więc „dobra rada” rzuca się na pomoc nie zastanawiając się czy swą pomocą nie upokorzy czasem, nie zirytuje (tak robię pewne rzeczy wolno, ale co z tego?). Gorliwość przepełniona misją jest przekonana, że przecież „ma doświadczenie”, więc nic jej z zapewnień, że my też mamy ręce i potrafimy poradzić sobie z zastawą jaka nam została po prababci (w końcu to jedyna pamiątka, więc nie zniszczymy ukochanego talerza, śladu obecności po…). „Wiem lepiej” oferuje cały czas swój serwis, już od rana, nie bacząc na to, czy jesteśmy już gotowi by nas pouczać, nauczać, ustawiać i nakierowywać, nie zwracając uwagi na to, że może już czujemy się dobrze w swoim życiu i wiemy co mamy robić. Problem z gorliwością polega właśnie na tym, że jest okropnie uciążliwa i równocześnie płynie ze szczerej życzliwości, ze szczerej chęci pomocy. „Ciocia dobra rada”, tak samo jak „wujek wiem wszystko najlepiej” nie chcą nas ani upokorzyć, ani skrzywdzić – chcą pomóc, chcą dla nas jak i dla innych jak najlepiej. Często jednak daje to odwrotny efekt: frustracji, złości czy napięcia. W najgorszej wersji nawet i upokorzenia.

Gorliwość produkuje jeszcze jeden typ: „wielkich naprawiaczy świata”, „miłośników ludzkości”, osoby z misją, które chcą nam urządzić rzeczywistość społeczną i polityczną. Tu już spotykamy niebezpiecznych żarliwców, dążących niezłomnie, żeby zbawienie świata urzeczywistnić. Myślę, że nie trzeba tłumaczyć jak są niebezpieczni, wystarczy rozejrzeć się w historii i codzienności, osoby które deklarują misję naprawczą, chęć zbawienia świata z reguły fundują nam dyktaturę i destabilizację demokracji. Ponownie włączają się emocje – niszcząc dialog, szukanie konsensusu, wspólnego budowania przestrzeni społecznej – w zamian oferując jedną misję zbawienia. Robi się niebezpiecznie.

Gorliwość ma dobre swe aspekty, nie jeden żarliwiec pomagając faktycznie dokonał rzeczy pozytywnych. Rzecz w tym, że emocje mogą powodować pewność: „tak jest najlepiej”, budzić poczucie misji. Gorliwość jest siostrą żarliwości i namiętności. Niby chłodniejsza, a jednak może rozpalać ludzkie umysły. Żeby pomóc drugiemu człowiekowi, gorliwość zapomina, że czasami trzeba ustąpić. Niech zrobi coś mozolnie, niech zrobi na swój sposób, nie musi tak jak ja, nie musi w ten sam sposób. Żeby zrobić coś dla innych ludzi, by zaangażowanie społeczne przyniosło efekty trzeba ich wysłuchać. Gorliwość niestety często nie ma na to ani czasu, ani ochoty, wie już lepiej i pędzi z misją ratowania świata nie przejmując się realnymi potrzebami i efektami swego działania. Gorliwość może przeradzać się w żarliwość, pożar emocji, świętą wojnę o to co słuszne. Wówczas, w tym zapamiętaniu gorliwości możemy zapomnieć, że nikt z nas nie ma patentu na to jak życie powinno wyglądać – zwłaszcza cudze.

Gorliwość może sprawić, że dużo dobrych rzeczy zostanie zrealizowana. Dla zdrowia społecznego, nas samych, lepiej jednak, żebyśmy zrezygnowali z misji zbawienia. Wystarczy czasami tylko posprzątać po sobie. Wystarczy czasami tylko spokojnie poczekać, dać innym przestrzeń działania, dać im wolną rękę. Czasami, żeby pomóc, żeby wydarzały się rzeczy dobre lepiej odpuścić…

Reklamy

Pogarda

pogardaPogarda. Nie jest nienawiścią, więc nie prowadzi do działania które może zabijać. Nie jest złością, więc nie będzie prowadzić człowieka do krzyku i niepotrzebnej agresji. Nie jest tak widoczna jak nienawiść i złość, nie jest tak oczywista, czasami nawet nie rzuca się tak w oczy jak te mocne emocje. Pogarda ma w sobie jednak coś co niszczy, czasami o wiele skuteczniej niż nienawiść i złość, czasami o wiele mocniej, drążąc ludzką świadomość i przygotowując na nienawiść. Słabsza i młodsza siostra nienawiści i złości – pogarda – wypracowała swoje sposoby by okazać się równie okrutną i skuteczną jak jej rodzeństwo.

Człowiek jest istotą społeczną. Potrzebuje wchodzić w relację z drugim człowiekiem, potrzebuje nie tylko kooperacji ale i więzi. Utrata relacji z innymi, z drugim człowiekiem zawsze bywa najboleśniejsza. To dlatego, gdy człowieka izoluje choroba to nie ona sama jest tak straszna jak jej skutki, człowiek przykuty do łóżka, zamknięty w czterech ścianach domu, szpitala, cierpi najbardziej samotność. Żal. Ogromny żal, że inni mogą być razem.

Jak to bywa w rodzinie najsłabszy jej członek musi wypracować strategie by być zauważanym, by jakoś sobie poradzić z silniejszymi. Dlatego pogarda, to słabe dziecko niechęci i obojętności, konkurując z nienawiścią i złością wypracowało bardzo mocne mechanizmy działania. Pogarda może kryć się w czyimś wzroku. Piętnujące spojrzenie, mówiące o tym, że jest się nic nie znaczącym. Pogarda pojawia się w geście. Nie podam ci dłoni, chociaż inni patrzą. Upokorzenie jest skuteczną bronią pogardy. Żyje ona ciesząc się cichym cierpieniem tego kim się pogardza. Wyśmianie, wyszydzenie, obmówienie, rozsiane plotki i memy.  Pogarda działa spokojnie, wolno i systematycznie, ale niszczy do końca.

Rozstanie z osobą którą się kocha, czy kochało, zawsze przynosi poczucie porażki. Nagłe osamotnienie, które zmienia wszystko. Pustka po emocjach i po człowieku, robią największe spustoszenie. Był ukochany/ukochana, przyjaciel/przyjaciółka, a pozostały uporczywe pytania dlaczego? Dlaczego to się tak potoczyło? Co się stało, że właśnie w ten sposób to się rozegrało? Dlaczego nie możemy być razem? Co jest ze mną nie tak?

Jak to bywa z niepozornym zagrożeniem pogarda może się okazać bardzo niebezpieczna. Piętno jakie odciśnie może okazać się na tyle mocne, że pogardzana osoba nie będzie umiała poradzić sobie psychicznie. Wyszydzana, wydrwiona, napiętnowana pogardą będzie czuć się gorszą, złą, może wchodzić w tę przegotowaną jej przez pogardę rolę. Dać się zamknąć w pułapce. Pogarda niesie w sobie wartościowanie, odbierając poczucie godności, własnej wartości. Izoluje. Człowiek zostaje sam z własnym poczuciem słabości i małości. Pogarda dotyka najmocniej, przewartościowując myślenie o nas i o innych ludziach. Tu leży jej niebezpieczeństwo. Drobne gesty: odwrócenie się do kogoś, zamilknięcie gdy pojawia się w towarzystwie, odwrócenie głowy, odmowa podania ręki, pogardliwy uśmiech, demonstracyjne wyjście – to wszystko zapada w świadomości. Pali. Wypala ścieżki upokorzenia i osamotnienia. Poczucia, że nie jest się wartym.

Kara, więzienie, izolacja. Dziecko odesłane do swojego pokoju, przestępca zatrzymany w zakładzie karnym. Kulturowe strategie jak karać za małe i wielkie przestępstwa zakładają jedno: izolacja najbardziej zrani. Poczucie wykluczenia, braku możliwości by swobodnie kontaktować się z innymi będzie nas dotykało najmocniej.

Ten kto gardzi bardzo często wierzy, że ma rację. Patent na zrozumienie rzeczywistości. Gardzący innymi człowiek nie szanuje drugiego, ma go za gorszego, godnego potępienia. Równocześnie gardzący wchodzi w rolę władcy: poczucie posiadanej wiedzy, rozumienia daje takiej osobie przekonanie, że może ferować wyroki i pokazywać innym „gdzie ich miejsce”. Często wiąże się to z takim założeniem: „wiem, że mój naród jest dobry, więc gardzę okropnymi liberałami, którzy chcą wszystkich taktować jednako. Idioci nie wiedzą co dobre”. „Wiem, że moja orientacja seksualna jest jedynie słuszna, dlatego pogardzam wszystkim dziwakami. Okropni pederaści wspierani przez kretynów”. „Wiem, że moje założenia moralne są jedynie słuszne, człowiek stoi wyżej od zwierzęcia, więc wszyscy zieloni działacze to histerycy.” „Wiem co jest słuszne”, „tak właśnie jest”, „takie są prawa”, „takie są fakty”, „takie są naturalne porządki rzeczy” – legitymizacja pogardy to fundamentalne przekonanie o własnej racji i wyższości. Z perspektywy rozdętego ego łatwo ferować wyroki „idiota”, „kretynka”, „histeryk”, „dziecinada”, łatwo też podejmować decyzje z kim będziemy rozmawiać, kogo będziemy tępić, nękać, omawiać, napastować. Wszystko w imię wartości i zasad jakie przyjęło się jako słuszne. W pogardzie nie ma wątpliwości, nie ma momentu, w którym można by się zatrzymać i zastanowić, czy aby ta druga strona nie ma racji.

Pogarda: nie zabija, nie torturuje, nie robi nic co byłoby niezgodne z prawem. Jedynie obrzuca złym spojrzeniem, wyśmiewa, drwi, daje przekonanie, że drugi człowiek jest gorszy, że nie wie co robi, nie ma pojęcia jak żyć, jak się zachowywać. Jednym słowem nie dorównuje nam moralnie i intelektualnie, bo gdyby dorównywał nie byłby taki śmieszny, taki mały, taki żałosny, taki inny i niechciany. Pogarda nie zabija, nie wrzuca do więzienia, nie odbiera obywatelstwa. Pogarda jest tylko samozadowoleniem gardzących, że to oni wiedzą najlepiej. Pogarda tylko pozostaje jadem. Trucizną sączoną na co dzień innym.

Poświęcenie

poświęcenieCzułe ręce opiekunki, dobre spojrzenie opiekuna. Wsparcie. Oparcie. Jestem tu dla ciebie, dzisiaj, będę jutro. Nie wyjdę, nie opuszczę, zawsze tu będę przy tobie. Chcielibyśmy wierzyć, że podołamy, marzymy by mieć obok siebie kogoś, kto nas nie zostawi nawet w potrzebie, chorobie, starości. Rzeczywistość nie bywa jednak aż tak łaskawa. Opieka nad drugim człowiekiem wcale nie jest łatwa, nie ma też nic z romantyczności.

Zaczyna się od poczucia obowiązku. Czasami przychodzi on w sposób naturalny i nie musimy sobie uświadamiać jego istnienia, ani brzemienia. W sposób naturalny możemy uznać, że opieka nad dzieckiem, czy naszym rodzicem, to coś co się dzieje, co wykonujemy bo taka jest kolej rzeczy, niekoniecznie uświadamiając sobie, że to nasz obowiązek, nałożony przez prostą zależność odpowiedzialności. Odpowiadam za tego, człowieka, któremu tyle zawdzięczam, czy którego sprowadziłem/am na świat. Poczucie obowiązku nie zawsze jednak może wydarzać się w taki sposób naturalny, odpowiedzialność może ciążyć. Obowiązek stać może się brzemieniem. I nie mówię w tym miejscu o patologii, ale o codzienności. To ten moment, kiedy dzień po dniu, wykonując te same czynności: pielęgnacji, karmienia, pomocy w poruszaniu się, możemy poczuć się zmęczeni, przytłoczeni. Kiedy pojawia się świadomość, że nie można odpowiedzieć spontanicznie na zaproszenie, nie można tak po prostu wyjść czy wyjechać. W opiece wszystko musi być zaplanowane, musimy mieć zagwarantowane, że ktoś za nas podejmie naszą pracę. Na nas coś ciąży. Działanie, zobowiązanie. Tego nie można ot tak zostawić.

Zaczyna się od świadomości odpowiedzialności. Kiedy zaczynamy zdawać sobie sprawę, że to nasza kwestia. To ja, właśnie ja mam odpowiedzieć. Podjęłam się, postanowiłem. To do mnie należy. Opieka nad dzieckiem, rodzicem, krewnym, mężem, żoną. Klamka zapadła. Między nami relacja zbudowała tę konieczność. Odpowiadam na twoje wezwanie. Jesteś a ja mam ci pomóc. Odpowiedzialność wymaga, by dostrzec, że to ja, po mojej stronie leży odpowiedzialność, że to ty, należysz do mnie jako zobowiązanie. Chcę i muszę staje się jednym. Odpowiedzialność wskazuje pewną konieczność. Uchylić się nie można. Coś wcześniej się stało (narodziny), zostało powiedziane (obietnica), obiecane (małżeństwo), odczute (miłość), i teraz już to działa, nakłada na nas, sami bierzemy na siebie – odpowiedzialność za.

Poświęcenie jest sytuacją ciężaru. Kiedy obowiązek jest jeszcze normalnym działaniem, kiedy odpowiedzialność jest tylko konsekwencją naszej relacji, kiedy działamy bo taka jest nasza potrzeba, wówczas pomoc, opieka, staje się naszą codziennością i naturalnym działaniem. Opiekuję się kotem, ponieważ go znalazłam i sprawia mi to radość, że być może zwierzątko wyzdrowieje. Pomagam wstać z łóżka chorej mamie, bo ją kocham. Podany obiad, nakarmienie, to naturalna czynność. Zajmuje się małym dzieckiem, bo jest moje. Pielęgnuje chorego ukochanego, bo jest mój. Nie ma w tym poświęcenia, a odpowiedź na wcześniejsze nasze spotkania i emocje. Gdy jednak cała sytuacja zaczyna nam ciążyć, gdy zaczynamy myśleć w kategoriach „nie mogę już, bo muszę…”  zaczyna się poświęcenie.

Przez niektórych gloryfikowane, jako zaprzeczenie się siebie, w religiach uznawane za drogę do świętości, w życiu codziennym może okazać się trucizną. W poświęceniu leży niebezpieczeństwo frustracji. Znika radość, że coś mogę zrobić dla istoty na której mi zależy, którą kocham, znika więź, relacja dla której nie jest ważne co mam zrobić, a istotne jest, że jesteśmy razem (poza chorobą, czy niepełnosprawnością, poza zależnością). Gdy pojawia się poświęcenie znika wzajemność. W miejsce relacji pojawia się wymuszenie.

Poświęcenie ma formę przymuszenia się do czegoś. Pomagam ci bo muszę, a nie dlatego, że chcę, opiekuję się, dlatego, że tak powinno się działać, a nie dlatego, że między nami jest silna więź i chcę być z tobą niezależnie od okoliczności. Poświęcenie staje się męczeństwem. Samopoświęcenie – złożenie się na stosie ofiarnym, oto ofiarowuje się. Tylko co dalej ?

Poświęcenie to fałszywa emocja i fałszywe działanie. Może dawać chorą satysfakcję: oto jestem wspaniała/y, działam dla innych, rezygnuję z siebie. Może przynosić fałszywe złudzenie, że realizuje się wartości wyższe niż nasze partykularne interesy. W rzeczywistości jednak, gdy pojawia się poświęcenie, wkracza wypalenie: człowieka, który się poświęca jak i tego, który doznaje takiego poświęcenia.

Poświęcający się człowiek może żyć w nieustającym napięciu, pomiędzy chorym poczuciem misji, tego, że musi realizować coś poza nim, a nieszczęsnym poczuciem utraty. Poświęcę się i zostanę, nie pojadę, nie zobaczę, nie będę się bawić, cieszyć, wypoczywać. Mija obok mnie życie, ale ja się poświęcę – ciągła strata i żal. Że inni mogą, bo ja się poświęcam. Mnie zabrano to, co mają inni, którzy nie musza się poświęcać. Równocześnie z poświęceniem pojawia się frustracja. Satysfakcja moralna nie wystarcza, oparta na słabych fundamentach, nie cieszy. Poświęcenie to zamknięte drzwi których doświadcza ten kto się poświęca.

Jeszcze gorzej doświadcza poświęcenia osoba, dla której ono się dokonuje. Człowiek zostaje wówczas obciążony: przez ciebie, dla ciebie. Staje się ciężarem. Wyrzutem sumienia.

Pomoc jest naturalnym elementem naszego życia, tak jak bezradność, kota, który stracił dom, starego człowieka, który stracił możliwość poruszania się, chorego, dziecka. Gdy kocham, lubię, gdy potrzebuję być z… – w zasadzie nie pomagam tylko wchodzę w relację. Bez tej relacyjności pomoc może okazać się wymuszeniem, poświęceniem. A w poświęceniu, wbrew opowieścią gloryfikującym heroizm, nie ma nic dobrego. Poświęcenie urzeczowia, drugi człowiek staje się ciężarem, który należy nieść („nieś swój krzyż”), bez miłości, bez radości, że można być razem mimo wszystko, bez szczęścia, że jeszcze jesteśmy razem. Prawdziwe szczęście to bycie: nie ważne jak i nie ważne jak długo, ale razem, pomoc jest wówczas miłością. Poświęcenie nie rozumie takiego szczęścia.

Stabilizacja

stanilizacjaKulturowa rewolucja kazała nam narzekać na małą stabilizację. Ponoć nie ma nic gorszego niż posiadanie domu z ogródkiem, samochodu (o zgrozo wszystko na kredyt), psa, kota, dzieci, pracy na stałym etacie. Człowiekowi ponoć robi się aż słabo od rutyny. Co rano ta sama pobudka. Do pracy, z pracy, dzieci, mąż, żona, kolacja, raty kredytu, podatki, spotkanie z przyjaciółmi, narzekanie, zabawa, znów do pracy rano. Rutyna, stagnacja. Niektórzy gotowi są zrobić wszystko byle by nie popaść w takie koło nieskończonych obowiązków. Wolne ptaki, kolorowe dzieci.

Zaczęło się w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku, kontestatorzy życia oburzyli się na rodziców i wcześniejsze pokolenia. Jak można żyć w takiej codzienności. Przecież to zakłamanie. Życie to coś więcej. Od tego czasu nieustannie w kulturze Zachodu powraca: rutyna jest zła, nuda jest niebezpieczna, codzienność musi nam nieść coś nowego. Praca ma być kreatywna, człowiek musi mieć możność spełniania się i realizowania. Nowe zadania, nowe życie. Do przodu. Ani chwili stagnacji. Stabilizacja jest zła, bo odbiera nam autentyczność. Walczyć należy o własną osobowość, egzystencję, a nie martwić się tym, co doczesne. Konsumpcjonizm tak samo zagraża jak rutyna.

Stabilizacja. Powtarzalność. Pewność, że jutro poniedziałek, więc będę mogła iść do pracy. Luksus najedzonej Europy, sukces kultury Zachodu. Stabilizacja oznacza bezpieczeństwo. Gardzą nim ci, którzy nie zrozumieli historii. Wystarczy jedna wojna, jeden zamach na ulicy, by wróciła inna strona stabilizacji. Dbałość o codzienność, jej powtarzalność jest z rzadka nam danym luksusem kulturowym.  Nie każdego na niego stać, nie każdy może nawet o nim pomarzyć. Ludzie rodzący się w obozach dla uchodźców, żyjący w przestrzeni ogarniętej wojną, mogą tylko marzyć. Stabilizacja nie jest dla nich, a dla znudzonych nią ludzi, którzy zapomnieli o co walczyli ich dziadkowie.

Stabilizacja to również rutyna. Nie jest w tym jednak nic złego. Wbrew pozorom, rutyna może okazać się szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Na pamięć znam moją drogę między domem a pracą, doskonale pamiętam, jest to wręcz w moim ciele co zdarzy się między 7.30 a 8.00 rano. I to daje mi ten komfort bezpiecznej drogi do pracy, gdzie wiem, że praca na mnie czeka, tak samo jak znajomi z pracy. Za rogiem nie czeka wróg, nie muszę żebrać o jedzenie, nie muszę szukać kolejnych odpadów, by odbudować mój dom, który zmyła nocna ulewa. Pies ogryza kapcie, chomik biegnący w kółku, podenerwowana koleżanka z pracy, kolejna nieprzespana noc, jej dziecko ząbkuje. Przewidywalne, co powiem, co powiesz. I w tym jest piękno dnia, który wiemy jak się skończy. Telewizor, jest coś do zjedzenia. Film może być nudny, nie ważne, w domu na kanapie siedzą gderający rodzice.

Czasami nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo jesteśmy szczęśliwi, kiedy jak co dzień budzi na budzi. Rytuał codzienności. Stabilizacja osiągnięta. Praca. Raty kredytu, znajomy, który wrócił z wakacji i zanudzi nas fotografiami swoich dzieci. Niekiedy nie widzimy co jest piękne. Ta sama droga, codziennie, tyle razy już schodzona. Jest. Stoi, jak nasz dom, ulice, miasto. Nasza rzeczywistość. Mała stabilizacja. Ona daje nam spokój. Jest nudna. Ale w tej nudzie jest nasze szczęście. To tak jak ze zdrowiem. Epikur miał rację, my naprawdę nie wiemy, nie rozumiemy, co to jest szczęście. Codzienność nas przeraża, tylko dlatego, że nic złego nam się nie dzieje, że nic wielkiego nam się nie wydarza. Tak jakby bolało nas nasze życie. Nie wiemy, nie widzimy, nie rozumiemy, że jeszcze nie tak dawno nasi rodzice, że nie tak daleko, bo obok nas, teraz inni ludzie, tego nie mieli, nie posiadają. Siedzimy znudzeni w naszym elitarnym klubie stabilizacji i nawet nie uświadamiamy sobie, że należymy do tej wąskiej garstki wybrańców, którzy urodzili się w tej szerokości geograficznej, w tej kulturze, która pozwala nam narzekać. Pozwala nam na niedocenianie stabilizacji.

Stabilizacja, znudzenie, codzienność.  Niestety nie wiemy jaka jest krucha, jak łatwo ją złamać, utracić. Nie wiemy jaka jest piękna.

Czułość

czułośćStudenci będą mieli o czym plotkować. Pan profesor przytula kota i całuje go w uszko. Co innego z tą zdziwaczałą kobietom, która przygarnia wszystkie psy i koty. Ma już pięć kotów. Z każdym rozmawia i kocha bardzo. Wiadomo samotna, niektórym na starość odbija, więc gadają do zwierząt. Rozpieszczony bachor nie schodzi z kolan mamy. Ojciec nie lepszy cały czas przytula i całuje. Para – chłopak i dziewczyna -trzymająca się za ręce jeszcze ujdzie, ale już takie ostentacje jak całowanie się, i jeszcze jak to są geje, ach fuj.

Czułość. Gdy zestawić ze sobą zdjęcie jednego psa, w schronisku dla bezdomnych zwierząt, a potem już w nowym domu, można zauważyć jedno: inne oczy. Radość. Zaryzykuję takie oto stwierdzenie: każda istota żyjąca, odczuwająca potrzebuje czułości. Dlaczego zatem dla niektórych z nas jej okazywanie jest takie wstydliwe? Dlaczego nie uchodzi, nie wypada, lepiej nie? Mężczyznom długie stulecia różne kultury zakazywały okazywania uczyć. Byli oskarżani o zniewieściałość, słabość, czy wręcz niestałość jeżeli tylko pokazywali łzy, czy chcieli przytulić, choćby własne dziecko. Ograbieni z podstawowych zachowań względem osób, które kochali i samych siebie. Nie płacz, nie bądź beksom, wytrzymaj. Tak jakby każda uroniona łza była haniebna. Tak jakby każdy czuły gest był zakazany. Tak samo długie stulecia ludziom nie wypadało wręcz kochać zwierzęta. Po dziś dzień, niektórzy marszczą się w niezadowoleniu. Przecież kota czy psa nie można kochać jak człowieka. W ten sposób próbowano nam ukraść jedną z piękniejszych przyjaźni, kiedy człowiek i zwierzątko wzajemnie sobie ufając, kochając się dają sobie czas i obecność. Ale nie, to też próbowano odebrać. Zero czułości, zero emocji. Zwierzę to tylko zwierzę nic więcej. Tak miało być i już.

Emocje zostały przypisane kobiecie i zdegradowane prawie do antywartości. Czułość stała się słabością. Bo przecież kobieta: słaba, irracjonalna, to ona jest czuła. Nie potrafi walczyć, nie potrafi myśleć, jedyne co może to kochać. Okazywanie czułości stało się więc kobiece i jako takie zostało okrzyknięte wadą. Nie bądź babą, nie bądź słaby. Nie pokazuj uczuć, czułość jest nie potrzebna.

Tymczasem cierpliwy kot wchodzi człowiekowi na kolana. Mruczy. Zaciska łapki na naszych nogach, przymyka oczy. Dobrze jest głaskać kota, futerko rozgrzewa. Przez nasze ciało zaczyna bić kocie serce, delikatne wibracje radości. Czułość w prostej postaci. Dobrze jest się przytulić. Nie ważne kto jest naszą kochaną osobą. Oczywiście homofobii będą utyskiwać, że oni nie chcą widzieć takiej ohydy. A co jest złego w miłości? Co jest takiego strasznego w okazywaniu sobie czułości? Dlaczego człowiek zawsze musi pozostać skamieniały?

Życie mamy jedno. Nie zawsze udane, nie zawsze długie. Jak każde jednak zwierzę mamy jedną wspaniałą cechę: zdolność do odczuwania emocji, zdolność do rozkoszowania się czułością. Przytulenie, głaskanie, dotyk, zmysłowość. Wiele religii uczyniło z tej naszej cudownej zdolności rzecz złą i wyuzdaną. W ten sposób walcząc z naturalną możliwością człowieka, by w bardzo prosty sposób osiągnąć szczęście. Co jest bowiem piękniejszego i bardziej prostego jak dotyk dłoni człowieka, którego kochamy. Co jest bardziej przyjemne, jak wpatrzone oczy zwierzątka, które jest naszym przyjacielem, przyjaciółką. Czy miłość przychodzi do nas na dwóch nogach czy na czterech łapkach, czy jest homo czy heteroseksualna, zawsze może dać nam czułość. Odebranie sobie zmysłowości jest okaleczaniem, siebie i drugiego człowieka. Tej istoty, która tak samo jak my potrzebuje cieszyć się obecnością, wzajemnością, relacją.

Życie mamy jedno. Nie zawsze szczęśliwe i nie zawsze zrealizowane. Czasami wszystkie nasze plany rozsypują się, czasami sami nie wiemy dokładnie co mamy zrobić z naszym życiem. Czułość jest prostym darem, który może nam podarować każdy. Wystarczy kogoś przytulić, pogłaskać po ręce, uśmiechnąć się, posiedzieć razem przy kawie czy herbacie. Drobne gesty, zawierające w sobie emocje. Czułość – szczepionka jaką możemy dostać od drugiego człowieka, nie zważając na okoliczności i to, co znów się nie udało czy to, co znów nie zostało zrealizowane. W gestach, słowach, w przytuleniu, dotknięciu, w czułości, dajemy spokój. Radość mimo okoliczności.

Deprecjonowanie czułości to okazywanie również własnej słabości. Ktoś kto się wstydzi swoich emocji, kto pragnie ukryć potrzebę czułości (jej dawania i brania), tak naprawdę jest słaby i nie potrafi w pełni kochać. Jeden prosty gest, podać rękę przy wysiadaniu z tramwaju, czy pocałować na powitanie. To nic nie kosztuje, ale może okazać się wielkim brzemieniem, dla tego kto kocha tylko siebie i w czułości widzi zagrożenie własnego ego. Czułość to dawanie. To zapominanie czy wyglądam odpowiednio, czy zachowuję się dobrze. To sztuka prostych gestów. Potrzebujemy siebie wzajemnie. Dlatego przytulam. Ukochanego człowieka, psa, kota, chomika… to takie proste i takie trudne, to takie naturalne i takie skomplikowane. Czułość. Antidotum, jakie dała nam natura.

Prostota

prosotaŚwiecidełka, kolczyki, bransoletki, kokardki, motylki, zielone, czerwone, żółte, niebieskie. Dużo. Kolorowo. W paski i kratkę, falbanki, sprzączki, guziczki, lakier do włosów, lakier do paznokci. Makijaż gęsty od pracy i zamysłu. Oszołomienie.

Codzienność przygotowuje nas do określonej stylistyki. Każda kultura wypracowuje swój kod: ubranie na co dzień, ubranie od święta, ubranie dla kobiety, mężczyzny, dziecka. Nawet unisex okazał się stylem. Undergroundowe stylizacje, buntownicze fryzury to również zalicza się do kulturowego kodu. Niczym w zdalnym sterowaniu kultura wyznacza nam kierunki, nie tylko codzienności, ale również i buntu, subkulturowej gorączki. Jest czas na prostotę, jest czas na szaloną stylizację. Każda kultura ma swoje restrykcje, co wychodzi poza jej warunkowania może budzić niepokój. Strategie wobec inności zostały starannie wypracowane.

Są ludzie, którzy jednak przełamują wszystko. Bariery ciała, stylu, kultury. Nie mieszczą się po żadnej stronie. Ani codzienni ani odświętni, ani zwyczajni, ani alternatywni. Nie mieszczą się w żadnej płci, ani topografii. Narracje jakimi wypełniają swoje życie nie podporządkowują się normą. Kolorowe ptaki, transseksualne, płynne, przekraczające uwarunkowania i przyzwyczajenia osoby. Transgresje. Człowiek nie człowiek. Poza człowiekiem. Poza tym, co zwiemy człowiekiem. Poza musisz, koniecznie, wypada, nie wypada, tak trzeba a tak nie wolno.

Jedni zazdroszczą, inni nienawidzą. Często jednak nie widzimy tak po prostu piękna. Tego piękna jakim się staje człowiek niosący w sobie obie płcie. Mężczyzna i kobieta. Poza mężczyzną i kobietą. Bycie sobą w każdej postaci i przekraczając je równocześnie. Nałożona peruka i perfekcyjny makijaż. Teatralne rzęsy, duże usta. Smutne spojrzenie. Szczery uśmiech.

Zamknęliśmy się w prostocie rozwiązań, kulturowych schematach. Nawet nasz bunt dajemy zamknąć w kulturowych kanonach. Czarny pokój, gotycki makijaż, wiadomo, nastolatek musi się wyszumieć. Nie ma kłopotu, byleby nie poszedł do szkoły w tatuażach. Ach poszedł. No cóż, dzisiaj już wiele uchodzi. Dredy i piercing zostały wpisane w kanon kulturowej mody. Tak jak dziewczynka zalotnie zerkająca spod ciężko pomalowanych powiek. Wszystko dozwolone. Tyle że cały czas w ramach.

Kultura uprościła, dla spokoju społecznego uporządkowała nasze przekonania, sposób bycia, wszystko zostało uporządkowane w szufladkach z codziennością i dniem świątecznym. Jest jeszcze jedna szufladka freak. Dzisiaj podchodzimy do niej ze spokojem. Tak wiemy, że ludzie są inni, tak rozumiemy co to oznacza. Już nie wykluczamy, nie zamykamy w cyrku, nie torturujemy fizycznie i psychicznie żeby zmienić. Ale czy naprawdę rozumiemy? A może jest tak, że sami jesteśmy inni, tylko chcemy widzieć się w normie. Może sami jesteśmy odmieńcami, tylko widzimy naszą odmienność jako obowiązującą normę. Siadam do stołu, jem śniadanie. Wszystko w porządku zaraz pójdę do pracy, zarabiam płacę podatki. Jestem normlana? W zgodzie z?

Poza kulturowym paradygmatem. Poza kulturową potrzebą. Poza sobą. Poza własnym warunkowaniem. Człowiek balansujący na krawędzi. Normalny człowiek – na ile jest normalny? A co jest jego normalnością? Sandałki w lato, biała koszula i krawat, sukienka z dżerseju? Tatuaż z miastem, rumianek posadzony w ogrodzie, zielone buty do czerwonej sukienki, język przecięty na dwie części, dziecko z misiem czy z karabinem zabawką? Gdzie zaczyn się norma? Nawet nie wiemy w jaki sposób weszliśmy do kulturowej szufladki: kobieta, mężczyzna, żona, mąż, dziecko, nawet nie widzimy kiedy te kulturowe szufladki zaczynają nam się roztapiać. Dotykamy granicy, kiedy czuwamy przy osobie chorej i śpimy po parę godzin, kiedy boimy się tak strasznie, co się stanie z naszą rodziną, że pracujemy po paręnaście godzin. Norma czy szaleństwo żeby jeździć po całym mieście z chorym kotem i szukać dla niego dobrego lekarza? Niby zwyczajni, umundurowani w codzienność, a jednak przeciągający normalność do siły heroizmu. Prostota ubioru i zachowania nigdy nie jest taka prosta. Nauczono nas myśleć, że w rutynie zamyka się codzienność, ona jednak przebija codzienność. Wystarczy, że w tramwaju wdzięczna za ustąpione miejsce starsza pani opowie nam swoje dzieciństwo. Wystarczy, że w korku uśniemy i nikt nie obudzi nas na naszym przystanku. Droga na odwrót.

Koronki, gorsety, kolorowe spinki. Mankiety, kołnierze, wyczyszczone buty, zakurzone buty. Prostota dnia. Rutyna. Tylko, że dzieje się tutaj coś innego, coś podskórnego. Czasami szufladka freak się rozrasta i zwykły człowiek zaczyna krzyczeć. Silikonowe piersi jeszcze nie drażnią. A czerwone podwiązki pod dobrze skrojonym garniturem?

Lenistwo

lenistwoNa kanapie siedzi leń nic nie robi cały dzień. Znają to państwo? Stary dobry wierszyk, powtarzany nie raz dzieciom i przez dzieci. Wiadomo leń jest zły bo nic nie robi, wszystko spycha na innych. Leży na kanapie i ma wymagania. Każde dziecko powinno się nauczyć, że taka postawa jest zgubna w skutkach, leń z wierszyka nic nie osiągnie w życiu. Lenistwo jest złe, leń ociężały i gnuśny. Leń nic nie robi, nie robienie jest złe. Trzeba być zajętym. Cały czas czymś zajętym. Pracować, jak nie fizycznie to intelektualnie, jak się nie pracuje w pracy to w domu należy mieć zajęcie. Jak się już jedzie na wakacje, to też nie należy leniuchować. Leżenie na plaży, po to by była opalenizna, słońce jest zdrowe, dobrze jest też coś robić na tej plaży, może poczytać książkę, a może pouczyć się języka obcego, a może popilnować dziecka sąsiada, który poszedł popływać. Zajęcie obowiązkowe.  Na wakacjach najlepiej jednak zwiedzać, uczyć się, zobaczyć jak najwięcej, spędzić je jak najproduktywniej. Na kanapie leży leń, więc w domu, wieczorem po pracy, zasiadamy na kanapie nie po to by leniuchować, tylko oglądać, komentować, dowiedzieć się czegoś o świecie i ludziach; wszak filmy, reportaże czy lektura nas uczą. Dobrze, że jak zasypiamy jesteśmy zwolnieni z obowiązku pracy, nieustannej pracy. Chociaż niektóre dzieciaki kładą sobie pod poduszkę podręczniki, a nuż się uda i przez sen się czegoś nauczą? A może jest faza snu, którą można wykorzystać do nauki? Całkowity relaks organizmu i człowiek może wejść w inny wymiar rozwiązywania problemów? Trzeba wykorzystać każdą chwilę, każdą.

Szlachetne nic nie robienie jest obce kulturze Zachodu, która w idei postępu każe nam cały czas się rozwijać. Kto nie idzie na przód ten się cofa. Kto nie działa ten się marnuje. Idea postępu nieustannie wyznacza nam nowe cele, dążenia. Do przodu, do przodu. Byle dalej, byle intensywniej. Byle osiągnąć coś nowego, wspaniałego.

Szlachetne lenistwo, gdzie człowiek cieszy się samym istnieniem, zatapia w teraźniejszość, delektuje minutami, jakie przepływają przez nasze życie, jest na przeciwległym biegunie naszej kulturowej bieganiny. Gorączka by coś robić, działać. Lenistwo to okropny błąd zaniechania, znudzenie jest objawom małego umysłu, który nie wie, nie rozumie, jak ważne jest by działać, wyszukiwać sobie nowe pola realizacji. Trzeba być kreatywnym, trzeba generować nowe idee. Gorączka. Szybkość, pędzenie od idei do pomysłu, od jednego spotkania do drugiego, od jednego zadania do kolejnego. Nasze życie powinno mieć sens, powinno być logicznie zaplanowane i konstruktywne. Dalej, dalej. Na emeryturze też można się rozwijać, też można działać. Byle do przodu. Byle przed siebie. Dalej, dalej.

Sztuka życia, delektowanie się chwilą. Spędzanie czasu razem. Spędzanie czasu ze sobą. A może na moment odwróćmy to szaleństwo. A może na moment popatrzmy na świat z innej strony. Zatrzymać się. Nie po to, żeby się umartwiać czy zrewidować swoje dokonania, zmodyfikować postępowanie – na to jeszcze pozwala nam zresztą kulturowe uwarunkowanie człowieka zachodu. Zatrzymać się po to, żeby tak po prostu popatrzeć za okno, tak po prostu wypić herbatę. Bez celu, bez sensu. Tak po prostu być. Sztuka nic nie robienia. Oddać się temu co się wydarza tu i teraz. Zapomnieć o wszystkim. Płynąć za swobodną rozmową. Płynąć za swoimi myślami. Posiedzieć sam na sam ze sobą.

Odbierając sobie sztukę nic nie robienia, odcinając się od haniebnego lenistwa, zabieramy szalenie ważny aspekt naszego życia. Możliwość poznania samego/samej siebie. Nic nie robienie, zatopienie się we własnych myślach, odcięcie się od potrzeb i konieczności, ciągłego niepokoju i biegu. Nie chodzi o medytację, nie chodzi o samodoskonalenie, ale o zwykłe nasze życie. W zabieganiu, w rozgadaniu, w zaangażowaniu gdzieś umyka nam ta chwila, w której zmienia się kolor ściany przy zmianie pory dnia, zapach kwiatu rosnącego przed naszym oknem, mruczenie kota, który podchodzi i już sygnalizuje, że jest dobrze nas widzieć. Umyka nam nasze zmęczenie, nasza codzienność, zwyczajność.

Gdzieś w strachu przed lenistwem czai się strach przed codziennością. Tak jakby była zła codzienna rutyna, obowiązki, zdarzenia. Biegniemy do przodu, marzymy o zrealizowaniu kolejnego celu, rozwoju, wszystko po to, żeby nie pogodzić się z codziennością. Rzeczy małe nas rozstrajają. Obieranie ziemniaków, szybko i wstydliwie, człowiek jest przecież stworzony do wielkich rzeczy. Czyszczenie kuwety po kocie, ależ to czynność szybka i nie przyjemna. Mycie zębów, rąk, wycieranie talerzy, nakrywanie do stołu, ubieranie butów, zamykanie drzwi na klucz. Nie ważne. Małe. Codzienne. Nie istotne. Nie ma. Jak policzyć ile jednak godzin spędzamy w naszym życiu na małych czynnościach, może się okazać, że nie ma tam wielkich.

W codzienności jest jednak piękno. Poczuć zimną wodę na palcach, zapach mydła. Różne faktury, gęstości, kolory, światłocienie, dźwięki. Otaczają nas cały czas. Jak zapachy, kształty, koci włos niesfornie unoszący się w powietrzu. Obserwować. Słyszeć. Poczuć. Nic się nie odzywać. Na moment, na całe życie. Wchłonąć to co nas otacza. Co więcej mamy? Wielkie wydarzenia zaczynają się w rzeczach małych. Jak miłość, która oznacza drobny gest, chcemy komuś pomóc. Wyciągnięta ręka. Pomiędzy dłonią a ciężkim uchwytem, pomiędzy tym, czego jeszcze nie wiemy, a tym do czego już jesteśmy przyzwyczajeni toczy się nasze życie.